Kamienica marzeń

"Pod adresem marzeń" Elżbiety Chowaniec i Marka Zákosteleckę'ego w reż. Marka Zákosteleckę'ego w Teatrze Lalki i Aktora Kubu¶ w Kielcach. Pisze Sandra Szwarc, członkini Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

"Każdy budynek ma ukrytą tajemnicę" - słyszymy na początku kieleckiego spektaklu i nie jest to bynajmniej zapowiedź historii z trupem w szafie w roli głównej. "Pod adresem marzeń" to pełna ciepła opowieść o kamienicy przy ulicy Długiej 9 w Kielcach - czyli siedzibie Teatru Lalki i Aktora "Kubuś" - ale też fantastyczna podróż w krainę marzeń zrealizowana przez duet twórczy Elżbieta Chowaniec/Marek Zákostelecký.

Każdy budynek ma swoją historię, siłą rzeczy związaną z losami ludzi, którzy w nim zamieszkiwali. Co wyjątkowego odnaleźli na ulicy Długiej twórcy spektaklu, że akurat o tym konkretnym miejscu postanowili opowiedzieć najmłodszej widowni? Sama obecność teatru lalkowego pod tym adresem nie była tutaj jedynym powodem. Już w pierwszej minucie przedstawienia urzekła mnie teza, jakoby w tym konkretnym miejscu spełniło się "dziewiec milionów dziewiecset dziewiecdziesiat dziewiec tysiecy dziewiecset dziewiecdziesiat dziewiec" marzeń. Abstrakcyjna kalkulacja zaintrygowała nie tylko niżej podpisaną, ale przede wszystkim dzieci, które z zapartym tchem śledziły kronikę spełnionych marzeń lokatorów kamienicy z ostatnich dwustu lat.

"Pod adresem marzeń" to spektakl w którym warstwa faktograficzna - tło historyczne okraszone nazwiskami i datami zapisanymi w annałach miasta - miesza się ze światem magii, który wślizguje się między szczeliny rzeczywistości. Fabuła jest w gruncie rzeczy prosta: obserwujemy losy siedmiu konkretnych szczęśliwców, którzy na Długiej doczekali się realizacji swoich pragnień. Od XIX wieku, po dzień dzisiejszy. To, że twórcy decydują się na chronologiczne ukazanie losów bohaterów sztuki w żaden sposób nie hamuje dramaturgii - opisywane postaci, czasy i wydarzenia są na tyle zróżnicowane, że tempo ani na moment nie zwalnia, artyści nie wpadają w pułapkę powtarzalności, a każdy epizod wprowadza na scenę nowy świat. Czas płynie, zmienia się kamienica, zmieniają się jej mieszkańcy, zmieniają się więc okoliczności. Opisywany "rajd przez epoki" poskutkował w tym przypadku znakomitym rezultatem wizualnym - skoki w narracji historycznej pięknie odmalowuje strona plastyczna spektaklu, odwołując się do wszelkiego rodzaju retro skojarzeń; scenografia i kostiumy autorstwa samego reżysera przedstawienia, Marka Zákostelecký'ego, są ewidentną zaletą tej realizacji.

W pierwszym epizodzie - i pierwszym spełnionym marzeniu - spotykamy obsadę pracowniczą Hotelu Europejskiego: boy hotelowy, odźwierny, recepcjonista, bagażowy, windziarka, pokojówka noszą stroje kojarzone z klasyczną tradycją hotelarską, albo właściwie z wyobrażoną wizją eleganckiego hotelu z dawnych lat. Fantastyczna obsługa Hotelu Europejskiego pracuje jak dobrze naoliwiona maszyna - każda postać operuje charakterystycznym gestem, opracowanym w sposób dodający dynamizmu przebiegu. Widać tutaj ścisłą współpracę reżysera i odpowiadającej za ruch sceniczny Anety Jankowskiej. A także dramaturżki - sceny pisane przez Elżbietę Chowaniec są precyzyjnie zaprojektowane z precyzją z myślą o rytmie spektaklu. Autorka drobiazgowo projektuje poszczególne sceny, dając pozostałym twórcom podłoże do wygenerowania atrakcyjnych obrazów teatralnych.

Piękne są też te fragmenty, kiedy widzimy świat spektaklu stwarzany krok po kroku. Poduszka, tasiemka, balonik same w sobie niewiele znaczą. Dopiero gdy dojdą nożyczki w dłoni właścicielki hotelu z abstrakcyjnych przedmiotów w rękach aktorów ułoży się efektowna scena otwarcia hotelu. Mam wrażenie, iż podobne zabiegi mają duży walor edukacyjny i są ukłonem w kierunku najmłodszej publiczności: widzowie mają szansę zauważyć, na czym polega tworzenie świata w teatrze, jakich środków można użyć, aby generować oczekiwane wyobrażenia w głowie odbiorców. Tego rodzaju myślenie jest lekcją języka teatru samą w sobie. W ogóle wiele jest w spektaklu epizodów przybliżających młodym widzom stylistyki dla nich odległe, które w tym przedstawieniu mogą zobaczyć najprawdopodobniej po raz pierwszy. Najlepszym przykładem jest tutaj historia marzenia Jaśka - chłopca zakochanego w kinie (bo przez krótki epizod dziesiąta Muza też na ulicy Długiej rezydowała). Scena przemienia się w widownię kinową i razem z bohaterem zostajemy zaproszeni na seans filmu "Jamila - zagubiony kwiat pustyni". Na czarno-białym ekranie aktorka odtwarza charakterystyczny, ekspresyjny styl kina niemego, epizody aktorskie przerywane są, jak trzeba, dialogowymi planszami. A na koniec przejęty Jasiek osobiście wkracza na ekran, ratując nieszczęsną heroinę, co prowadzi wprost do nieoczekiwanego happy endu.

Coraz trudniej mi powstrzymać się przed prostym stwierdzeniem, które chodzi za mną od wyjścia z sali "Kubusia". Kapituluję, poddaję się, macie mnie. To jest po prostu bardzo ładny spektakl.

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego