Powódź nieszczęść

"Powodzie" Teatru na Balustradzie (Czechy) na I Festiwalu Teatrów Europy Środkowej Sąsiedzi w Lublinie. Pisze Gabriela Żuk w Gazecie Festiwalowej 5Ściana.

«Czym nas może zaskoczyć obecnie teatr? Teraz, gdy słonią dawkę absolutnie wszystkiego serwuje TV - hektolitry krwi nie robią wrażenia, a ludzkie tragedie to tylko jedna wielka sensacja, wdzieranie się daleko poza granice nawet śmiałego ekshibicjonizmu emocjonalnego. Czy teatr także na dobre wkroczył na tę drogę? A może jest jakąś alternatywą?

Odpowiedzi na te pytania szukałam podczas "Powodzi" Teatru na Balustradzie. I tu zaczyna się problem. Nikt z powodu powodzi się nie morduje, nie kradnie, żadnych zapłakanych twarzy i chwytających za serce/żołądek obrazków. A jednak - z delikatnością kilkutonowego obucha zaserwowano nam totalny rozpad wszystkiego co w człowieku najbardziej kruche a jednocześnie fundamentalne.

Oto dwie siostry i dwa małżeństwa. Teresa i Piotr to stereotypowy przykład związku z kilkuletnim stażem. Czego się spodziewać? Rozmawiać już im się nie chce, ukryte pretensje, sceny milczenia, żal. Z Miriam i jej mężem już nieco lepiej - skoro dziecko w drodze, więc jak może być źle, a i odkleić od siebie ich ciężko. Ot, rodzina jak każda inna. Wszystko to jednak tylko gra pozorów, a każda następna scena odzierająca bohaterów z kolejnych kłamstw, w jakich żyli przez x lat, tylko potwierdza jak złudne było to wrażenie. Spirala fatalnych tragedii nabiera zatrważającego tempa. Nagle stajemy twarzą w twarz z totalną samotnością, brakiem zrozumienia, strachem, ludźmi nagimi emocjonalnie, chaotycznie szukającymi szczęścia, szarpiącymi się ze sobą. , własnymi wspomnieniami, pomyłkami, zdradami, ukrywanymi, głęboko zakorzenionymi żalami... Teresa, zdradzana przez męża nie ma odwagi od niego odejść, rozpocząć nowego życia, po omacku próbuje znaleźć dla siebie choć na chwilę szczęśliwą wysepkę w ramionach niesłyszącego przybysza, w upojeniu alkoholem. Nie umie sobie poradzić z zawiścią i żalem do siostry o dzieciństwo jakiego nie chciała, z kompleksem bycia "tą gorszą", "tą mniej kochaną". Miriam zaś przyznaje się, że dziecko, które nosi to tylko finał skoku w bok. I tak pryska złudzenie szczęścia, którego ostoją jeszcze była. Świat z początku spektaklu zostaje całkowicie zdekonstruowany.

Spektakl się rozwarstwia. Jakby mało nam było nieszczęść wymienionych par, przenosimy się w świat dzieciństwa Miriam i Teresy, poznajemy ich rodziców. Okazuje się, że także ten związek nie ustrzegł się przed presją fatalnych pomyłek, zdrad.

Chociaż nie ma drastycznych obrazów, napięcie chwil milczenia na przemian z głęboko osobistymi, czasem wykrzyczanymi kwestiami, wdziera się głęboko w psychikę, wstrząsając, dotykając najbardziej delikatnych, czułych miejsc. Co powiedział mi ten spektakl o czeskiej rzeczywistości? Równie dużo co o każdej innej.

Miałam jednak okazję do zobaczenia dobrego, głęboko poruszającego spektaklu. W tym przypadku to w zupełności mi wystarczyło...»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego