powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nie rozumiem niektórych sygnałów

Dwoje młodych aktorów poprowadziło nas przez historię życia miłosnego kilku osób skompilowaną tak, że mogłaby być udziałem jednej bohaterki. Dominowała w tej fabule perspektywa kobiety, choć chwilami to właśnie na zderzeniu dwóch różnych punktów widzenia budowany był zarówno dramatyzm, jak i komizm. W sumie dostaliśmy historię sprawnie zagraną, zrozumiałą, bazującą na trafnie dobranych zapisach ludzkich doświadczeń - o spektaklu "Podejdź bliżej" Moniki Czajkowskiej, Pauliny Sobiś i Jędrzeja Bigosińkiego, w ramach przeglądu "Teatr na faktach" w Instytucie Grotowskiego we Wrocławiu, pisze Jarosław Klebaniuk w Teatrze dla Wszystkich.

Początek spektaklu wydawał się statyczny i zapowiadał raczej rzecz trudną do ścierpienia. Monologowanie bez dostrzegania drugiej osoby, nawroty do własnej relacji bez uwzględniania tego, co mówi ta druga osoba, bycie obok siebie, a nie w interakcji - to nie byłaby trafna formuła opowiadania o związkach romantycznych. Jak się okazało, te pierwsze zdania powróciły na końcu przedstawienia, spinając je swego rodzaju klamrą. Także i to było przemyślane i dopracowane przez reżyserkę Monikę Czajkowską.

Gdy chłopak i dziewczyna wreszcie się dostrzegli, doszło między nimi do kilku zabawnych sytuacji. Nie musiały mieć takiego charakteru z perspektywy uczestników, jednak to, co dla nich mogło być bolesne, widzom dawało powód do radości. "Nie rozumiem niektórych sygnałów", pożalił się On, gdy Ona usiadła mu na kolanach. Interesująca była też komediowa dynamika sytuacji, gdy On, w zasadzie nieznajomy, spóźnił się na ostatni bus i został u niej na noc. Początkowo spali osobno

Pojawiły się parę razy w spektaklu sceny odrzucenia czy zerwania. Gdy on porzucił ją, gdy zupełnie czego innego się spodziewała, wyglądała jak zabita sarenka. W innej scenie On nie chciał uprawiać z nią seksu, bo "za bardzo cię szanuję". Absurdalność zderzenia normatywności o rodowodzie zapewne religijnym z pożądaniem, a może i wyższymi uczuciami, została przez Jędrzeja Bigosińskiego zabawnie przerysowana. Z dużym animuszem zagrała też Paulina Sobiś, gdy bohaterka opowiadała o kolejnych fascynacjach mężczyznami, by wreszcie zdradzić Stefana (za którego, jak z żalem wspominała, powinna była wyjść za mąż) z Mundkiem, który miał to coś, czego nie miał tamten.

Gdy bohaterka powiedziała: "Wyrzuty sumienia przykryły moje pierwotne uczucia () okazały się bardziej komfortowe", zaznaliśmy nieco psychologicznej głębi, która wynikła nie tyle ze konfliktu między tym, co zakazane a tym, co pożądane, lecz ze świadomości tego i widocznym w tonie głosu kobiety lekkim dystansowaniu się od tamtych uczuć i zachowań, których zapewne stały się motywem.

Najciekawszą jednak historią, czy też częścią multiopowieści była według mnie ta o inżynierze, który kochał kreślarkę zatrudnioną w tym samym biurze. Przez całe swoje małżeństwo (liczba 54 mogła dotyczyć czasu jego trwania lub jego wieku) kochał inną kobietę. To, co najbardziej było okrutne, to fakt, że opowiadał o tym żonie, z czasem coraz częściej. "Kochał tamtą i bardzo przez to cierpiał", skonstatowała małżonka. Znaliśmy z Elą co najmniej jedną osobę, która nawet mając około dziewięćdziesiątki przypominała swojemu dobijającemu setki mężowi, jak to w młodości odrzuciła inną korzystniejszą propozycję związku. Mnie, podobnie jak Eli, ta niespełniona spektaklowa miłość przypomniała o innej romantycznej historii, która spełnienie przyniosła dopiero po ponad pół wieku. Różnica oczywiście jest taka, że na scenie Teatru Laboratorium zakochany ożenił się z inną i że jego uczucie pozostało niespełnione, podczas gdy w "Miłości w czasach zarazy" nastąpiło szczęśliwe zakończenie.

W zaawansowanej fazie spektaklu mieliśmy okazję zobaczyć próbkę powtarzających się małżeńskich dialogów, tych samych sytuacji, znanych pewnie na pamięć przez małżonków. Takich schematycznych opowieści o jakimś aspekcie relacji było zresztą w "Podejdź bliżej" kilka: jedno chce, drugie - nie; komuś trudno jest zerwać; oboje chcą, ale się krępują; nie wiadomo, którego wybrać, więc kręci się z kilkoma, i tak dalej. Wszystko to jednak zostało zgrabnie i wartko udramatyzowane, sprawnie pokazane, a elementy ironii, a niekiedy nawet dosyć grubego humoru sprawiły, że całość oglądało się z przyjemnością. Na niewielkiej scenie i w bardzo skromnej scenografii młodzi aktorzy pokazali nie tylko, że rozumieją co grają, ale też mieli okazję wykorzystać swoją fizyczność i umiejętności pantomimiczne. W sumie oglądaliśmy więc udane, lekkie, chwilami refleksyjne, a z racji niespełnień i zranień - gorzkawe przedstawienie.

Jarosław Klebaniuk - Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski