powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Poza jawą

Hendrykowski sięga do psychoanalizy (bez tego kulturoznawcze opisy by się przecież nie obeszły), streszcza fragmenty filmów, przywołuje sceny, które świadczą o znaczeniu snów - wprawdzie w tym ujęciu tylko dla bohaterów, ale autor bardzo chce uogólniać dostrzeżone przypadki i przenosić fabuły na rzeczywistość - o książce Marka Hendrykowskiego "Sen. Antropologia, kultura, semiotyka" pisze Izabela Mikrut w Teatrze dla Wszystkich.

Tam, gdzie Marek Hendrykowski może opowiadać o sensie snów, uzbrojony w liczne narzędzia do interpretacji, tam, gdzie sny pojawiają się w tekstach (rzadziej) lub filmach (częściej, w końcu temu tematowi ma zostać poświęcony cały tom), czyli - wszędzie, gdzie przechodzi się ze sfery nieuchwytnego w namacalne - radzi sobie z tematem. Przedstawia czytelnikom szereg możliwości, jakie dają konkretne odczytania, próbuje dokonywać syntez, podsumowuje, jak uwidaczniają się metafory snu, czemu służą i właściwie dlaczego twórcy po nie tak chętnie sięgają. Jeśli jednak chodzi o aspekt pozakulturowy - jak najszybciej stamtąd autor ucieka, nic dziwnego: nie czuje się najpewniej w tematach "biologicznych". Sen interesuje go wyłącznie jako quasi-fabuła, inspiracja lub motyw tworzony przez umysł. To oznacza, że odbiorcy na temat snu jako takiego nie dowiedzą się zbyt wiele, poznają za to sposoby wykorzystywania go w ramach kreatywnego opowiadania o świecie.

Hendrykowski sięga do psychoanalizy (bez tego kulturoznawcze opisy by się przecież nie obeszły), streszcza fragmenty filmów, przywołuje sceny, które świadczą o znaczeniu snów - wprawdzie w tym ujęciu tylko dla bohaterów, ale autor bardzo chce uogólniać dostrzeżone przypadki i przenosić fabuły na rzeczywistość. Jest w tym podejściu nieprzekonujący, przynajmniej na płaszczyźnie nadawania snom sensów przez opowiadanie o roli, jaką ten aspekt życia odgrywa dla bohaterów. Trudno bowiem przytaknąć stanowisku, w którym senne doświadczenia wyimaginowanej postaci mają mieć taką samą wagę, jak realne doznania prawdziwego człowieka. Podobnie zresztą do usunięcia jest motyw snów autora - kiedy Marek Hendrykowski relacjonuje, co przeżywał w swoich nocnych majakach i jaki ma to związek z jego rzeczywistością, czytelnicy czują się jak przeniesieni do zabobonnej wsi, w której czyta się z ręki i wróży z fusów, a wszystko to uzupełnia jeszcze analizami snów. Odbiorcy mogą mieć znacznie ciekawsze sny (i pomysły na ich znaczenie) niż autor, nie mają więc powodu, żeby zagłębiać się w poważnym humanistycznym opracowaniu w wywody twórcy. Owszem, próbuje w ten sposób Hendrykowski stworzyć swoistą więź z czytelnikami - tylko pozostaje pytanie, czy jest to w tego typu publikacji potrzebne.

Z czasem tendencja do wyszukiwania syntez i podsumowań słabnie, a sam autor zauważa, że nie uda mu się ogarnąć ogromnego tematu i jego realizacji w dziełach w ramach jednej skromnej książki. Dlatego też zaczyna posługiwać się przykładami - czyli nadaje relacji sporą dozę subiektywizmu i znowu wywołuje pytania o zasady kwalifikacji utworów. Osobno omawia między innymi zagadnienie lunatyzmu, bezsenności, snu jako sposobu pogodzenia się z przemijaniem, snu abstrakcyjnego, snu erotycznego Ale często wydaje się, że nie potrafi zachować równowagi w ocenianiu sytuacji. Sen staje się tu ważny tak samo jak rzeczywistość, podlega podobnym sposobom oceniania - zupełnie jakby do jego analizy w pełni wystarczały środki stosowane zazwyczaj do dzieł literackich czy sztuk wizualnych. Sen Marek Hendrykowski momentami traktuje jak wyraz świadomości, proces tworzenia w najczystszej postaci - i przez to wyolbrzymia jego rolę. Przy temacie snu w kinie można było się zdecydować wyłącznie na interpretacje obrazów filmowych - cała otoczka z próbami uchwycenia zasad snu (lepiej podawana w innych opracowaniach) wydaje się tu niepotrzebna i w dodatku średnio trafna.