Niewierność przed, w trakcie i po rewolucji...

"Powodzie" Teatru na Balustradzie (Czechy) na I Festiwalu Teatrów Europy Środkowej Sąsiedzi w Lublinie. Pisze Michał Miłosz Zieliński w Gazecie Festiwalowej 5Ściana.

«"Powodzie" Teatru na Balustradzie to specyficzny przykład "dramatu po rewolucji". Nie da się zaprzeczyć, powstał po 1989 roku, premiera odbyła się zaledwie 2 miesiące temu, współczesnością aż pachnie. A jednak: zdrada, brak miłości i patologie rodzinne? Brzmi, jakby Ibsen dał współczesności w twarz.

Pisanie pierwszej recenzji z obcojęzycznego spektaklu prezentowanego na pierwszej edycji międzynarodowego festiwalu odsysa. Zresztą: bycie widzem na takim spektaklu też przypomina wędrówkę przez pole minowe. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wierzę organizatorom. Czy wierzę, że sprowadzili dobry spektakl, który będzie reprezentatywny dla "czeskiego dramatu po rewolucji". Ja swoje kredo ufnego widza przerobiłem w trakcie przemówień garniturów. Spróbowałem uwierzyć.

Podnosząca się kurtyna rozpoczęła podkopywanie mojej wiary poprzez odsłonięcie niezbyt oryginalnie zaaranżowanej przestrzeni. Scenę od widowni odgradzał wyimaginowany ekran telewizora (zabawna i niezaplanowana chyba gra: czwarta ściana ustąpiła miejsca czwartej władzy...), dalej, na pierwszym planie widać mały stolik za którym stoi kanapa, najwyraźniej używana do oglądania telewizji. Już pierwsza scena pokazuje, że to jeden z najważniejszych mebli rodzinnych a ten, kto ma pilota, ten ma władzę. W tle prosta, jakby wycięta z tektury ściana, widać fragment korytarza... i tyle. Scenografia dość dobrze oddaje atmosferę praskiego domku jednorodzinnego (dobrze, nie werystycznie), nie przeszkadza aktorom ani widzom. Podsumowując - choć nie zaskakuje i trąci teatrem miejskim, dobrze spełnia swoją rolę i w zasadzie nie mam jej nic do zarzucenia.

Podnosząca się kurtyna właściwie nie pozostawiła czasu na pytanie, jaka tragedia wydarzy się w murach praskiej willi. Pierwsze słowa Teresy i Piotra zdradzają tajemnicę: oto dane nam będzie nurzanie się w bagnie ich związku, a także w bagnie relacji Teresy z jej siostrą - Miriam. Dobrze zatem, będziemy się nurzać.

"Powodzie" to jedna z wielu sztuk roztrząsających problemy chorych relacji rodzinnych. Akcja toczy się wokół dwóch par. Uczucie w związku pierwszej z nich wypaliło się lata temu, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniało. Zarówno Teresa jak i Piotr przypominają postacie z koszmaru sennego młodożeńców: ona wiecznie niezadowolona, zrzędząca i apodyktyczna, on zaś nawet nie słucha, co do niego mówi. Sama analiza ich związku mogłaby dostarczyć materiału do niejednego spektaklu... a to jednak tylko ułamek treści "Powodzi". W kilka minut po rozpoczęciu spektaklu dowiadujemy się, że Teresa ma siostrę, z którą z jakichś powodów nie chce rozmawiać. Po jeszcze kilku kolejnych - że zdaje sobie sprawę ze zdrad męża. W tle cały czas przebrzmiewają wiadomości o fali powodziowej niszczącej Pragę.

Psychologia spektaklu ulega jeszcze większemu zagęszczeniu (zaskakujące, że to wciąż możliwe). Siostry darzą się nietajoną nienawiścią, każde słowo, każdy gest zwiększa ich wzajemną agresję. Wspólne śpiewanie pieśni jest żenujące, Teresa osiąga dno gdy niemal gwałci niesłyszącego powodzianina przygarniętego na noc, potem osiąga kolejne dno bijąc się z grubą operatorką dźwięku, którą oskarża o uwodzenie męża... Dalej jest już tylko gorzej...

Smakowitych kąsków proponowanych przez scenariusz ciąg dalszy: Miriam nosi dziecko będące owocem zdrady, on jest głupi i nic nie rozumie. Rodzice Miriam i Teresy byli jeszcze gorsi... a same siostry tak naprawdę są siostrami przyrodnimi, bo matka zdradzała ojca. Ojciec matkę zresztą też. W świecie tej sztuki nie istnieją nietoksyczne związki, zdrada jest wszędzie, wszyscy są źli albo głupi...

W którymś momencie tej sztuki musiałem zadać sobie dwa pytania: "Czy ja wciąż wierzę w wybór dokonany przez organizatorów festiwalu?" i "Czy człowiek odpowiedzialny za wyświetlanie napisów był pijany?" Na drugie pytanie nie znalazłem odpowiedzi, choć do końca spektaklu miałem wrażenie, że napisy pojawiają się dość losowo. Na pierwsze pytanie też właściwie nie znalazłem odpowiedzi, bo co ja wiem o czeskim dramacie? Nie ukrywam jednak, że moje zaufanie gdzieś zostało podkopane. Odniosłem wrażenie, że nic by się "Powodziom" nie stało, gdyby czas ich akcji cofnąć o 30 czy nawet 100 lat - toksyczne rodziny istniały zawsze, zdrada jest pewnie równie stara co najstarszy zawód świata... nie mam najmniejszego problemu z wizualizacją związku Piotra i Teresy choćby w siermiężnych czasach komunizmu. To spostrzeżenie nasuwa kolejne pytania: dlaczego współczesna sztuka, uznana za reprezentatywną dla pewnego okresu w czeskiej dramaturgii mówi o rzeczach ponadczasowych? Czy oznacza to, że w Czechach nie ma tzw. "aktualnych" problemów czy może oznacza, że aktualnymi problemami nie chce zajmować się teatr? Czy kondycja współczesnej rodziny aż tak bardzo frapuje czeską publiczność? Czy...

Trudno podsumować mi "Powodzie". Z jednej strony był to spektakl bardzo poprawnie wyreżyserowany i poprowadzony przez aktorów, nie raziła nawet muzyka, najsłabsze ogniwo wielu dobrych spektakli. Tu wstawki muzyczno-taneczne w sensowny sposób przełamywały kumulujące się napięcie, w pozostałych przypadkach - przynajmniej nie przeszkadzały. Pomimo pewnej bariery językową, wszelkie zawiłości emocjonalne pomiędzy bohaterami były czytelne, akcja toczyła się w stałym, dość wartkim tempie, chyba nie nudziła. Nie ukrywam również, że wydarzenia i atmosfera panująca na scenie potrafiły uderzyć w czułe punkty psychiki. Finezji w tych uderzeniach niestety zabrakło, sposób i tematyka też jakby taka mocno ograna. A jednak... "Powodzi" mówię średnio-zdecydowane "nie!"»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego