powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dokument z oddechem

Dzięki ekipie Teatru Szwalnia mieliśmy w Łodzi od połowy września do połowy listopada możliwość zobaczenia szeregu niezwykle interesujących działań teatralnych. Dla miłośników współczesnych poszukiwań z obszaru teatru i performansu była to w tym czasie najciekawsza propozycja w mieście - Joanna Kocemba-Żebrowska podsumowuje wybrane wydarzenia przeglądu szwalnia.DOK3.

Teatr dokumentalny to gatunek dziś niezwykle różnorodny i prężnie rozwijający się w rozmaitych kierunkach. Zyskuje coraz większe grono zwolenników, którzy z odmiennych powodów (i z rozmaitymi skutkami) z zainteresowaniem sięgają po trudno uchwytną bliskość z rzeczywistością pozateatralną. Nie chcę nawet próbować budować definicji teatru dokumentalnego. Zamiast tego warto wymienić kilka konkretów, składających się na szerszy obraz całego gatunku. Teatr historii mówionej, widowiska site specific, performans delegowany, teatralna autobiografia, teatr partycypacyjny; od teatru zaangażowanego społecznie po eksperymenty nastawione na formę artystycznego wyrazu, od scentralizowanej roli reżysera po działania kolektywne, od tradycyjnego podziału na aktywnego aktora i biernego widza po tworzenie przestrzeni teatralnej zacierającej te role. To wszystko składa się na współczesny teatr dokumentalny i to wszystko można było zobaczyć podczas trzeciej edycji jesiennego, dwumiesięcznego festiwalu organizowanego przez łódzki Teatr Szwalnia. Przegląd szwalnia.DOK3, na który składało się dziesięć wydarzeń prezentowanych w różnych częściach miasta, uwidocznił przede wszystkim ogromną różnorodność formalną i tematyczną współczesnego polskiego teatru dokumentalnego.

Przyznaję, że nie widziałam wszystkich prezentacji. Mój obraz jest całkowicie niepełny. Oczywiście, nie uprawnia mnie do wydawania podsumowujących festiwal sądów. Kusi mnie jednak, by stwierdzić, że tak jak niektórzy artyści teatru dokumentalnego, współpracując z grupą, wycofują się ze swojej nadrzędnej roli twórcy dzieła i oddają tej grupie pole do działania, tak również organizatorki festiwalu nie uwidoczniły siebie i swojego gestu kuratorskiego. Ani w widoczny sposób - nadając festiwalowi idiom, podtytuł, nazwę, ani w bardziej ukryty - jasno wskazując na zależności pomiędzy prezentowanymi w ramach wydarzenia dziełami. W efekcie powód wyboru określonych widowisk nie stał się sam w sobie tematem, a co więcej, nie ingerował w sposób rozumienia prezentowanych wydarzeń, nie okazał się ich proponowanym kluczem interpretacyjnym.

Może to powyższe w ogóle nie jest jednak ważne, wobec faktu że dzięki ekipie Teatru Szwalnia mieliśmy w Łodzi od połowy września do połowy listopada możliwość zobaczenia szeregu niezwykle interesujących działań teatralnych. Dla miłośników współczesnych poszukiwań z obszaru teatru i performansu była to w tym czasie najciekawsza propozycja w mieście.

Dni były jeszcze długie, choć już zaczynała się słota, kiedy wyruszaliśmy w głąb słynnej łódzkiej ulicy Włókienniczej, obecnie poddawanej szeregom procesów rewitalizacyjnych. Spacer performatywny "Włókiennicza mówi", inaugurujący szwalnię.DOK3., przygotowany przez Patrycję Terciak, to czterdziestominutowe doświadczenie słuchania i oglądania, tego co nieznane, dla niektórych może nawet egzotyczne, mimo że znajdujące się blisko. Uzbrojona w parasolkę pod pachą i mapkę w dłoni, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że Włókiennicza to pewnie jedna z ostatnich enklaw wspólnot sąsiedzkich lub przynajmniej miejsce chęci kolektywnego mitologizowania tej ulicy w ten sposób.

Głos dostali mieszkańcy - właściwie trudno było nawet rozpoznać, co o procesie rewitalizacji, historii czy wizerunku ulicy myśli sama autorka działania. Powstały wielogłos charakteryzował się etnograficzną precyzją i artystyczną odwagą, zakładającą wielość wrażeń i uruchamianie u odbiorcy niejednoznacznych podsumowań, a czasem nawet sprzecznych ze sobą emocji. Włókiennicza opowiedziana głosami mieszkańców stała się ulicą i piękną i straszną, przede wszystkim pełną ciekawych historii: miłosnych, euforycznych, alkoholowych, przedsiębiorczych, wspólnotowego wsparcia i wzajemnej drwiny.

Spacer odbywać można było na wiele sposobów. Pierwszy - jak gdyby podstawowy - zakładał odsłuchanie fragmentów rozmów w z góry zaproponowanej kolejności i w zaznaczonych na mapce miejscach. Wszystkie pozostałe możliwości polegały na samodzielnym podjęciu decyzji o porządku fragmentów i przestrzeni ich odsłuchu. Można było także - przynajmniej co jakiś czas - zdjąć słuchawki i znajdując troszkę czasu, przebiec się po niekiedy otwartych klatkach schodowych i strychach. Docenić ich piękno, dawniejszą dbałość o detale i smutek dzisiejszego rozkładu. Albo wejść w dialog z mieszkańcami tytułowej ulicy, którzy podczas całego spaceru towarzyszyli uczestnikom bezpośrednio i fizycznie. Niektórzy nieśmiało spoglądali przez okna, inni - a była to grupka młodych mężczyzn - przebywając na ulicy otwarcie obserwowali uczestników spaceru, którzy nie pozostawali im dłużni. Co sądzili o tej sytuacji? Czy wiedzieli lub domyślali się, że w założonych słuchawkach słyszymy historie z ich ulicy? Można pomyśleć, że szkoda że mieszkańcy Włókienniczej nie dołączyli do grupy odbiorców spaceru performatywnego. Można też jednak stwierdzić odwrotnie, że właśnie dołączyli - tylko że na odmiennych zasadach i obserwując inne widowisko. Warto dodać, że był jeszcze trzeci aktor tego dramatu. Wędrówkę śledził patrol policji, który wraz z uczestnikami działania przesuwał się sukcesywnie w dół i potem w górę ulicy, nie opuszczając jednak bezpiecznej przystani swojej furgonetki.

Bardzo ciekawą propozycją festiwalową było "Come True" [na zdjęciu] w reżyserii Michała Stankiewicza, któremu udało się za to widowisko zyskać przychylność jurorów konkursu "The Best off". Działanie teatralne pokazane na dużej scenie Teatru Szwalnie zostało zwieńczone intensywną dyskusją na temat manipulacji publicznością. Rozważając "Come True" jako spektakl dokumentalny, należałoby stwierdzić, że dokumentuje on przede wszystkim swoją publiczność, dosłownie umieszczając ją w świetle reflektorów. Z tego powodu gorąca łódzka dyskusja jawi się jako jeszcze bardziej znacząca i wpisująca się w tematykę przedstawienia.

"Come True", wbrew pozorom wynikającym z opisu, wcale nie jest ani łatwe ani przyjemne - i wcale nie chce takie być. Twórcy zmuszają do bezpośredniego uczestnictwa, nakazują osobom na widowni wzajemne zainteresowanie sobą i czynią to na pewno niejednokrotnie wbrew ich woli. Nie jest to jednak bezcelowe. Manipulowani widzowie mogą bezpośrednio doświadczyć tematu przedstawienia, poczuć jak łatwo rozbudza się w drugim człowieku określone emocje i wrażenia, jak trudno oprzeć się zewnętrznie prowadzonej narracji, jej zakazom i nakazom. I co więcej, przy tak poprowadzonej sytuacji teatralnej, łatwo uświadomić sobie, że tym który stoi na straży zasad tej zewnętrznie prowadzonej narracji jest drugi człowiek - poddający nas nieustannej obserwacji i dyscyplinujący swoim spojrzeniem.

Tym co dla mnie osobiście było jednak zdecydowanie bardziej dotkliwe w przypadku "Come True" to pewien brak. Czekając na pojawienie się człowieka, który - jakby się wydawało - powinien wypełnić znajdującą się przez widzami pustkę i wziąć na siebie wypowiadane kwestie, czułam dojmującą nieobecność drugiej osoby, można powiedzieć, że był to rodzaj poczucia osamotnienia. Rozwiązanie znalazłam w postaci wykreowania własnej postawy patrzenia się na znajdujące się naprzeciwko mnie osoby jak na aktorów-performerów. Oczywistym stał się wtedy wniosek, że teatr to nie jedynie sposób grania, ale także sposób patrzenia, a teatralna obecność wymaga odpowiedniego sposobu bycia - zarówno ze strony aktorów jak i widzów. W przypadku "Come True" role widzów i aktorów były płynne i niejednoznaczne, nie oznacza to jednak, że ich w ogóle nie było.

"WI-MA | MONUMENT", działanie performatywne, przygotowane podczas kilkudniowych warsztatów prowadzonych w ramach przeglądu szwalnia.DOK3 przez Ludomira Franczaka, odbyło się w dawnych Zakładach Przemysłu Bawełnianego Wi-Ma. Na przestrzeń widowiska wybrano jedną z dawno opuszczonych hal, gdzie farba olejna płatami wciąż schodzi ze ściany, a na suficie dogorywają halowe świetlówki. Patrząc na tę przestrzeń wnioskować można, że proces jej upadania jeszcze się nie zakończył, a wciąż trwa, powolnie i bez zewnętrznego wspomagania.

Fabrykę, jaką była ZPB Wi-Ma, twórcy działania zdecydowali się przedstawić przez wyszukane skrawki dawnego życia. Wielość i powtarzalność przedmiotów odnalezionych w jej zakamarkach stała się punktem wyjścia do budowania misternych konstrukcji, wskazujących nie tyle na ich domniemaną, niegdysiejszą użyteczność, ale na ich walory estetyczne. Przedmiotom odebrano ich celowość, potraktowano je jako materię wizualną, z której tworzyć można kolejne obrazy i rzeźby oraz pożywkę dla wyobraźni o stojących za nimi ludzkich mikro-historiach. Wielość i powtarzalność martwej substancji to z pewnością jedno z pierwszych, powszechnych skojarzeń z fabryką jako taką. Tu zostało ono zestawione z ludzkimi historiami, z unikalnością i emocjonalnością doświadczenia i życia. Poetyckie wyznania, wygłaszane przez performerki, pełne trudno wyrażalnego bólu i wszechogarniającej nostalgii, wraz z tuzinami śrubek, wieszaków, przywieszek, nici tworzyły wyjątkowy obraz dawnej fabryki. Wskazywały na jej szorstki, zimny, ostry charakter okraszany potrzebą budowania przywiązania i bliskości nawet w takich miejscach.

Martwe przedmioty i ludzkie wyznania w małej i ciasnej przestrzeni, malowanej punktowym światłem scenicznym, pojawiały się powoli i linearnie. Tak określona czasowość i przestrzenność widowiska niewiele miała wspólnego z tym jak funkcjonuje i wygląda fabryczne życie. W nim panuje raczej wieczne "teraz", rzeczy dzieją się stale, bez przerwy, systematycznie i na okrągło. Przestrzenie są szerokie i przestronne, ułożone wedle przemyślanego, utylitarnego porządku, maksymalnie wykorzystującego ich możliwości. O żadnej przytulności nie można tam mówić. Przestrzeń widowiska kontrastuje z ogromnymi halami fabrycznymi widocznymi na około, na terenie dawnego ZPB Wi-Ma. Co więcej, również ludzka obecność nie odnosi się do tej charakterystycznej dla pracy robotników fabrycznych. Widzowie stoją blisko siebie, w nieuporządkowaniu i przemieszaniu, a wraz z przenoszącym się planem akcji, swobodnie się obracają. Podobną autonomią cechują się performerki, korzystając z charakterystycznej performatywnej nadwyżki ekspresji, nie budują jednak ról, nie dyscyplinują intensywnie własnego ciała.

"WI-MA | MONUMENT" nie opowiada więc o fabryce - ani o ZPB Wi-Ma ani o jakiejkolwiek innej, jakich w Łodzi było wiele. "WI-MA | MONUMENT" to raczej widowisko o procesie zapamiętywania i mitologizowania pracy w fabryce, której kres przeżyło całe pokolenie łodzian. W tym procesie obrazy nakładają się na siebie, na martwe przedmioty wchodzą emocje, wszystko się kurczy, ciemnieje i zaczyna krążyć. Pamięć czasami chwyta się konkretu, głównie jednak po to, żeby za chwilę go zostawić, oscyluje raczej wokół wrażeń, które przejmują władzę nad faktami.

Przeglądowi szwalnia.DOK3, od 3 listopada towarzyszyła wystawa "1:1". Składały się na nią prace przygotowane przez wolontariuszy Teatru Szwalnia: Aleksandrę Janczak, Katarzynę Haniszewską, Michała Niedzielskiego, Sarę Licę, Joannę Marczyńską i Marię Maślankę, pod opieką Ewy Łukasiewicz, Katarzyny Skręt i Patrycji Terciak.

Na uwagę zasługuje już sam świetny pomysł chęci oddania młodym twórcom przestrzeni do wykreowania własnej wypowiedzi artystycznej, wpisującej się w charakter festiwalu organizowany przez teatr, w którym działają. Prace zostały przedstawione na niewielkiej przestrzeni na pierwszym piętrze budynku Teatru Szwalnia. Ich wyjątkowa wzajemna bliskość sprawiała, że mimo ich różnorodności formalnej ciężko było oglądać je osobno. Stały się one tym samym dla siebie wzajemnymi odpowiedziami i komentarzami, wpływały na swoje interpretacje.

Mimo wspomnianej różnorodności prace łączyło wyjątkowo silne zaznaczenie w nich ich twórców. Autorzy i autorki dzieł, wybierając różne artystyczne środki wyrazu (słuchowisko, film, instalacja) ukazali siebie w konfrontacji ze światem - pokazali własne przemyślenia bądź doświadczenia - w większości nie ukrywając własnej podmiotowości. Pojawiające się tematy takie jak konstruowanie ludzkiej tożsamości, podróże w poszukiwaniu niesamowitości, przekonanie o nieuchronności stereotypowego stwarzania drugiego człowieka we własnych oczach czy odnajdywania przyjemności płynącej z rutyny prezentowane były bardzo osobiście. Z autorefleksji nad sobą w konfrontacji ze światem rodziły się te prace i w taki również sposób interpretować można tytuł wystawy czyli 1:1.

Inną propozycją przeglądu szwalnia.DOK3 był spektakl teatralny, który mimo niedawnej premiery (czerwiec 2018) zdążył już zyskać rozpoznawalność. "Na Lightcie" przygotowała Grupa Korpuskularna LightOff, w składzie Tomasz Grygier, Weronika Fibich i Piotr Nykowski, związana ze szczecińskim Teatrem Kana. Tym co wpisywało prezentowane widowisko w omawiany festiwal była relacja jego świata przedstawionego z rzeczywistością pozateatralną.

"Na Lightcie" to po pierwsze spektakl-wyznanie. Główny bohater - w tej roli Tomasz Grygier - swoje dotychczasowe życie zawodowe spędził przede wszystkim jako oświetleniowiec i autor światła przy najróżniejszych przedstawieniach teatru alternatywnego. Choć był i czuł się współtwórcą spektakli, to od dłuższego czasu marzył o postawieniu samego siebie po drugiej stronie reflektorów - w ich blasku.

Sposób opowiadania historii w "Na Lighcie" przywodzi na myśl konwencje charakterystyczne dla teatru alternatywnego. Po pierwsze, w rzucającej się fizyczności aktora i w takim wykorzystaniu ciała, które jest na tyle sprawne, że zdradza długi czas pracy nad warsztatem, ale również nie ukrywa siebie, w tym wysiłku potrzebnego do wykonania określonych figur czy scen. Po drugie, w konstrukcji roli i nieustannym wskazywaniu na bliskość łączącą bohatera spektaklu z aktorem oraz traktowanie sceny jako platformy do wygłoszenia własnych manifestów. To, co Joanna Krakowska nazwała auto-teatrem, a co już wcześniej zostało ujęte chociażby w haśle Łódzkich Spotkań Teatralnych czyli "własnym głosem, o własnych sprawach, na własną odpowiedzialność" można potraktować jednak jako pewną konstrukcję czy konwencję sceniczną, do zbudowania której potrzebne są odpowiednie środki, takie by wywołać wrażenie autentyczności. Wśród nich byłaby ekspresja ciała korzystająca z ruchu autentycznego, charakterystyczne "niedoreżyserowanie" i idąca za nim swoboda, łamanie czwartej ściany, nawiązywanie z widownią bezpośredniego dialogu. "Na Lightcie", wykorzystujące wszystkie wyżej wymienione elementy, gra więc na pewnym dualizmie. Na scenie oglądamy historię o potrzebie zrealizowania marzenia jak i samo realizujące się w tym momencie marzenie. Jako widzowie balansujemy pomiędzy tymi dwoma wrażeniami. Nie jest trudne, by zapomnieć, że Tomasz Grygier jest w roli i potraktować opowieść jego scenicznego bohatera jako jego własną, także ze względu na materiały do spektaklu ujawniające fragmenty jego biografii.

"Na Lightcie" to także manifestacja ogromnej roli, jaką w teatrze odgrywa światło. Dowiadujemy się o tym nie tylko poprzez historie snute przez bohatera, ale także przez liczne ilustracje. Szybko zmontowane sekwencje scen stanowią zestaw inspiracji pochodzących z różnych konwencji teatralnych, filmowych, wizualnych, w których światło buduje atmosferę, przestrzeń, postaci. Jednocześnie spektakl staje się pokazem, czy nawet popisem, warsztatowej wirtuozerii związanej z budowaniem światów poprzez teatralną maszynerię.

Twórcy "Na Lightcie" przedstawienie zapowiadali jako "nie tylko dla branżystów". Oczywiście, na pewnym poziomie, jest to widowisko dla branżystów. Ilość odniesień do najróżniejszych spektakli i twórców teatralnych, żonglowanie żartami wymagającymi bardzo specyficznej wiedzy, stanowić może barierę dla osób niezwiązanych bezpośrednio ze światem teatru - zwłaszcza alternatywnego. Jednocześnie jednak, "Na Lightcie" ma charakter wyjątkowo uniwersalny. To historia nie tylko o spełniającym się marzeniu (i spełniające się marzenie w jednym), ale także opowieść o pułapce, w którą można wpaść realizując to marzenie czyli o możliwości niedostrzegania tego, co je stanowi, zanim dojdzie do jego urzeczywistnienia.

Teatr dokumentalny, jak gdyby ze swej istoty, stanowi bezpośrednie odbicie rzeczywistości, w której powstaje. Biorąc pod uwagę, że działania teatralne i spektakle prezentowane w ramach przeglądu szwalnia.DOK3 były nowymi realizacjami, powstałymi maksymalnie rok przed ich łódzką prezentacją, a często i mniej, jak również przypominając omówioną na początku ogromną różnorodność form tych widowisk - jedno może dziwić. Właściwie udało się w tej edycji przeglądu uniknąć politycznych odniesień. Zwłaszcza tych bezpośrednich, dotyczących walki o władzę, ale również tych w których kategorię polityczności możemy rozumieć szerzej - jako debatę o wizjach życia społecznego - choć tu warto wymienić wyjątek w postaci "Włókiennicza mówi". Po raz kolejny zastrzegam, że niestety nie widziałam wszystkich zaproponowanych widowisk. Pozostaje jednak faktem, że zaskakująco wielu twórców, których działania prezentowane były w ramach szwalnia.DOK3 przygotowało prace podejmujące tematy dotyczące raczej sfery prywatnej, a nie publicznej. W dobie coraz większej polaryzacji poglądów i rosnących antagonizmów społecznych, pozostaje to dla mnie nie tylko zaskakujące, ale także w pewien sposób odciążające.