Czym zaskoczyła Opera Rara: erotyka i nowoczesność

Po III edycji Festiwalu Opera Rara pisze Joanna Targoń w Gazecie Wyborczej - Kraków.

«Po trzech edycjach przyzwyczailiśmy się już do tego, że koncertowe wykonania oper zastąpione zostały realizacjami scenicznymi. Różnie z tym zastępstwem bywa.

Nie zgadzam się z głosami, że koncertowe opery są nudne jak flaki z olejem (tak się wyraził Paweł Szczepanik w filmiku promującym festiwal) i przypominają puszczanie płyty, tyle że na żywo. Jakoś się nie nudziłam - i nie byłam w tym odosobniona. Ludzie nie kupowali przecież biletów i nie wypełniali szczelnie sal po to, żeby się nudzić. Zmiana zainicjowana trzy lata temu przez Jana Tomasza Adamusa, który zastąpił Filipa Berkowicza na stanowisku dyrektora artystycznego, wiąże się nie tylko ze scenicznością, ale i z poszerzeniem repertuaru: obok opery barokowej pojawiają się dzieła późniejsze, a także współczesne.

Na inaugurację pokazano operę Jeana-Philippe'a Rameau "Hyppolite et Aricie", potem "Cassandra & Just", spektakl złożony z dwóch utworów autorstwa Benedetta Marcella (1727) i Davida Langa (2014), i "Cosi fan tutte" Mozarta. Można było również ponownie obejrzeć spektakl Krzysztofa Garbaczewskiego "The Madrigal Opera" (kompozycja Philipa Glassa, produkcja festiwalowa z 2017 r.).

Zamknąć oczy i myśleć o Rameau

Należy się cieszyć z możliwości wysłuchania "Hyppolite et Aricie" - ta opera Rameau chyba nigdy nie była w Polsce wystawiana. Wysłuchania, bo muzycznie spektakl był udany (Orkiestra Festiwalowa i chór Capelli Cracoviensis pod dyrekcją Marka Toporowskiego), natomiast strona wizualna odznaczała się wątpliwą urodą. Scenografowie Maarten Warmendarm i Sjaron Minailo (jednocześnie reżyser) zaprojektowali przestrzeń w zamierzeniu oszczędną i wielce symboliczną (według programu rzecz dzieje się w "trzech freudowskich sferach psychoanalitycznych: ego, superego i id). Lśniąca czarna podłoga, z trzech stron objęta ścieżkami wysypanymi czerwonym jak krew żwirem i świetlówkami podkreślającymi geometryczność formy, świetlne słupy i belki krzyżujące się w różnych konfiguracjach (w zależności od sceny). I tyle by wystarczyło. Ale scenograf postawił jeszcze ścianę i coś w rodzaju przerośniętej kuchennej wyspy z plastikowych paneli w cegiełkę.

Stało to i straszyło przez cały spektakl. Minimalizm wymaga materiałów najwyższej jakości, nie tych z marketu.

W tej niby-minimalistycznej przestrzeni rozgrywał się spektakl nie tyle minimalistyczny, ile monotonny. Artyści wchodzili dostojnie, raz z lewej, raz z prawej, to znów po przekątnej, stawali i śpiewali (a arie mieli długie), chór gromadził się to tu, to tam. W momentach większego pobudzenia uczuć ktoś się szarpał, ktoś padał na kolana. Kostiumy solistów znaczące (Fedra w czerwieni, Arycja w błękicie), chór odziany w biel, współcześnie, luzacko. Czasami chórzyści wkładali białe kominiarki, czasami zbiorowo palili papierosy, dmuchając dymem na Tezeusza (w scenach w Hadesie). Arycja wykonywała połamane gesty, jakby ćwiczyła do występu u Piny Bausch (albo jej epigona). To wszystko nie ułatwiało zrozumienia dość skomplikowanej akcji z ludźmi, bogami, zaświatami, żywiołami, skrajnymi namiętnościami, o "sferach psychoanalitycznych" nie wspominając. Nie tworzyło też takiej rzeczywistości scenicznej, która rządzi się własnymi prawami, własną logiką, własną estetyką i zmusza widzów do jej zaakceptowania. Taką rzeczywistość tworzyła muzyka; z solistów najbardziej podobali mi się Michaela Selinger (Fedra) i Sylwia Olszyńska (Diana), doskonale brzmiały też Parki (Michał Czerniawski, Piotr Windak i Przemysław Bałka).

Kobiety i wojna

"Cassandra" Benedetta Marcella to kantata na alt i basso continuo - a z perspektywy scenicznej monolog, ogromny, niemal godzinny. Monolog Kasandry, trojańskiej wieszczki, córki Priama. Wróżb Kasandry nikt nie słuchał; w spektaklu wyreżyserowanym przez Tomasza Cyza (pokazanym w Cricotece) Kasandra jest samotna i uwięziona w swojej roli tej, która widzi więcej. Uwięziona również fizycznie, bo stoi w wysokim metalowym rusztowaniu, będącym stelażem ogromnej, białej barokowej sukni. Podłogę zaścielają oświetlone na czerwono pogniecione plastikowe butelki - jak zalane krwią morze. Jesteśmy w Troi, trwa wojna. W roli Kasandry oglądałam Łukasza Dulewicza (w drugiej obsadzie wystąpiła Hanna Poczykowska); z pobielonym ciałem i namalowaną na twarzy czarną maseczką był istotą bez płci i wieku, której jedynym zadaniem jest przekazywanie obrazów i historii wojny trojańskiej. Dulewicz nie daje popisu wokalnego, razem z klawesynistą Marcinem Świątkiewiczem tworzą intymną i dramatyczną, krwawą i okrutną opowieść z przeszłości tak odległej i obcej (gubimy się w tych zawikłanych historiach i koligacjach, imionach ludzi i bogów), że można ją wyrazić tylko muzyką. Kasandrze towarzyszą nieme kobiety, przesuwające stelaż i zamiatające butelki. W końcu po kawałku, powoli zdejmują suknię ze stelaża, Kasandra zostaje w nim jak w klatce.

Przechodzimy do foyer, gdzie na wygiętej jak pagórek ławce siedzi sześć kobiet - to te, które niemo towarzyszyły Kasandrze. Są jeszcze muzycy - Aneta Dumanowska (altówka), Konrad Górka (wiolonczela) i Tomasz Sobaniec (perkusja). Wykonują "Just" Davida Langa, subtelny, kontemplacyjny utwór inspirowany "Pieśnią nad Pieśniami". Wykonują znakomicie, a to niełatwa muzyka; poza tym zestrojenie się bez dyrygenta i w sytuacji, gdy śpiewaczki (soprany: Katarzyna Guran, Zuzanna Hwang, Magdalena Łukawska i Joanna Stawarska oraz alty: Dorota Dwojak-Tlałka i Agata Flondro) nie widzą się nawzajem, a część z nich nie widzi muzyków, nie jest proste. Ale tu się udało. I obrazy wojny w "Cassandrze" rozpłynęły się w pieśni o miłości.

Zabawa w uczucia

Trudno uznać "Cosi fan tutte"[na zdjęciu] Mozarta za opera rara - operę rzadko wykonywaną. Ale czy to ważne, skoro Cezary Tomaszewski (reżyseria) i Jan Tomasz Adamus (dyrygent) rozkręcili tak wspaniałą zabawę? "Cosi fan tutte" zagrano w Łaźni Nowej, której wielka przestrzeń pozwoliła na swobodę nie do uzyskania na zwykłej scenie. Orkiestra siedziała nieco w głębi, pod zielonymi wierzbowymi gałęziami, nie w kanale, którego w Łaźni nie ma. Scena była na tym samym poziomie co widownia, a na początku bohaterowie byli odbiciem widzów: przeciętni, zwyczajnie ubrani ludzie, którzy przyszli "na operę" i usiedli na krzesłach naprzeciwko widzów.

Dopiero gdy akcja nabrała tempa, odkryto i przesunięto na przód sceny zielone trawiaste wzgórki, śpiewacy przywdziali XVIII-wieczne, dość swobodnie potraktowane stroje i zagrali już pełną parą. Nie szukano tu realizmu, wręcz przeciwnie - Don Alfonso (Jacek Ozimkowski) w futrzanych spodniach był satyrem, kręcącym sobie od czasu do czasu różki z włosów, Despina (brawurowa Marzena Lubaszka) przebrana za lekarza bądź notariusza niefrasobliwie strzelała różową brodą na gumce, a zgłodniały Gugliemo (Sebastian Szumski) pogryzał kurze nóżki z fast foodu. Trójka skąpo odzianych tancerzy udawała ogrodowe posągi, a gdy burza uczuć na scenie przybierała na sile, ożywała i układała się wdzięcznie w erotyczne trójkąciki. Tomaszewskiego najbardziej chyba interesowała ta burza uczuć, a nie udowadnianie, że "tak czynią wszystkie", czyli że kobiety są z natury skłonne do zdrady, wystarczy, że kochankowie znikną z pola widzenia. Zresztą Luigi Da Ponte w libretcie traktuje tę kwestię dość ironicznie, a Mozart mistrzowsko myli tropy, choćby dając "niewłaściwej" parze piękny miłosny duet. W "Cosi fan tutte" w miarę rozwoju akcji przecież już nie wiadomo, kto kogo kocha i kto o kogo jest zazdrosny.

Śpiewacy dobrze się bawili, co nie znaczy, że na zabawie poprzestali - spektakl był nie tylko znakomicie zaśpiewany, ale i zagrany. Katarzyna Oleś-Blacha (Fiordiligi) przepraszała co prawda za niedyspozycję, ale choć śpiewała może nieco ostrożnie, prowadziła rolę pewnie. Znakomitą Dorabellą była Natalia Kawałek, a Ferrandem Przemysław Borys. No i Krakowski Chór Mieszczański, złożony z niezawodowców, ale doskonale dający sobie radę. Co ważne w tej operze, dobrze brzmiały również recytatywy - nie deklamowane, ale zagrane z dużą naturalnością i zrozumieniem sensu słów.

Dobrze się stało, że "Cosi fan tutte" zostało pokazane w wersji scenicznej, dowcipnej, wzruszającej i pełnej polotu.

* Festiwal Opera Rara, 31 stycznia - 17 lutego 2019.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego