powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Okiem Widza: Wieczór Trzech Króli albo co chcecie

"Wieczór Trzech Króli albo co chcecie" Williama Shakespeare'a w reż. Artura Tyszkiewicza, spektakl dyplomowy studentów Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej, w Teatrze Collegium Nobilium w Warszawie. Pisze Ewa Bąk na blogu Okiem Widza.

"Wieczór Trzech Króli albo co chcecie" Williama Shakespeare'a to komedia omyłek. W Collegium Nobilium również. Wydaje się, że jest to sztuka o naturalnej potrzebie zdefiniowania własnej tożsamości, głównie płciowej, i co za tym idzie, poszukiwanie sposobu spełnienia, zaspokojenia ambicji, namiętności. Poprzez przełamanie wszelkich barier, ograniczeń, poprzez finezyjną grę z partnerami, z konwencją, z wszelką przeciwnością losu w ramach posiadanych możliwości, talentów, zajmowanej pozycji staje się lekcją jak można przetrwać w nieznanym, nieprzyjaznym świecie i uzyskać swoje lub pogodzić się z przegraną.

W nowym przekładzie Piotra Kamińskiego i Anny Cetery, z doskonałą muzyką Borysa Kunkiewicza w nowoczesnej scenografii (spa, sanatorium, ośrodek wypoczynkowy) i współczesnym kostiumie Aleksandry Gąsior, młodzieńczej interpretacji studentów IV roku Akademii Teatralnej wypada świeżo, zabawnie, zaskakująco. Błazen jest Jokerem, klownem, św. Mikołajem, kaowcem ale w istocie moderatorem, siłą krytyczną, demoniczną. Czystą wrażliwością. Doskonałym nie wiadomo kim, choć wodzi rej, uciera śpiewająco nosa każdemu, gdy tylko zechce. Nie ma formalnie władzy ale to on błazenadą rządzi. Jest doskonałym wcieleniem nowej kobiecości, jej sprytnego sposobu radzenia sobie z patriarchalnym światem. Mimo kruchości, delikatności, wrażliwości jest przebiegły, silny, męski. Jakby Aleksandra Boroń w tej roli udowadniała, że prawdziwa siła osobowości wyraża się w skuteczności osiągania własnych celów. W przypadku kobiety głównie kamuflażem, podstępem, intrygą. Ciągłą zmianą, przeobrażeniem, dostosowaniem, nieustanną grą. Z dystansem poczucia humoru i kpiny. To pokaz tego, jak wyrażać, co się naprawdę myśli bez rezygnowania z siebie.

Właściwie wszystkie kobiety muszą tu podejmować podobne wysiłki, stosować różne triki, przebieranki, by pozostać sobą. Nieźle sobie z tym radzi Maja Szopa, Wiola w przebraniu Cesaria, Katarzyna Gałązka w roli raz wyniosłej, raz namiętnej hrabianki Oliwii czy seksowna, pociągająca Maria Moniki Szwajnos. Panowie mogą sobie pozwolić na otwartość, bezpośredniość, nie mają problemu z tym, kim tak naprawdę są. W warunkach sprzyjających zabawie, w czasie wypoczynku, relaksu to oni wydają się dziecinni, słabi, kobiecy. Nieporadni, niedojrzali. Rozbrykani. Jedynie Malwolio Jakuba Kordasa to ambitny, silny, prawdziwy typ męski (głos, postawa, determinacja, ego) i książę Orsino Jakuba Gąsowskiego, który z dystansu zajmowanej pozycji i poczuciem humoru podchodzi do spraw tego świata.

Artur Tyszkiewicz wyreżyserował przedstawienie trudne w odbiorze, niejasne w intencji. Nieoczywiste. Wykorzystał komedię Williama Shakespeare'a, by przedstawić proces odkrywania przez bardzo młodych ludzi, kim tak naprawdę są grane przez nich postacie, jakie mają możliwości i ograniczenia, oczekiwania i pragnienia. Wydaje się, że próba uwspółcześnienia jest słuszna, bo czemu nie?, pomysł jak przetrwać w świecie pozostając sobą ciekawy a otwarte zakończenie uzasadnione, bo happy-endy są słodkie, fałszywe, naciągane. Nudne. Jednak zaskakująca scenografia i irytujące kostiumy (np.Oliwia w czarnej, żałobnej sukni, łączenie czerwieni z fioletami), dokonane skróty, duża swoboda interpretacyjna postaci, dominujący show Błazna funduje dramat tej komedii. Sorry, jest ostatecznie pomyłką.