powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czas się nie kończy

Jaki tak naprawdę był stosunek jednostki do wojny? Czym jest ludzki heroizm? Czy można go od kogokolwiek wymagać? To są pytania aktualne w każdej rzeczywistości, nie tylko wojennej - pisze ks. Andrzej Luter o filmie i spektaklu teatralnym "Jak być kochaną" .

W 1963 roku odbyła się premiera filmu Wojciecha Jerzego Hasa "Jak być kochaną" według opowiadania Kazimierza Brandysa.

Film Hasa wywodzi się z ducha "egzystencjalistycznego" - modnego na początku lat sześćdziesiątych. Opowiadanie Brandysa poddawało Hasowi oś konstrukcyjną i bogaty ładunek intelektualny, pozwalało jednocześnie zatriumfować wizjonerstwu reżysera. Powstał film wielki, ponadczasowy, arcydzieło przez wielu zaliczane do największych osiągnięć artystycznych polskiej kinematografii . Oglądałem "Jak być kochaną" - chyba nie przesadzę - ponad dwadzieścia razy. Zawsze odkrywam w nim coś nowego, jakąś myśl, jakieś zdanie, jakiś szczegół, jakieś spojrzenie. I to dręczące pytanie: jakbym się zachował w sytuacji skrajnej, wręcz ostatecznej, czyli takiej, w której znalazła się Felicja (Barbara Krafftówna), bohaterka filmu i Wiktor (Zbigniew Cybulski), niedoszły heros wojenny, zdruzgotany duchowo i moralnie przez ten nieludzki czas.

Nikt chyba nie zdziwi się zatem, że idąc na premierę teatralnej adaptacji opowiadania Brandysa, miałem wiele obaw. Reżyserka Lena Frankiewicz zmierzyła się zatem nie tylko z bardzo dobrą literaturą, ale - chcąc, nie chcąc - także z legendą filmu Hasa, a Gabriela Muskała z pamięcią o roli Barbary Krafftówny, pamięcią o kreacji genialnej, która nic a nic nie zestarzała się, zachwyca do dziś. Wiem, to teatr, nie kino; inna konwencja, nowe spojrzenie ale jednak nie da się nie myśleć o filmie Hasa, patrząc na adaptację teatralną.

Na szczęście, wizja reżyserki, którą obejrzałem na scenie Teatru Narodowego przy Wierzbowej broni się.

Na pierwszym planie "Jak być kochaną" (na zdjęciu) to historia niespełnionej miłości. Oto początkująca aktorka Felicja, "siostra samotnych i żona owdowiałych", zakochuje się bez wzajemności w swoim koledze z teatru, Wiktorze Rawiczu. Jeżeli kiedyś napisze pamiętnik, to zatytułuje go: "Od Ofelii do Felicji, czyli o tym, jak być kochaną". W czasie wojny pracuje jako kelnerka, włącza się w bojkot scen oficjalnych, choć - gdyby chciała - mogłaby tam grać. Wiktor jest podejrzany o zabicie folksdojcza, choć nie on dokonał tego zamachu. Felicja postanawia go ukrywać. Robi to we własnym mieszkaniu, przez całą wojnę. Chce mieć ukochanego mężczyznę przy sobie. Gotowa jest dla niego do największych poświęceń i ofiar. Nie dostrzega, że jej ofiara staje się dla niego nie do zniesienia, jest upokarzająca. Wiktor staje się wrakiem człowieka, zamkniętym w czterech ścianach. Nienawidził tego mieszkania, doprowadzała go do obłędu świadomość, że nikt nie wie o jego istnieniu. Na drugim planie, tym ważniejszym, , choć reżyserka dokonuje rewizji utartych pojęć moralnych. Jaki tak naprawdę był stosunek jednostki do wojny? Czym jest ludzki heroizm? Czy można go od kogokolwiek wymagać? To są pytania aktualne w każdej rzeczywistości, nie tylko wojennej.

Niewątpliwie wojna to czas nadzwyczajny, stawia bowiem człowieka wobec krańcowej konieczności nieustannego wyboru i odbiera mu wszystkie powszechnie przyjęte busole moralne. Najważniejsze i najpilniejsze jest zawsze jedno: okiełznać bestię w człowieku. Wielka pisarka Hanna Malewska porównywała okrucieństwo i bezsens wojny, i jej konsekwencje powojenne do kliniki dla obłąkanych. "Te wydarzenia ukazały nam naturę ludzką w świetle tak jaskrawym i nieubłaganym, jak łuny Sądu Ostatecznego." Czy możliwe jest zatem żeby człowiek na powrót stał się zwierzęciem oswojonym, kulturą bakterii nieszkodliwych? Malewska pisała, że kocioł ludzkiego współżycia nie ma niestety wskaźnika ciśnienia i nigdy nie wiemy, czy wskazówka nie drga już przypadkiem w pobliżu katastrofy. Pisarka opisywała piekło, w jakim żyła. Piekło wojenne i powojenne. Felicja z opowiadania Brandysa przeżyła piekło wojenne, które w swoim obłędnym bezsensie miało jakąś "logikę", choć nie była to logika prosta, była to logika katastrofy; przeżyła i piekło powojenne pozbawione jakiejkolwiek logiki. Nie mogła udowodnić swojej niewinności przed komisją weryfikującą aktorów, grających w teatrach koncesjonowanych przez okupanta i nieakceptowanych przez władze podziemne. Felicja chciała "tylko" dostać pewny i mocny ausweis, pragnęła mieć zabezpieczenie względnego spokoju, po to, żeby ocalić Rawicza.

"Jak być kochaną" daje analizę głównego problemu moralnego czasu wojny z punktu widzenia przeciętnego Polaka, który w walce czynnie nie uczestniczy. Felicja jednak nie była zwykłym Polakiem, była znaną artystką, mogła być symbolem, musiała zatem podporządkowywać się środowiskowym przykazaniom. Po wojnie znalazła się w sytuacji kafkowskiej. Nikt jej przecież nie rozumiał. Przerwała bojkot teatru, żeby ratować ukochanego? Sentymenty. Bzdury. Kogo ona chce przekonać? Nas, nieskazitelnych bohaterów? Mogła przyznać, że to co zrobiła było nonsesowne, ale przecież nonsens też się czasami opłaca, wszystko zależy od okoliczności. Komisje powojenne widziały świat w sposób czarno - biały. Znamy przykłady już nie literackie. Oto Andrzej Szalawski - słynny Jurand ze Spychowa z "Krzyżaków" Aleksandra Forda i fabrykant Buchholz z "Ziemi obiecanej" Andrzeja Wajdy oskarżany był do końca życia o kolaboracje z okupantem. Pracował w niemieckiej kronice filmowej. Lektor Deutsche Wochenschau - to brzmiało groźnie. W tym samym czasie aktor Roman Niewiarowicz, kierownik brygady kontrwywiadu Armii Krajowej, wciąga Szalawskiego do współpracy z kontrwywiadem. Przyszły Jurand przyjmuje pseudonim "Florian" i jako agent AK nadal współpracuje z kroniką niemiecką. Kazimierz Moczarski, oficer AK, autor słynnej książki "Rozmów z katem", wielokrotnie potwierdzał wersję Szalawskiego. Pomimo tego świadectwa, aktor został skazany na dwuletni zakaz grania na scenach warszawskich, wyjechał do Jeleniej Góry, po latach powróci do kina, zwiąże się z Teatrem "Wybrzeże" w Gdański, a w Warszawie znajdzie swoje miejsce w Teatrze Powszechnym u Zygmunta Hübnera. Można powiedzieć, trochę szyderczo, że dzięki temu nigdy nie zagrał w filmie socrealistycznym. Mógł zawsze liczyć na poparcie Gustawa Holoubka, który wspominał, że Szalawski był człowiekiem oschłym, nieufnym i wyobcowanym ze środowiska. Ostracyzm części środowiska nigdy nie ustał. A Roman Niewiarowicz został także skazany przez komisję. Tak, prowadził w czasie okupacji oficjalny teatr, ale za zgodą Państwa Podziemnego. Oskarżono go, że czerpał z tego nadmierne zyski, po latach okazało się, że pieniądze te przekazywał na działalność konspiracyjną. Tragiczne i straszne czasy tuż powojenne: lepiej było się przyznać do kolaboracji z okupantem, niż do tego, że było się agentem kontrwywiadu AK.

A Maria Malicka, przedwojenna gwiazda? Jej losy w części przypominają dramat Felicji z filmu Hasa. Początkowo też była kelnerką w kawiarni "U aktorek", potem jednak zaczęła występować w koncesjonowanym przez Niemców teatrze. Po wojnie komisja weryfikacyjna zarzuciła jej nie tylko zakazane występy, ale także bliskie kontakty z Niemcami, podobno zakochał się w niej młody oficer Wermachtu. Ona tłumaczyła, że kontakty te były jej potrzebne, bo dzięki nim doprowadziła do uwolnienia z Auschwitz męża, Zbigniewa Sawana, też aktora, który został aresztowany w odwecie za wykonanie wyroku śmierci na Igo Symie, aktorze i kolaborancie, konfidencie gestapo. Tłumaczenia na nic się zdały, przez pewien czas nie można było nawet umieszczać nazwiska Malickiej na plakatach teatralnych. Na ekranach pojawiła się w 1965 roku. Jerzy Skolimowski obsadził ją w "Barierze" w roli sprzątaczki i "gwiazdy" restauracji, śpiewającej dramatyczną pieśń o przegranym życiu, głosu Malickiej użyczyła Ewa Demarczyk. W 1980 roku można ją było zobaczyć w Teatrze Telewizji - wystąpiła w sztuce "Klik - klak" Jarosława Abramowa - Newerlego, wraz z Janem Świderskim, Henrykiem Borowskim i Bronisławem Pawlikiem. Koncert gry aktorskiej! Nigdy nie powróciła do Warszawy. Do emerytury grała w krakowskim Teatrze im. Słowackiego. Cenił ją kardynał Karol Wojtyła i nawet odznaczył ważnym orderem kościelnym za zasługi dla kultury narodowej. Podobne przykłady można mnożyć, historia odsłania się przed nami coraz bardziej, pokazując tragiczne losy znanych osób, choćby dramatyczne dzieje przedwojennych gwiazd, takich jak Ina Benita, Bogusław Samborski czy Kazimierz Junosza - Stępowski. Książka Agaty Tuszyńskiej i film Marii Zmarz - Koczanowicz o Werze Gran to kolejny etap wojennej epopei. Nie ma czarno - białych historii, tylko współcześni "moraliści pięć po dwunastej" potrafią tak łatwo wydawać wyroki, bo nigdy nie stanęli przed podobnymi wyborami.

Powróćmy zatem do Felicji. Maria Kornatowska pisała o niej: "Kobieta - nieznany żołnierz tej wojny. Bez widzów i oklasków. Bez legendy. Oskarżona o kolaborację. Poświęcająca wszystko dla miłości, niedobrej miłości. Przegrywająca wszystko oprócz wyniesionego z klęski gorzkiego człowieczeństwa. Heroizm względnie łatwy, heroizm porywu i heroizm najtrudniejszy, heroizm konsekwencji, polegający na trudnej wierności wobec raz dokonanego wyboru, wierności wobec siebie, bez względu na wszystko i wszystkich". Frankiewicz za Brandysem podważa wartość powszechnie przyjętych prawd i formuł moralnych, które w sytuacji ostatecznej "ujawniają swą nicość i bezużyteczność".

Czas teraźniejszy to tylko pozory, cała prawda o Felicji ukryta jest w przeszłości, a w sztuce (tak jak i w filmie) - w retrospekcjach. Prawda o każdym z nas jest ukryta w przeszłości, i nikt jej do końca nie pozna i nie zrozumie. Poznajemy zatem na początku piękną kobietę w samolocie, aktorkę, która leci do Paryża na spotkanie z Polakami, którzy pokochali jej głos w radiowej sadze rodzinnej. Naprzeciwko siedzą jacyś brazylijscy franciszkanie modlący się po łacinie. Obok Felicji siedzi przystojny mężczyzna , też Polak, mieszka w USA, do starej ojczyzny przybył po raz pierwszy po dwudziestu pięciu latach. W czasie wojny służył w lotnictwie RAF -u. Przyleciał na kongres naukowy bakteriologów, teraz w drodze powrotnej chce się zatrzymać w Genewie na jakimś kolejnym kongresie o szczepionkach . Później okaże się, że pod maską szczęśliwego człowieka, cenionego naukowca, o głosie "odkażonym z wątpliwości", skrywa straszną tragedię rodzinną. Felicja obserwuje swoich sąsiadów w samolocie, a w myślach powracają wspomnienia, które stanowią o jej tożsamości.

To wspomnienie jest chyba najważniejsze. Knajpa warszawska. Felicja wchodzi, młoda piosenkarka śpiewa z uśmiechem na twarzy "Czerwone maki na Monte Cassino". Dochodzą jakieś odgłosy, słyszy Wiktora, który opowiada znajomym o swojej "bohaterskiej" przeszłości, żyje mitami, w które być może zaczyna sam wierzyć. On nie kłamie, on tworzy na swój użytek "nierzeczywistość". Dla Felicji to wszystko jest nieważne. Odnajduje ukochanego, którego ukrywała całą wojnę. Łudzi się, że w innych warunkach jej miłość zrodzi wzajemność, że wszystkiemu była winna nienormalna sytuacja, że jednak coś dla niego znaczyła, że łączą ich choćby wspomnienia. Nieważne, że dziś zakompleksieni dekownicy piszą anonimy, w których nazywają Wiktora szpiclem, a Felicję dziwką, tylko dlatego że przeżyli. Wszystko nieważne, bo może jednak ponad całym tym zgiełkiem jest miłość, bo przecież ona jest podobno "największa". Wiktor powraca do Felicji , ale będzie to powrót do nicości. Nie jest w stanie żyć, ani z nią, ani z samym sobą. "Bohaterowie to leżą na cmentarzu, bądź pan trzeźwy" - poradził mu znajomy z knajpy, pukając się w czoło.

Gesty, które wykonuje Gabriela Muskała wynikają nie ze sposobu zachowania bohaterki, lecz z jej myśli, stąd wyczuwalne w całym spektaklu skupienie aktorki. Jeszcze raz przywołam Marię Kornatowską, która zawsze wspaniale czuła klimaty niespełnień: "Miłość jest tu przede wszystkim wielkim szukaniem, a nie spełnieniem, szukaniem sensu życia, szukaniem samego siebie, szukaniem ręki drugiego człowieka, próbą ucieczki przed samotnością". Felicja w filmie Hasa po przesłuchaniu w sądzie koleżeńskim, zobojętniała i znudzona pryncypializmem swoich "sterylnych" kolegów, wsiadając do fiakra klepie z uśmiechem dorożkarskiego konia. Trzeba szukać dalej. Czas się nie kończy

Alinearność i retrospekcje w adaptacji teatralnej Leny Frankiewicz pełnią funkcją nie tylko chwytu konstrukcyjnego, pomagają także odkryć istotną ludzką prawdę, otwierają jakiś wielki nawias, w którym rzeczywistość ma inną barwę. Felicja nie znajdzie w sobie żadnych odruchów rewanżystowskich. Kiedy dochodzi do konfrontacji wspomnień i rzeczywistości nie odczuwa satysfakcji, bo w końcu podobno jest już "oczyszczona". Ani śladu przyjemności.

Konrad Eberhardt wymyślił kiedyś motto dla "Jak być kochaną" z Alberta Camusa: "Kiedy byłem młody - wyznaje Camus w swych "Notatkach" - wymagałem od otaczających mnie ludzi więcej niż byli mi w stanie dać: stałego uczucia, wierności i przyjaźni. A teraz potrafię od nich żądać poniżej ich możliwości: zadowala mnie ich () obecność, ich drobne uczucia, ich szlachetne odruchy mają dla mnie wartość objawienia". Zdaje się, że Felicja to ostatnie wskazanie Camusa zaczęła realizować w swoim życiu, nic innego nie można wymagać od drugiego człowieka, doświadczenie gehenny wojennej i powojennej utwierdziło ją w tym przekonaniu. Myślę sobie, że każdy z nas, koniec końców, musi się zadowolić "tylko" drobnymi uczuciami, które przecież mogą dać szczęście. I z tą myślą wyszedłem z Teatru Narodowego.