powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Na miotle nieporozumienia

"#rozczarowanie" Zuzanny Bojdy w reż. Marii Baładżanow Teatru Czwarta Scena w Katowicach. Pisze Henryk Mazurkiewicz, członek Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Chociaż nigdy w życiu nie byłem w Czeladzi, dobrze wiem, jak wygląda jeden z pomników tego małego, leżącego na północ od Katowic, miasteczka. Wiem, bo o tej nietypowej atrakcji turystycznej słyszałem ostatnio ze sceny nie raz i nie dwa. Sprawdziłem więc sobie w Internecie. Liczne zdjęcia znalazłem bez najmniejszego trudu. Oglądając "#rozczarowanie" Teatru Czwarta Scena bardzo się ucieszyłem z powodu tej mojej ciekawości. Dzięki niej mogłem ze zrozumieniem uśmiechać się pod nosem, bowiem aktorki ze spektaklu, mówiąc tekstem Zuzanny Bojdy, mają rację: rzeźbę Jacka Kicińskiego rzeczywiście śmiało można uznać za kwintesencję tej dziwnej i nagannej nieporadności, z którą podchodzimy do tematu prześladowań kobiet perfidnie metkowanych jako "czarownice".

Władze miasta zamówiły rzeźbę jeszcze w 2008 roku. Miała upamiętniać tragiczne losy Katarzyny Włodyczkowej, która w XVIII wieku, jak głosi podanie, przypowiedziała kilka lokalnych klęsk żywiołowych. Podobno rzucała też uroki i na różne nadnaturalne sposoby wprowadzała zamieszanie w życie sąsiadów. Rzeczowych dowodów, rzecz jasna, nie było, ale same podejrzenia w zupełności wystarczyły. Katarzynę uznano za "służebnicę szatana" i skazano na ścięcie głowy i spalenie ciała. Żeby "sprawiedliwość" zatriumfowała w pewnym wymiarze, koszty procesu i egzekucji pokryto ze sprzedaży części majątku oskarżonej. Minęło kilka stuleci i, jak donosi lokalna prasa, ówczesny burmistrz Czeladzi zechciał "Katarzynę odczarować". Powstał pomysł, "by jej legendę ożywić, a samej zamordowanej zadośćuczynić". Pomysł przedni i godny wszelkich pochwał, tylko że, jak mawiał jeden znany rosyjski polityk: "Chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło jak zawsze".

Dlaczego? Otóż umocowana wśród kilku bloków skalnych Włodyczkowa leci - uwaga! - na miotle. Dokładnie tak. Ta, która została uniewinniona, ze wszystkich zarzutów oczyszczona i - swoją drogą zupełny pod tym względem precedens - publicznie zrehabilitowana, leci na miotle, obrazem tym uruchomiając całą lawinę niedorzecznych stereotypów. Czyżby Kiciński był fanem Quiddicha? Nie wiem. Przekonany natomiast jestem, że aktorki oburzają się całkiem słusznie, i całkiem szczerze. Lecz ich zgorszenie z pewnością nie dla każdego będzie w pełni zrozumiałe i bliskie, bo wciąż nie potrafimy sobie uświadomić, że to były prawdziwe kobiety, prawdziwe tortury i prawdziwe śmierci. Żadna bajka ze starych książek. W samych Gliwicach, o czym przypomina spektakl, zginęło około dwustu takich, jak nazywano ich na Śląsku, heks. W Nysie, niedaleko gmachu sądowego, zbudowano dla tych celów specjalny piec. Skazywano nawet kilkuletnie dzieci.

Ale to dopiero jedna sprawa i jeden z licznych wątków. Spójrzmy na pomnik jeszcze raz. Włodyczkowa budzi skojarzenia z Małgorzatą ze słynnej powieści Bułhakowa. Wygląda, jakby leciała nad nocną Moskwą w poszukiwaniu mieszkania krytyka Łatuńskiego. Jest młoda, piękna oraz, rzecz jasna, seksowna. Bo czarownica to taki niemożliwy przedmiot pożądania. Przyciąga, uwodzi i hipnotyzuje, a zarazem odstrasza i odpycha, wzbudzając wstyd i niepokój. Dzięki staraniom reżyserki Marii Baładżanów ta paradoksalna dialektyka napędza całe przedstawienie. Jej zasady z lekkością i powodzeniem podchwytuje czwórka uczestniczących w nim aktorek. Na prawie pustej, malusieńkiej scenie urbanowickiego klubu Miejskiego Centrum Kultury w Tychach, dziewczyny pojawiają się w skąpych czarnych strojach sportowych. Udają bezbronne owieczki. Łaskawie i uniżenie wyjaśniają, jednocześnie puszczając oczko teatralnym bywalcom, że "dopiero próbują", że jeszcze są "w procesie" przygotowania spektaklu o czarownicach. Na domiar złego zgubił im się reżyser (rzecz jasna, samiec), którego, zresztą, po castingu nie miały szczęścia zbyt często widywać. Zdradzają jednocześnie, znowuż pół żartem, pół serio, że są "ciągle na etapie poszukiwania odpowiedzi na pytanie, kto to jest heksa i co to dzisiaj oznacza, i dlaczego to się stało takie modne? Te koszulki: jesteśmy wnuczkami czarownic, te seriale, te ciasteczka z wróżbą, te miotły na baterie, te długie paznokcie i ciemne brwi, te kremy ze ślimaka albo tabletki kolagenowe z kogucich grzebieni". A skoro cel został wyznaczony, a widzowie czekają, należy jakoś sobie radzić bez twardej męskiej ręki.

Zaczynają od krótkich, przewrotnych autoprezentacji. Dowiadujemy się, że przyjezdna i nietutejsza (Anna Wysocka-Jaworska) ma na imię Scarlett i chce, żeby kojarzono ją raczej ze Scarlett Johansson niż ze Scarlett O'Harą. W ten sposób zakłada maskę naiwnej blondyneczki z wielkimi oczami i niemniejszymi ambicjami. Znakiem zodiaku wydziedziczonej Habsburżanki Jessabel (Aleksandra Fielek) jest Panna. Jej zawód życia - to romantyczna poetka. Natomiast Ginger, którą gra Katarzyna Dudek, od początku kreuje się na demoniczną zarozumiałą bestię. Jest "ruda i podła". Jedynie Floryda Anny Bączek-Lieber postanawia odpuścić i nie uczestniczyć w tym wyścigu. Jest "starsza i seksowna, więc do niczego nie pasuje". Stawia więc na szczerość, bezpośredniość i swoją śląską gwarę.

W trakcie tych literacko-choreograficznych popisów bohaterki nie szczędzą uszczypliwości konkurentkom. Nieustannie i namiętnie walczą o uwagę widza i światło reflektora. Wystawiają na pokaz swoje ciała, modulują głosy. Każda chce się podobać. Każda jakby zachęca: "kup mnie, no kup!". Ten motyw licytacji powraca w "#rozczarowaniu" wielokrotnie. Bo przecież kobieta, to ta, która zawsze musi udowadniać i przekonywać o swojej wartości, przydatności i atrakcyjności. Czy nie? Zawsze, niczym wiedźma, czuje na sobie oceniające spojrzenie o jawnie inkwizycyjnym potencjale. Kiedy dziewczyny postanawiają wybrać na bohaterkę przedstawienia Urszulę Szubert, pozwalają widzom za pomocą oklasków zadecydować, która z nich lepiej nadaje się na rolę Królowej Czarownic. W tym momencie cztery małe czarne sześciany, jedyny elementy scenografii, zamieniają się w wybieg z pokazu mód. Zaczynają się wybory Miss Czarownic. Znów, żeby było atrakcyjnie i seksownie.

"#rozczarowanie" jest spektaklem inscenizacyjnie skromnym, jakby wpisanym w możliwości tych niebogatych w sprzęt scen, na których, najprawdopodobniej, często będzie grywany. Skromnym, lecz jednocześnie dramaturgicznie różnorodnym i wcale nie takim oczywistym w swych przesłaniach i strategiach. Dzięki zaangażowaniu aktorek, "#rozczarowanie" nie rozczarowuje, tylko właśnie roz-czarowuje. Wykonuje pracę krytyczną i robi to, na całe szczęście, zupełnie nienachalnie. Bez nadętej dydaktyki, ciągłych i, często też nieumotywowanych, oskarżeń oraz niekończących litanii ofiar. Za to z wielkim poczuciem humoru, dygresjami na temat czułości wieloryba i wzruszającymi scenami konfesyjnych zwierzeń z pierwszego pocałunku. Oprócz tego przedstawienie przesiąknięte jest zawodową autoironią. W tym momencie warto przypomnieć, że Teatr Czwarta Scena składa się ze studentów i absolwentów Szkoły Aktorskiej Teatru Śląskiego w Katowicach. Oprócz wspomnianych castingów, zdemaskowany zostaje wyjściowy pomysł reżysera, który "chciał zrobić głupie przedstawienie o tym, że spotkały się czarownice i kombinują, jak zdobyć najprzystojniejszego mężczyznę na świecie", czyli taką wersję czarownic z Eastwick. Te różny środowiskowe żarty i zabawa w meta-teatralność przeplatają się z ujawnieniem performatywno-teatralnego podłoża samego "polowania na czarownice", z napisanym wcześniej scenariuszem przesłuchania ("Czy to prawda, że diabeł po raz pierwszy ukazał ci się w szopie w postaci chłopa w szarej sukmanie?") i spaleniem na stosie jako społeczno-politycznym superwidowiskiem. Bo jak stwierdzi Ginger: "Niewinni ludzie pachną jak bzy wiosną i mają twarze porcelanowych filiżanek. Niewinni ludzie nie istnieją albo też wyroki zawsze są prawomocne, bo wszyscy spalani równie mocno wrzeszczą".

Zuzanna Bojda #ROZCZAROWANIE. Reżyseria: Marii Baładżanow, reżyseria światła: Wojciech Boruszka. Prapremiera Teatru Czwarta Ściana w Katowicach 30 listopada 2018.