Mikołaj Cieślak: W domu też jest śmieszny

Mikołaj Cieślak (46 I.), współtwórca Kabaretu Moralnego Niepokoju oraz hitowego serialu "Ucho prezesa", miniony rok może zaliczyć do udanych. Sukces "Ucha prezesa", którego ukoronowaniem była jego sceniczna wersja w Teatrze 6.piętro, sprawił, że artysta z satysfakcją patrzy w przyszłość.

«Jako współtwórca "Ucha prezesa", które od kilku sezonów święci triumfy popularności w sieci, jest Pan zapewne bardzo dumny, zwłaszcza że to Pan wymyślił obsadę tego serialu?

- Ten etap mam już za sobą, bo wszystkie role zostały obsadzone. Z przyjemnością wspominam jednak moment, kiedy dokonywałem tych wyborów, tym bardziej że były trafione. Choć to przede wszystkim zasługa aktorów, którzy kapitalnie wykonali swoją robotę, ja perfidnie wziąłem całą chlubę na siebie (uśmiech - przyp. red.). A mówiąc szczerze, to faktycznie w paru momentach intuicyjnie, w sposób nieoczywisty, udało mi się trafnie przeprowadzić casting.

Siebie też Pan bardzo dobrze obsadził w roli Mariusza.

- Tak, bo moja relacja z prezesem Robertem Górskim jest bardzo naturalna i prawdziwa (uśmiech - przyp. red.). Nie wiem, skąd to się bierze? Kto wie, może wcale nie jestem taki niezłomny, tylko podlizujący się i usłużny? Co zrobić? Widocznie mam taką cechę charakteru.

Ma Pan też bardzo żywą mimikę. Podpatruje Pan ludzi, żeby ich potem naśladować?

- Bardzo! A najbardziej lubię podpatrywać zachowanie osób postawionych w różnych dziwnych sytuacjach. Kiedyś na przykład, kiedy jechałem autobusem, obserwowałem pana, który siedział sobie z wytłaczanką po jajach na głowie przytwierdzoną za pomocą gumki. Normalnie wracał z pracy o godzinie 17.00. Nie było w jego zachowaniu nic dziwnego, oprócz tej wytłaczanki. Siedział i patrzył w okno. Najciekawsze było obserwowanie ludzi, którzy się dosiadali - jedni się uśmiechali, inni udawali, że nic nie widzą albo że wszystko jest w najlepszym porządku. Prawdziwa kopalnia ludzkich reakcji i zachowań! Takie obserwacje bardzo się przydają w naszej pracy, zwłaszcza w serialach absurdalno-komediowych.

Czy są takie tematy i wątki, których jako kabareciarze nigdy nie wyśmiewacie?

- Owszem, nigdy nie śmiejemy się z osób zmagających się z różnymi przypadłościami, które od nich nie zależą. Na przykład nie będziemy się śmiać z osoby, która utyka, jest kaleką nie z własnej winy, bo to podłe. Obrzydliwe jest też wyśmiewanie się z czyjegoś bólu czy smutku. Tej granicy nigdy nie przekraczamy. Natomiast ze wszystkich innych przypadłości typu głupota, przywary społeczne, rodzinne czy też dotyczące służb państwowych i kościelnych, czemu nie?

I śmiech niekiedy może być nauką, kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa?

- O właśnie! Biskup Ignacy Krasicki dobrze to ujął. Z pomocą przychodzi też Gogol: "Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!". Czasem pokazujemy na scenie wrednego teścia czy głupiego wujka. Przypuszczam, że 20 procent sali mogłoby być wzorem takiej postaci, a jednak wszyscy się śmieją! Może i ja z siebie się śmieję, pokazując jakąś postać. Nikt nie jest bez winy.

Podobno kabareciarze w zaciszu domowym wcale nie są aż tak zabawni i śmieszni. Zalicza się Pan nich?

- Skąd! Ja jestem bardzo śmieszny w zaciszu domowym. Może aż za bardzo. Czasem tylko ja się dobrze bawię, a moje dzieci niekoniecznie.

Proszą: "Tato, przestań!"?

- Prawie. Mówią: "Tato, jak nie umiesz, nie żartuj". W ten sposób moje dwie córki, 15-letnia Maja i 19-let-nia Jagoda, dają mi do zrozumienia, że wcale nie jestem taki zabawny.

Ale "Ucho prezesa" im się podoba?

- Tak, zwłaszcza starsza córka twierdzi, że "Ucho prezesa" fajnie zrobiliśmy. W jej młodzieżowym środowisku kabaret jest absolutnie niepopularny, a nawet trochę faux pas. Bez wstydu można się za to pochwalić koleżankom i kolegom, że tata "Ucho prezesa" zrobił, a nie, że tylko w kabarecie fika.

Miłość prezesa do kotów jest powszechnie znana. Czy Pan również zalicza się do grona kociarzy?

- Tak, mam jednego kota i naprawdę bardzo go lubię. Ma na imię Gacek, bo jest czarny i latał jak nietoperz po całym domu, kiedy był mały. Nazywam go też "kot pocztowy", ponieważ znalazłem go na poczcie. Poszedłem kiedyś na pocztę odebrać list i usłyszałem pisk małych kotków. Okazało się, że ktoś je podrzucił, no to wziąłem sobie jednego. Reszta też się rozeszła tego samego dnia. Teraz nawet żałuję, że nie wziąłem dwóch, bo to kapitalny zwierzak. Mam jeszcze w domu psa, który żyje z Gackiem jak pies z kotem. Takie mam safari domowe.

No proszę, a mówi się, że poczta do niczego.

- Skąd! Przecież koty rozdaje (uśmiech - przyp. red.).

Za Panem owocny rok - Kabaret Moralnego Niepokoju, serial "Za marzenia", czwarty sezon "Ucha prezesa" w sieci, a na deser jego sceniczna wersja "Ucho prezesa, czyli Scheda" na deskach Teatru 6.piętro. Jak zapowiada się rok 2019?

- Też intensywnie, ale ja to bardzo lubię. Myślę, że z "Uchem...", internetowym i teatralnym, będziemy się dalej ładnie rozwijać.

Bawi się Pan w postanowienia?

- Bawię się, ale niezależnie od kalendarza. Uważam, że w ogóle trzeba sobie stawiać różne zadania do wykonania. Dieta? Czemu nie! Choć nie muszą to być zaraz brokuły z pudełka. Wystarczy, że będę jeść mniej, zdrowiej i regularnie. No i koniec z jedzeniem po 21.00. (uśmiech - przyp. red.).

- Dziękuję za rozmowę.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego