"Thais" - opowieść niezwykle aktualna

- Massenet jest mistrzem pięknych i lirycznych fraz. Jego muzyka urzeka i - przede wszystkim - szalenie wzrusza - mówi reżyser Romuald Wicza-Pokojski, przed premierą "Thais" w Operze Bałtyckiej w Gdańsku.

«PRZEMYSŁAW GULDA: Twój najnowszy projekt to opera poświęcona zakazanej miłości. Skąd ten wybór?

ROMUALD WICZA-POKOJSKI: "Thais" to precyzyjnie ułożone dzieło, każda nuta i fraza doskonale oddają przekazywaną treść. Jednocześnie jest to opera końca XIX wieku, więc pobrzmiewają w niej echa fin de siecle'u i pewnego napięcia związanego z tym okresem, ale przy tym jest to opera romantyczna, pełna emocji i pięknej muzyki. Jest to też opera z nieznanych dla mnie powodów całkowicie zapomniana. Jestem niezwykle dumny z faktu, że to właśnie u nas, po latach nieobecności na polskiej scenie operowej, "Thais" będzie miała swoją premierę. "Thais" to w jakimś sensie opowieść o konflikcie wiary i pożądania, duchowości i cielesności.

Jakie tropy interpretacyjne są dla ciebie najważniejsze przy kreowaniu tego przedstawienia?

- "Thais" to przede wszystkim opowieść niezwykle aktualna. Dotyka sfer, które wciąż nas zastanawiają. Dla mnie to nie jest historia, jak wiele osób to sugeruje, wojny religijnej, ale wewnętrznej przemiany, drogi w poszukiwaniu Boga. Nie chodzi tu wcale o "konflikt duchowości i cielesności". Moim zdaniem obie te drogi równoważą się. Zarówno poprzez duchową przemianę, jak i poprzez cielesną miłość można dotrzeć do tej najwyższej prawdy. Właśnie poprzez współistnienie obu tych zagadnień. Bohaterowie opery zatracają się i w duchowości, i cielesności - i dlatego nie odnajdują spełnienia, dopiero pod koniec opery uświadamiają sobie - a w każdym razie Atanael sobie uświadamia - tę potrzebę połączenia obu tych sfer: duchowej i cielesnej. Taki dualizm, pozorne kontrasty są widoczne zresztą w całej operze.

Jak autor opery buduje tę dychotomię?

- Mamy zestawienie dwóch grup - pustelników i Aleksandryjczyków, kobiety i mężczyzny, drogi ascezy i drogi hedonizmu. To wszystko uwidocznione jest również w zamyśle kostiumów i koncepcji scenograficznej autorstwa Alicji Kokosińskiej. Pozorne kontrasty faktycznie pracują na jedną całość - obie grupy pochodzą z Aleksandrii, jedna z nich wybrała jednak życie w ascezie. Obie borykają się z niespełnieniem wynikającym z brakiem dopełnienia z tej drugiej "strony". A my, w naszej realizacji, staramy się odnaleźć tę ostateczną jedność.

Co cię najbardziej pociąga w twórczości wybitnego, choć dziś może nieco niedocenionego twórcy operowego, jakim jest Jules Massenet?

- Massenet jest mistrzem pięknych i lirycznych fraz. Jego muzyka urzeka i - przede wszystkim - szalenie wzrusza. A przecież opera ma poruszać odbiorcę. Tworząc tę realizację, wszyscy wsłuchujemy się w partię orkiestry, poszczególne partie solistów. I podczas tych zwykłych, niepozornych prób, człowiek przeżywa tak silne estetyczne katharsis, że nie jest w stanie wyrazić tego żadnymi słowami. To chyba najlepsza recenzja dla muzyki Masseneta, prawda?

Czy jako dla twórcy, który wywodzi się z teatru, opera jako gatunek nie jest zbyt uboga na płaszczyźnie dramaturgicznej, psychologicznej czy emocjonalnej?

- Priorytetową kwestią jest tutaj muzyka. To ona posiada dramaturgię, to ona dynamizuje akcję, nadaje rytm operze. To ona wzrusza i bawi. Przez wieki funkcjonowały różne teorie na temat roli, jaką muzyka odgrywa w emocjonalności człowieka. Pewne sekwencje dźwięków, w zależności od trybu czy kierunku, miały przywoływać żywiołowe uczucia lub - odwrotnie - doprowadzić do wyciszenia, do kontemplacji. Świadomość tego muzycznego oddziaływania, w połączeniu z istotnymi fragmentami z libretta, tworzy naprawdę zupełnie nową, niespodziewaną całość. Można powiedzieć, że w operze, kiedy prowadzimy opowieść, przede wszystkim skupiamy się bardziej na emocjach niż na zdarzeniach. Dla mnie opera to po prostu metafizyka, to medytacja.

Czym się różni reżyserowanie spektaklu operowego od tego, czym się do tej pory zajmowałeś, czyli realizowaniem przedstawień dramatycznych?

- U podstawy mamy do czynienia z teatrem. Praca inscenizacyjna, tworzenie relacji, jest taka sama dla wszystkich gatunków teatru. Różnica tkwi w tym, że opera posiada precyzyjny zapis linii dramaturgicznej, emocjonalnej. To jest tak, że do tekstu, który masz realizować, ktoś zapisał melodię, z jaką masz podać treść. Jako inscenizator tworzę kontekst dla tych treści. Oczywiście jest też różnica skali. W trakcie prób spajasz pracę wielu artystów, zespołów. Tak jest również w przypadku "Thais". Na przykład duża scena baletowa, składająca się z trzech fragmentów muzycznych, której nie byłoby bez choreografii Izabeli Sokołowskiej-Boulton. To łączenie, nadawanie kontekstów jest niebywale ważne w reżyserii operowej.

Na czym polega i jak wygląda twoja współpraca z Jose Maria Florencio, kierownikiem muzycznym tego przedsięwzięcia?

- Jose Maria Florencio, wybitny dyrygent i niezwykły muzyk, jest dla mnie ogromną inspiracją. To od niego mogę się uczyć rozumienia opery, na jego doświadczeniu mogę polegać. To jest dwojaka współpraca - i na poziomie zarządzania instytucją, i na płaszczyźnie realizatorskiej.

Odłożysz na półkę - przynajmniej na jakiś czas - realizowanie spektakli dramatycznych?

- Dziś mogę powiedzieć, że w podróży teatralnej dotarłem do opery, ale czy jest to przystanek, czy cel, tego jeszcze nie wiem. Odnoszę wrażenie, że moje dotychczasowe działania prowadziły właśnie do tego momentu. Soliści, z którymi pracuję przy "Thais", są wyjątkowymi aktorami, bardzo oddani pracy i przygotowani. Jeżeli zostanę w świecie opery, to dzięki nim.

---

Opera Bałtycka, Gdańsk, al. Zwycięstwa 15, premiera: piątek,

1 marca, godz. 19, bilety: 90-120 zł, następne przedstawienia: sobota, 2 marca, godz. 18, niedziela 3 marca, godz. 17, bilety: 50-90 zł.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego