powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Przejścia więzienne

"Zbrodnia i..." wlecze się koszmarnie, mimo że po składnikach patrząc - powinna być genialna. A jednak zestaw pomysłów i sprawność narracyjna to nie wszystko, coś tu idzie mocno nie tak - pisze Izabela Mikrut w Teatrze dla Wszystkich.

Jerzy Nasierowski przynudza. Przynudza - i próbuje nadać temu przynudzaniu wartość, udawać, że chodzi mu o coś więcej, o literaturę wysokich lotów, w stylu tych, których podziwiał. Szuka na siłę skandali i skandalików, próbuje wykorzystywać inspiracje wielkimi pisarzami, usiłuje naśladować Andrzejewskiego, Irzykowskiego, Dygata i Tyrmanda, gdzieś do tego chce czytelnikom wmówić, że wie znacznie więcej, niż powie.

"Zbrodnia i..." wlecze się koszmarnie, mimo że po składnikach patrząc - powinna być genialna. A jednak zestaw pomysłów i sprawność narracyjna to nie wszystko, coś tu idzie mocno nie tak. Może autokreacja twórcy, może nadzieja na to, że zostanie wyklęty przez konserwatywnych odbiorców... Małe ma na to szanse, jeśli będzie im obojętny - a taki przy swojej relacji pozostaje, bo też i za dużo w narracji bohatera przechwałek, dumy z położenia i cieszenia się własną sytuacją. Przeplata się tu kilka wątków, które powinny budzić mocniejsze reakcje - z jednej strony jest mowa o romansach z przedstawicielami tej samej płci (zwłaszcza jeśli dodatkowo nieletnimi ma to podbijać temat i zagęszczać atmosferę, ale przechodzi obojętnie, bo też i samo informowanie o "nagannych" skłonnościach homoerotycznych pozbawione tu jest wyrazu), z drugiej - tajemnicze morderstwo. Bohater w więzieniu dowiaduje się, jak powinien się zachowywać, jaki jest kodeks wśród zatrzymanych, szybko wtapia się w otoczenie i kreuje na weterana wśród osadzonych. Nie ma w tym jednak przekonania, zupełnie jakby autor odrobił lekcję na temat pobytu za kratami i nie potrafił wyjść w wyobraźni poza nią. Nie ma w tym też szczerości, widać jedynie kreację - przygotowaną tak, żeby trudno było ją obalić. Do tego stara się Nasierowski mylić tropy, co pewien czas wrzuca informacje, które mają za zadanie testować spostrzegawczość odbiorców: chce ich przyłapywać na nieuważnej lekturze, proponuje niekonsekwencje, które - zamiast stanowić rodzaj gry z czytelnikami - rozbijają i tak już uproszczoną lekturę. Nasierowski ciągle rzuca autooskarżenia, próbuje jak najbardziej napluć na siebie-bohatera - jakby chciał zostać lekturowym męczennikiem i zyskać przez to obrońców wśród czytelników. Jednak zanim to nastąpi, musiałby najpierw wzbudzić ich sympatię, a tego robić nie chce - i też nie ma środków na to pozwalających. Chełpliwy popis literacki to nie wszystko.

W formie jest autor najciekawszy wtedy, gdy odchodzi od relacjonowania w nieskończoność sytuacji więziennej, tam, gdzie ucieka w zabawy literackie. Jeśli przytacza szeregi cytatów, niby przypadkowych komentarzy do kontekstu, nieważne - zmyślonych czy prawdziwych, jeśli bawi się w palimpsesty i kolaże, jeśli układa listy do ojca i przedstawia w nich rzeczywistość zupełnie inaczej niż w samej powieści - zaczyna budzić ciekawość. Na moment, bo już za chwilę oddali się od tych efektów i znowu będzie niemrawo prowadzić odbiorców przez specyfikę więziennej codzienności. Jest w tym niezamierzona naiwność, która zamiast pobudzać do dyskusji - ośmiesza samego narratora. "Zbrodnia i..." ciągnie się przez setki stron i nie ma w niej momentu, w którym stwierdzi się, że lektura jednak nie była stratą czasu. Nawet jeśli autor ma wybitny pomysł, to nie sprzedaje go czytelnikom, nie przekonuje do swojej kreacji, bo za bardzo ujawnia pisarskie wysiłki do tego celu prowadzące.