powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Woda na polski młyn

"Polska Woda" w reż. Konrada Imieli w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Dominik Gac, członek Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Niesprawiedliwość i bezprawie rządzą światem. Wszyscy o tym wiedzą, ale co z tego? No nic. Bo i co ma być? O czym tu gadać? Tak już jest i tyle. Wstyd banały powtarzać, pisać - kompromitacja. Są jednak i tacy, co wstydu nie mają, na przykład Henryk Jamrozik, który nie ma w sobie także strachu. "Zbulwersowany mieszkaniec w mocnych słowach opowiada o przyczynach zalewania jednej z wsi w powiecie ostrowskim" - to opis filmu opublikowanego na YouTubie. Nagranie jest fragmentem cyfrowej mozaiki wirtualnych portretów samorodnych bohaterów. Niejeden jeszcze chodzi po Rzeczpospolitej i tylko czeka, aż spotka dziennikarza. Nie będzie mu przeszkadzać, że redaktor jest z mniejszej stacji niż ta, którą codziennie ogląda w telewizorze. Kamera jest kamera, sytuacja jest publiczna (tj. oficjalna), a sprawa poważna (tj. pilna).

Bohaterem nagrania i spektaklu jest wspomniany Jamrozik, mieszkaniec wsi Kałkowskie leżącej opodal dwóch rzek: Polskiej i Młyńskiej Wody. Grający go Bartosz Picher rezygnuje z dystansu czy ironii, nie ośmiesza (co byłoby najprostsze) - jest w swej grze sprawiedliwy. Jamrozik to nie tylko bohater, ale i współtwórca podpisany jako autor tekstu. Reżyserujący "Polską Wodę" Konrad Imiela wystawia transkrypcję krążącego w sieci monologu, unieważniając jego dotychczasowy prześmiewczy i kpiarski kontekst. Trochę tak, jakby dawał mu drugie, (po)ważniejsze życie. Po co to robi? Na uzasadnienie pomysłu wystarczyłby właściwie sam tekst, nie tylko wspaniale autentyczny, ale i znakomicie brzmiący. Lecz to nie wszystko. "Polska Woda" wyłamuje się z estetyki teatru dokumentalnego, choć bez wątpienia jest świadectwem współczesnej wsi - a przy okazji zwierciadłem, w którym odbija się cały kraj.

Z okazji stulecia odzyskania niepodległości zorganizowano we wrocławskim Teatrze Capitol koncert do muzyki Chopina. Za przeszkloną ścianą błyszczy - adekwatna - ulica Piłsudskiego. Przed rzędami krzeseł stoi biały fortepian, za nim stojak z trzema biało-czerwonymi flagami. Obok instrumentu samotny mikrofon. Koncert zaanonsował głos z offu, ale śpiewaczka (Elżbieta Kłosińska) nie pojawia się. "A niech czekają!" - słychać zza kulis. Sytuację próbuje ratować Pianistka (Daria Wilsz) - zasiada do instrumentu i zaczyna grać. Muzyka nie wystarcza, skoro powiedziano, że ducha krzepić i uwznioślać będą również słowa. Jeden z widzów wstaje i podchodzi do mikrofonu. To Jamrozik. Wykorzystuje szczelinę, wiedząc, że natura nie znosi pustki - a on na naturę jest wrażliwy, więc powie co nieco do wtóru polonezów, walców i mazurków. Choć jest chłopem, to romantyczno-młodopolską chłopomanią się nie przejmuje, rozbijając wszelkie stylizacje i przechadzając się po scenie bez przesadnej troski o to, czy pozostaje w zasięgu reflektorów.

Jamrozik jest - pisząc delikatnie - wkurzony na panujące porządki. Temat jest pilący, idzie o powódź, której powodów mężczyzna upatruje w niewłaściwej gospodarce wodnej, a uściślając: "ktoś ma pieniążki i ktoś dyskutuje na ten temat". Co więcej, nikt o sprawie nie mówi - poza nim wszyscy się boją, a on ma już dość i korzystając z okazji opowie, jak jest. Ma do tego kompetencje, pracował przy melioracji. Imiela nie tylko dostrzegł w wypowiedzi Jamrozika temat - zobaczył w niej świat. To przestrzeń niemal dziewicza, rajska - choć sprofanowana i chora. Tu miejsca cały czas są "tak zwane". Pojmowanie świata za pomocą słów nie jest najszczęśliwsze. Jamrozik o tym wie, dlatego nie przejmuje się ani składnią, ani stylem - wygłasza swoją przemowę wedle reguł, które cały czas obowiązują na polskiej wsi. Mówi o tym, co dookoła, a to znaczy, że ty, który słuchasz, wiesz, o czym jest rozmowa. Dzięki temu, że obydwaj macie przed oczami to samo, to wasze myśli także biegną podobnie i nie jest im potrzebna retoryczna poprawność wywodu. I choć opowieść Jamrozika dotyczy tego, co dzieje się w okolicy wsi Kałkowskie, w dorzeczu Baryczy, to jest opowieścią o Polsce - zrozumiałą tak samo na szosie, gdzie dziennikarz przydybał wracającego z kościoła (i z piwa) bohatera, jak i we wrocławskim teatrze, do którego ten wracając z piwa (i z kościoła) zaszedł.

Jamrozik wie, że ważny jest wyłącznie konkret, a nie leksyka, czy symbolika. Wiedzę te zdobywa na naszych oczach. Macha flagą nad głowami zasiadających w pierwszych rzędach, a widząc, że nic z tego nie wynika, odstawia ją z powrotem do stojaka. Tak jakby próbował tym machaniem odtworzyć sytuację, w której coś się wydarzyło. Jak wtedy, gdy sprawy zaczynały przybierać właściwy obrót. Zza kulis dał się słyszeć śpiew - Śpiewaczka przemogła urazę? Za późno. Przez otwarte drzwi wpadł hałas ulicy a w raz z nim wiatr miotający flagami. Jamrozik nie ma władzy nad wiatrem, a nad symbolami władzy nie potrzebuje. Obchody go nie obchodzą - gra toczy się o większą stawkę.

Bohater mówi w imieniu tych, którym się nie powiodło - wykluczonych i zepchniętych na margines. Gorszych, pozostających poza układem, dotkniętych codzienną aporią. Nie użala się jednak nad sobą, nie biadoli - on grozi. Nie zostało mu nic poza dwoma granatami na strychu, które odziedziczył po dziadku (z Wehrmachtu). Trudno się tych deklaracji przestraszyć, odwołanie do Pawlaka z "Samych swoich" jest przecież rozbrojeniem. W tej chwilami śmiesznej złości pobrzmiewa dojmujące rozgoryczenie. Jamrozik widzi i chce, ale nie może nic zmienić - wobec władzy, interesów i pieniędzy jest bezsilny. A przecież nie dla siebie chce, lecz dla innych. Można mu oczywiście nie wierzyć, nauczeni jesteśmy nieufności wobec takich deklaracji. Czy Kiełbus, co ma kilka w Janisławicach stawów (i kontroluje tamę na rzece), powinien mieć szansę na obronę i przedstawienie swoich racji? Tak jak i Kwapisz, Bochen i Wilczura, czyli wójtowie, z których żaden "nie rozwiązał tego"? Gdybyśmy byli w sytuacji demokratycznej, oddalibyśmy im głos. Ale nie jesteśmy - wręcz przeciwnie. Kataklizm już nas dosięgnął, została rozpacz i granaty na strychu. Sejmowe zaś osły - jak nazywa polityków Jamrozik - nie mają pojęcia, co się dzieje w prawdziwym świecie.

W ostatniej scenie aktor odchodzi na bok i zamienia się w żywy pomnik - fontannę z palącym papierosa mężczyzną, na którego ze zraszacza leją się strugi polskiej wody, sprowokowanej tymże papierosem. Jedyne, co można zrobić, to na przekór wilgoci - palić i trwać. Na bohaterach zimny prysznic nie robi wrażenia. Nic prostszego od uczynienia Jamrozika symbolem tego, co przemilczane w oficjalnej fecie z okazji stu lat niepodległości. Rzecz w tym, że do teatru przychodzi z rzeczywistości - wrogiej symbolom. Konfrontacja tego, co realne z tym, co teatralne okazuje się wartką wodą na polski młyn.

Henryk Jamrozik POLSKA WODA. Muzyka: Fryderyk Chopin, scenariusz, reżyseria, scenografia, audiosfera: Konrad Imiela, kostiuny: Agata Bartos, reżyseria świateł: Ewa Łuczak. Prapremiera w Teatrze Capitol we Wrocławiu 3 listopada 2018.