powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Niedzielne popołudnie, czyli: jestem sam

"Niedzielne popołudnie" Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej w reżyserii autorki w Teatrze Młyn w Warszawie. Pisze Tomasz Misiewicz w Odrze.

Młode małżeństwo wspólnie spędza niedzielne popołudnie, czas, gdy permanentny pośpiech zawodowego tygodnia doskwiera jakby mniej. Ona jest w ciąży, więc natłok profesjonalnych obowiązków jej tymczasem nie dotyczy. Dojmującą zaś staje się niemoc właściwa bliskiemu rozwiązaniu. On na co dzień zajmuje się sprzedażą kafelków. Obowiązki dealera pochłaniają go bez reszty, choć znajduje w międzyczasie chwilę na próbę realizacji projektów prywatnych. Ma mianowicie zamiar nagrać własnym sumptem płytę. Przygotował już nawet szlagwort wiodącego przeboju. Będzie on brzmieć następująco: jestem sam, jestem sam, ram tamtam, ram tamtam.

Taki wstęp zwiastuje na scenie warszawskiego teatru Młyn spotkanie z niezobowiązującą komedią. Nie będzie to prognoza oderwana od rzeczywistości, gdyż Niedzielne popołudnie jest sztuką dowcipną i w tej tonacji zagraną. Jednak sens ukryty w zgrabnych dialogach daleko wykracza poza rozrywkowy nawias. W domu małżeństwa rozgrywa się fundamentalna rozmowa dotycząca istoty tego związku. Pogubieni wśród dziesiątek spraw doczesnych, omotani bieżącymi problemami, nie mieli dotąd młodzi ludzie czasu na rzeczową analizę zysków i strat wzajemnej relacji. Autorka scenariusza sztuki zadbała o to, by w uładzone i przewidywalne pozory małżeńskiego wizerunku wprowadzić w odpowiednim momencie suspens, zmieniający o 180 stopni dynamikę sztuki. Zdezorientowany widz o nagłej zmianie kursu narracji zorientuje się nie od razu. Dodatkową zaletą przedstawienia jest też fakt, iż Natalia Fijewska-Zdanowska wykonała swój scenariuszowy manewr zaczepny tak zgrabnie, że wydawałoby się irracjonalny jego element przyjdzie przyjąć do wiadomości jako wyjście całkiem prawdopodobne.

Będzie zatem Niedzielne popołudnie odstępstwem od schematycznych przypadków widowisk podobnych w intencjach, lecz innych w wymowie. Spektakl Fijewskiej-Zdanowskiej posiada przewagę nad tymi innymi konsekwencją w realizacji karkołomnego zdać by się mogło zamysłu twórczego. Jednak projekt teatru Młyn nie byłby spełniony, gdyby swojej roli nie odegrały pozostałe tryby przedsięwzięcia. Otóż Paulina Holtz i Michał Sitarski walnie przyczyniają się do udanej realizacji pomysłu komplementarnego w formie. Aktorzy poprzez swoją zwyczajność nadają spektaklowi odcień wydarzenia realnego, z którym każdy może się utożsamić. Nadany postaciom groteskowy rys, jaki dodatkowo zaproponują oni opowieścią o zwykłych ludziach, jest w najwyższym stopniu zasługą aktorskiego duetu. Para płynnie przechodzi z form śmiesznych do poważnych, nie wpadając za żadnym razem w pułapki skrajne. Małżeństwo w ujęciu Holtz i Sitarskiego, wikłając się w stereotyp codzienności, obnaża mimowolnie pozorność swoich intencji. Gdy jednak małżonkowie fundamentalny spór już rozstrzygną, nad wynikającymi zeń konsekwencjami szybko przejdą do porządku dziennego. A więc może niedzielne popołudnie obfitujące w odkrycia zasadnicze nie było czasem aż tak przełomowym? Częste przejścia w sztuce ze scen wyrażanych przez aktorów wprost do tych wygłaszanych z offu mają za cel wykazanie indywidualnych przeżyć pary bohaterów. Często pozostają one w kontraście do słów padających publicznie. Ale i bez tego zabiegu łatwo się zorientować, że główne przesłanie sztuki sprowadzi się do błahej konstatacji. Jestem sam, jestem sam...