powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Miłość i udręczenie

"Jak być kochaną" wg Kazimierza Brandysa w reż. Leny Frankiewicz w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Łukasz Maciejewski w tygodniku Wprost.

Lena Frankiewicz, reżyserka nowej adaptacji "Jak być kochaną", odnalazła w prozie Kazimierza Brandysa współczesne dylematy.

Nie jestem pewna, czy istnieją wielcy ludzie - mówiła Felicja w "Jak być kochaną" Kazimierza Brandysa. - Ale istnieją chwile, gdy człowiek jest wielki. Wtedy byłam wielka. Stać mnie było, żeby siebie samą mieć gdzieś.

Lena Frankiewicz, reżyserka "Jak być kochaną" w Teatrze Narodowym, wychodzi właśnie od tej przewrotnej myśli. Czym jest wielkość? Czym heroizm? Czy zagłuszenie siebie dla kogoś innego to altruizm czy egoizm?

ZNAKI ZAPYTANIA

Zarówno w spektaklu, jak i opowiadaniu oraz w słynnym filmie Wojciecha Jerzego Hasa z 1963 r. z pamiętną kreacją Barbary Krafftówny w roli Felicji, liczą się pytania.

Odpowiedzi są rozczarowaniem, nie warto ich odnajdywać. Frankiewicz w ścisłej współpracy z autorką adaptacji Małgorzatą Anną Maciejewską szuka zatem wyłącznie dylematów. Brzmią ze sceny dotkliwie, wyraziście, przejmująco.

Przejmujące jest również samo opowiadanie Brandysa. Nie tylko zupełnie się nie zestarzało, ale wręcz z dzisiejszej perspektywy pod wieloma względami wydaje się nowatorskie i prekursorskie. Wyjątkowe było już samo uczynienie z kobiety pierwszoplanowej bohaterki męskocentrycznej wojennej narracji. Podziw budzi również kunsztowna forma. Brandys rezygnuje z chronologii (Has w większym stopniu uporządkował zdarzenia) na rzecz swoistego strumienia świadomości Felicji.

W przedstawieniu, podobnie jak w filmie, ramą jest samolotowa podróż do Paryża. Na pokładzie kobieta spotyka się przede wszystkim z własnymi myślami. Sącząc koniak, zbyt wiele tego koniaku, wsącza się we własne życie. Co to było? Czym było? I co poszło nie tak?

Przed wybuchem wojny była młodą aktorką. Debiutowała w "Hamlecie" rolą Ofelii u boku uwielbianego przez siebie aktora, Wiktora (Jan Frycz). Nie doszło do premiery, nie doszło do miłości, a romans stał się więzieniem. Wiktor przez całą wojnę ukrywał się w mieszkaniu Felicji (Gabriela Muskała). Ona ofiarowała mu wszystko, ale życie zabiło tę ofiarę, wydrwiło ją i znieważyło. "Wtedy byłam wielka" - mówi. Ale czy sama w to wierzy?

SZUKAJĄC UKOJENIA

Gabriela Muskała miała trudne zadanie. Zagrać Felicję po Krafftównie to - nie przymierzając - jak zmierzyć się z rolą Agnieszki z "Człowieka z marmuru" po Krystynie Jandzie. Muskała podjęła wyzwanie i wygrała. Felicja Gabrieli Muskały nie przypomina postaci filmowej. Zgadzają się dialogi, imiona bohaterów, reszta jest jej własna. W Felicji Gabrieli Muskały kryje się o wiele więcej niepewności, mniej z trudem wypracowanego spokoju. Oglądamy kobietę po trzęsieniu ziemi. Wojna była tym trzęsieniem. Zabrała jej wszystko, co stanowiło o celu życia, namiętności do życia. Pozostało tylko udręczenie w miłości czy też udręczenie miłością. Krystian Lupa, rozważając niegdyś o bohaterkach Dostojewskiego przy okazji pracy nad "Braćmi Karamazow" pisał fascynująco o kobiecej, niekiedy wręcz perwersyjnej skłonności do poświęcenia. O ofierze w dużym stopniu wymyślonej, histerycznej, skłamanej i skazanej na klęskę. Felicja to właśnie taka postać. Zawierzyła, poświęciła siebie, "była wielka". A Wiktor? Dzięki charyzmie Jana Frycza (od serialu "Ślepnąc od świateł" przez "Burzę" po "Jak być kochaną": trwa wielki sezon aktorskiego triumfu artysty) staje się równoprawnym bohaterem dramatu.

I nadaje tej postaci głębię, której - przy całym szacunku - nie było jednak w filmowym rysunku Zbigniewa Cybulskiego. Wiktor Frycza choruje na głowę, ból rozsadza mu czaszkę. Powtarza, że był przy oknie, widział ludzi, wahał się, skoczyć czy nie. Wciąż powtarza jakieś niespełnione refreny zdań, wykrzykniki, słowa - chwasty, słowa - chryzantemy. Od początku przecież czujemy, jak się to wszystko skończy. Cała ta miłość bez miłości, udręczenie bez ukojenia.

TERAPIA GRUPOWA

Ciekawie wymyślona przez Agatę Skwarczyńską scena Narodowego przy Wierzbowej przypomina do pewnego stopnia "2001: Odyseję kosmiczną" Kubricka - sterylne biele i wielki czarny dół, do którego raz po raz wpadają Felicja i Wiktor, a wraz z nimi rozpacz, złość, agresja i melancholia bohaterów. Nie są sami, mają słuchaczy. Współpasażerów podróży Felicji, ale także członków trupy teatralnej, być może także współuczestników zbiorowej psychoterapii. To jakby czyściec, poczekalnia przed ostatecznym zejściem w czerń. Na końcu pojawiają się szekspirowscy grabarze (Mateusz Kmiecik, Arkadiusz Janiczek). To do nich należy ostatnie słowo. Ktoś musi przecież posprzątać bałagan niekochanych.