powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Polska jako trupiarnia, czyli Wesele Kostrzewskiego

"Wesele" Stanisława Wyspiańskiego w reż. Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Telewizji. Pisze Antoni Buchała.

Wobec inscenizacji "Wesela" Wawrzyńca Kostrzewskiego nie można pozostać obojętnym. Reżyser, przedstawiając spójną i nowatorską koncepcję artystyczną, zaproponował jednak wizję trudną do zaakceptowania dla odbiorcy oczekującego na głos Wyspiańskiego w nowym brzmieniu. Kostrzewski, pozostając wierny tekstowi, a nawet wewnętrznej logice dramatu, całkowicie ów głos Wyspiańskiego przekreślił i unieważnił.

Przypomnijmy zamysł autora: jest rok 1900, od kilku lat w życiu publicznym Galicji daje się odczuć niejasne poruszenie, które Gospodarz (Włodzimierz Tetmajer) diagnozuje następująco:

"Tak się w każdym z nas coś burzy,

na taką się burzę zbiera,

tak w nas ciska piorunami,

dziwnymi wre postaciami:

dawnym strojem, dawnym krojem,

a ze sercem zawsze swojem;

to dawność tak z nami walczy.

Coraz pamięć się zaciera - - -

tak się w każdym z nas coś zbiera".

Od ostatniego zrywu powstańczego minęło już 36 lat, co oznacza, że najwyższy czas, aby obecne pokolenie wpisało się w tradycję insurekcyjną zapoczątkowaną przez Kościuszkę w roku 1794 i coś zrobiło dla niepodległości kraju wzorem pokolenia dziadów (1830) i ojców (1863). Wyspiański precyzyjnie "dekoruje" wnętrze chaty bronowickiej szablami, flintami i wizerunkami bohaterów z przeszłości, spinając całość obrazami Matki Boskiej Częstochowskiej i Matki Boskiej Ostrobramskiej. Na uczestników wesela "patrzy" więc wspomniana przez Gospodarza "dawność", czyli Rzeczpospolita Obojga Narodów. Wyspiański również odczuwa to ciśnienie płynące z głębi wieków i stawia diagnozę, co by było, gdyby nagle te wizerunki ożyły, gdyby Wernyhora naprawdę zszedł z reprodukcji obrazu Matejki, przekazał Gospodarzowi złoty róg i powiedział "Teraz wasza kolej". Odpowiedź brzmi: nic by nie było. To pokolenie jest przesiąknięte dekadenckim zwątpieniem; zdaje sobie sprawę z tego, że charakteryzowane jest przez podłe maski, farbowany fałsz - obrazki; że ma potencjał, ale nie potrafi go wykorzystać, bo tu pospolitość skrzeczy.

W kluczowym drugim akcie mamy do czynienia ze swoistą psychoanalizą, która pogłębia postawioną diagnozę. Cztery kolejne zjawy z historycznej przeszłości ilustrują zarówno możliwości tkwiące w polskiej wspólnocie dziedziczącej ich dorobek (Stańczyk i Rycerz - Zawisza), jak i ograniczenia, które mają charakter niszczący (Hetman - targowiczanin Branicki i Upiór - Szela). Warto zwrócić uwagę, że w tych postaciach Wyspiański równo dzieli zasługi i błędy sfery szlacheckiej i chłopskiej: każda z nich wniosła w naszą historię zarówno bohaterów, ludzi silnych i mądrych, jak i zdrajców i nikczemników.

Czyli: nasza przeszłość, nasza tradycja narodowa może być dla współczesnych z jednej strony źródłem dumy, a z drugiej przestrogą. Rozwijając namysł nad budującymi i niszczącymi doświadczeniami przodków, możemy być mądrzejsi, bo łatwiej nam, dzięki ich zasługom i błędom, odróżnić dobro od zła w obecnym momencie historycznym.

Co z tym wszystkim robi Kostrzewski? Rozmowy ze zjawami z aktu drugiego przenosi z chaty na cmentarz. Jest to stary cmentarz, pełen pięknych, kamiennych aniołów i pomników, również tych znanych z naszych ulic (Chrystus sprzed kościoła Św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu). Tam również "patrzy" na weselników przeszłość, ale widz nie ma żadnych wątpliwości, że ta przeszłość jest martwa. Co więcej, postacie, które przychodzą z zaświatów, to trupy, które tylko na chwilę ożyły, żeby powiedzieć swoją kwestię, i zaraz wrócić do zimnych piwnic pod pomnikami (wyjątkiem jest Stańczyk, którego tekstem mówi bezdomny szukający na cmentarzu schronienia).

Czyli: przeszłość historyczna naszego narodu to trupiarnia, a odwoływanie się do dawnych bohaterów i zdrajców jest zupełnie bezcelowe; jest właściwie równoznaczne z ekshumacją zwłok. Nawet Rycerz, będący u Wyspiańskiego, a przede wszystkim w historii Polski, symbolem siły i potęgi, w inscenizacji Kostrzewskiego leży na piachu niczym pokonany Krzyżak spod Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie.

W tej sytuacji wypowiedzi bohaterów nabierają zupełnie odwrotnego sensu niż u Wyspiańskiego. Na przykład słowa Dziennikarza, który po rozmowie ze Stańczykiem dostrzega duszną atmosferę stworzoną przez lojalistów galicyjskich (w tym przez niego samego), brzmią tak, jak gdyby były narzekaniem na trupi zaduch przeszłości, który zatruwa nasze aktualne życie społeczne. U Wyspiańskiego Poeta (Kazimierz Przerwa - Tetmajer), po rozmowie z Rycerzem opowiadającym o wiktorii grunwaldzkiej, wyraża refleksję Polska to jest wielka rzecz. U Kostrzewskiego te same słowa wypowiedziane po rozmowie ze zwłokami Rycerza brzmią jak rojenia wariata lub jak szyderstwo.

Kostrzewski zmienił również proweniencję zjaw. U Wyspiańskiego to alter ego bohaterów; to jakby podświadome pragnienia, które, na co dzień zagłuszone przez zewnętrzne okoliczności i powszechną niemoc, rozbłyskują tej nocy nagle, na chwilę, przypominając o powinnościach wobec wspólnoty narodowej lub wytykając powtarzające się błędy. W nowej inscenizacji owe zjawy mają charakter zupełnie odrębny od weselników; przychodzą z zewnątrz, jakby domagały się czegoś, co dla współczesnych Polaków jest zupełnie niezrozumiałe, a już na pewno niepotrzebne.

Koncepcja Kostrzewskiego jest wewnętrznie spójna, a zasadniczym spoiwem, tak jak u Wyspiańskiego, jest postać Chochoła. W zamyśle oryginalnym Chochoł to krzew róży owinięty na zimę w słomę. Wyspiański "bada" w swym dramacie, czy może przyszedł czas, aby tę zahibernowaną polską różę teraz rozwinąć. Jak wiemy, odpowiedź jest negatywna, brzmi ona: jeszcze nie teraz. Jeszcze nie, co oznacza - kiedyś tak. Tę nadzieję pozostawiają słowa Racheli:

Jeśli kto ma zapach róż;

owiną go w słomę zbóż,

a na wiosnę go odwiążą

i sam odkwitnie.

Znakomicie tę nadzieję tkwiącą na dnie dekadenckiego chocholego tańca zobrazował Andrzej Wajda w swojej ekranizacji, charakteryzując Wernyhorę na Piłsudskiego. Owszem, można powiedzieć, że Wajda tworzył film już z perspektywy spełnionej obietnicy kozackiego wieszcza, ale owa nadzieja jest w dramacie Wyspiańskiego obecna, bo pesymizm i negatywna ocena dotyczy zdecydowanie tylko tego, konkretnego pokolenia ukształtowanego przez Młodą Polskę i jej polityczne uwikłania. Wyspiański nie kwestionuje wagi wydarzeń i postaci historycznych, zarówno w ich wzniosłości, jak i małości; co więcej, sugeruje, że ich metafizyczna obecność może wpływać na postawy i decyzje podejmowane obecnie przez żyjących, albo też stanowić dla ich postaw bardzo konkretny punkt odniesienia.

U Kostrzewskiego Chochoł to upiór, czyli ożywione na moment zwłoki, owinięte w śmiertelne całuny. Nie ma zatem róży chwilowo uśpionej i czekającej na wiosnę, nie ma u weselników przebłysków świadomości, kiedy to odsłania im się owa róża, czyli prawda o nich samych, przykryta słomą oportunizmu i doraźnych tłumaczeń. Jest trup, który już nie ożyje, tylko uparcie próbuje zreanimować polskie truchła z przeszłości, aby swoim trującym oddechem przenikały zdrową tkankę narodu. Narodu, który chciałby się wreszcie wyzwolić z zatęchłego powiewu przeszłości, ale nie może, bo ciągle do starych pomników dokładane są nowe, i nowe postacie zmarłych nachalnie pragną załatwiać swoje interesy kosztem aktualnego życia. Efektem jest chocholi taniec, który Polacy tańczą przez cały spektakl, głównie na cmentarzu.

Miary polskiej beznadziei dopełnia koncepcja złotego rogu. U Wyspiańskiego, pamiętamy - Gospodarz w swej nieodpowiedzialności przekazał go prostemu chłopakowi Jaśkowi, a ten, nie znając jego wartości, zgubił go. Kostrzewski podchodzi do tego motywu kreatywnie: Jasiek gdzieś zgubił swój róg, ale go szuka, oczywiście na cmentarzu. I oto, przesypując jakąś kupę piachu znajduje nie jeden, ale co najmniej kilka złotych rogów, jak się domyślamy, zgubionych przez wcześniejsze pokolenia Polaków, którzy czegoś pragnęli, o coś walczyli, ale nigdy im nie wyszło jak trzeba, bo zawsze liczyli na jakiś cud.

Jak napisałem na wstępie, propozycja Kostrzewskiego jest przemyślana i stanowi konsekwentną propozycję odczytania dramatu Wyspiańskiego. Jednak reżyser, przesuwając akcenty i zmieniając dekoracje, unieważnił przedmiot namysłu Wyspiańskiego, to znaczy rolę dziedzictwa narodowego, rolę przeszłości i tradycji w życiu kolejnych pokoleń Polaków. Wyspiański nie idealizuje przeszłości, bo w równych proporcjach przedstawia chwile triumfów i klęsk, konsekwentnie przypisując zasługi i winy naszym przodkom.

Jednak dla Wyspiańskiego przeszłość to skarbiec pełen bezcennych doświadczeń, z którego warto świadomie korzystać. Bo że się z niego czerpie, nawet nieświadomie, to pewna.

Dla Kostrzewskiego przeszłość to lamus, z którego wydostają się, wbrew naszej woli i wbrew naszym potrzebom upiory przeszłości, które nie mają nam nic ciekawego do powiedzenia.

A jeżeli ich słuchamy, to tym gorzej dla nas.

---

Autor jest polonistą i wicedyrektorem w LO Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców w Libiążu