powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kochać, a nie wziąć

Spektakl trzech adeptek sztuki teatralnej, pomimo oryginalnej scenografii, nie wzbudził większych emocji. Teksty z dokumentalnych zapisów nie wybrzmiały na tyle przekonująco, by poruszyć czy zafrapować - o spektaklu "Łupiny" Justyny Arabskiej, Dominiki Feiglewicz i Małgorzaty Jakubowskiej w ramach przeglądu "Teatr na faktach" w Instytucie Grotowskiego we Wrocławiu pisze Jarosław Klebaniuk.

Istnieje jednak i taka możliwość, że znane, schematyczne historie zakazanych miłości, wsparcia ze strony bliskiej osoby w trudnym momencie czy nierozwiązanej traumy z dalekiej przeszłości, padły na jakiś wdzięczniejszy grunt. Taki rodzaj teatru pokazuje, jak ważne jest, do kogo kierowany jest przekaz. Nawet najdramatyczniejsza historia usłyszana w podobnym kształcie wiele razy traci swój impet. Zwłaszcza, gdy opowiedziana zostaje zwyczajnie, bez tego, co mogłoby dodać jej jakieś wyrazistsze teatralne środki.

Pomysł inscenizacyjny zapewne miał służyć uzyskaniu wspólnotowego efektu. Kto chciał, łupał orzechy, a nawet wyjadał je. Czułem się trochę niezręcznie, gdy Ela podsuwała mi kolejne. W końcu to teatr, a w teatrze - wciąż to wierzę - nie je się i nie pije. No, ale może to część przedstawienia, tłumaczyłem sobie, mieląc między zębami kolejną tłustą półkulę mózgową w wegetariańskiej wersji mini. Siedzieliśmy przy stole, a to co na nim rozrzucono wskazywało na jego biesiadny charakter. Ela stwierdziła później, że było to w gruncie rzeczy darcie pierza i że przy takich czynnościach kiedyś opowiadano historie. Jeśli tak, pomyślałem, to ci wszyscy, którzy nie zmieścili się przy ogromnym stole, a siedzieli na widowni, byli z tego wspólnotowego aktu jakoś wykluczeni. Ich teatralne przeżycie było zapewne inne niż nasze.

Na początku nie było nawet wiadomo, kto gra, a kto przyszedł pooglądać. Pewność mieliśmy tylko co do jednej osoby, której przebranie wskazywało na kreację. "Twarz tej w habicie mogłaby należeć do Matki Boskiej z obrazu", powiedziałem do Eli, gdy czekaliśmy na rozpoczęcie. "Ciekawe w jakim kościele?", zareagowała sceptycznie. Przypomniałem sobie, jak tamte umęczone twarze wyglądały i uznałem, że - faktycznie - święty trop jest błędny. "Mogłaby być aktorką w perwersyjnym filmie porno", oceniłem. Tym razem moja druga połowa nie wyraziła w odpowiedzi żadnej wątpliwości.

Oprócz zmysłowej twarzy zakonnicy ujawniły się jeszcze trzy, w tym dwie siedzące przy stole na odległych miejscach. Interakcje między nimi po przekątnej przecinały więc spojrzenia widzów, grzęzły między łuskanymi orzechami, by ostatecznie wyeksponować miniaturowe fabuły i ewentualne sensy. Nie było tych opowieści zbyt dużo, a nawet te, które miały potencjał do wywołania jakiejś żywszej emocjonalnej odpowiedzi, okazywały się letnie. Zapewne ta sceneria, budząca skojarzenia z wykonywaniem razem błahych czynności i rozmowami dla podtrzymania więzi raczej niż dla wymiany informacji, odjęła narracjom moc. Może też po stronie aktorskiej zabrakło trochę zaangażowania, a może po prostu historie były jednak słabe.

Jedna z bohaterek zakochała się, gdy miała dwanaście lat, a jej anonimowy list adresat oddał nauczycielce, która go upubliczniła i zażądała przyznania się. Okazało się, że "winowajczyni" pozostaje z nią w zażyłych stosunkach. Druga doświadczyła wizualnej formy molestowania seksualnego w autobusie. Jakiś obcy mężczyzna patrzył na nią pożądliwie. Kolejna chciałaby mieć dziecko i obdarzać je bezwarunkową miłością, której sama nie zaznała. Terapeutkę spotkał gwałt ze strony sąsiada, gdy miała pięć lat, a matka w obawie przez skandalem nie podjęła żadnych kroków i zabroniła jej o tym mówić. Zakonnica zakochała się w księdzu, a choć listy i spotkania nie doprowadziły do fizycznego związku, to był to "trudny moment dla powołania". Jeszcze inna bohaterka wspominała, jak babcia przed maturą wsparła ją emocjonalnie i sprawiła, że uwierzyła w siebie. Sami widzicie.

W drodze do autobusu skomentowaliśmy dwie mininarracje. Ela słusznie uznała, że terapeutka, która "przeżywa emocje za swoich klientów" nie powinna być z tego dumna. Jest to błąd w sztuce, bo ani nie stanowi przejawu empatii, ani nie ułatwia wglądu w rzeczywistą psychologiczną sytuację osoby, która jest przedmiotem terapii. Przecież oni nie doświadczali tych emocji! Zatem mówienie o "darze" w tym kontekście było nieporozumieniem. To raczej "skaza". Od wyłapywania takich różnic są superwizorzy. Dobrzy terapeuci korzystają z ich bardziej obiektywnej perspektywy. W tym przypadku wystarczyłaby odrobina zdrowego rozsądku i skromności.

Mnie z kolei zafrapowała wypowiedź pochodząca od jakiegoś duchownego, w której zarzucił on "kalectwo duchowe" reżyserowi filmu "Kler", bo ten "tylko ludzką warstwę zobaczył, a nie duchową". Aż chciałoby się w polemice odpowiedzieć: to ten sam ksiądz może w ramach "ludzkiej warstwy" molestować czy brać brudne pieniądze, a potem rekompensować te plugastwa "warstwą duchową"? A może niegodziwości jednych księży znoszą się z duchowością innych i bilans wychodzi neutralny? Pozostałem jednak przy orzechach. Ich miła tłusta pulpa zrekompensowała mi milczenie wobec kolejnego przejawu hipokryzji, tym razem bezkrytycznie przytoczonego przez zakonnicę z nienakręconego filmu porno.

Teatralności nieco przybyło, gdy dwie aktorki wstały i zaczęły obrysowywać wzajemnie kontury swoich postaci na ceglastej ścianie. Potem jedna pocieszała drugą. Jednak wymowy tej sceny nie byłem w stanie pojąć. Wydała mi się odległa i odlepiona od całości. O coś musiało jednak w niej chodzić i dlatego gotów jestem zapisać ją na plus.

Pośród atrakcji tego niezbyt udanego przedstawienia należałoby także przytoczyć śpiewy ludowe, potwierdzające tylko "atmosferę darcia pierza". Jedna z tych przyśpiewek szła między innymi tak: "Siać, a nie żąć, kochać, a nie wziąć". Inna dotyczyła chmielu i do niej, właściwie już na brawach, zaproszona została publiczność. Zapanowała wspólnotowość. Mnie jednak spektakl przyniósł raczej dalekie od wspólnotowości ekranowe skojarzenia.

Jarosław Klebaniuk - Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski