powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jak długo jeszcze oglądać będziemy na siłę uwspółcześnianą klasykę?

Wciąż zadaję sobie pytanie, jaki mają cel dzisiejsi reżyserzy, przerabiając na siłę dzieła klasyków, które przetrwały wieki, a nazwiska ich autorów stały się nieśmiertelne? - pisze dla e-teatru Witold Sadowy.

Komu chcą udowodnić, że są lepsi od nich?! Manipulując oryginalnym tekstem, przekazują widowni niezrozumiałe dziwolągi. Zawarta w nich myśl autora nie istnieje. Skoro uważają się za lepszych, niech piszą własne sztuki. Klasykę, jako ramotę, niech zostawią w spokoju. Mając w tej chwili 99 lat, nadal mam znakomitą pamięć. Umysł mój funkcjonuje fantastycznie. Wiem, co dzieje się w kulturze. Spotkać mnie można na wszystkich niemal premierach. Ubolewam nad tym, że rzadko udaje mi się obejrzeć dobry teatr i dobre przedstawienie. Mamy mnóstwo utalentowanych aktorów. Tylko co z tego? Większość przedstawień to bulwarowe sztuczki dla niewybrednej publiczności. W teatrach dramatycznych nachalne przeróbki klasyków. Do dobrych i ciekawych w tej chwili przedstawień, godnych polecenia, należą "Tchnienie"[na zdjęciu] Duncana Macmillana w reżyserii Grzegorza Małeckiego i "Kilka dziewczyn" Neila La Bute'a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowym oraz "Deprawator" Macieja Wojtyszki w jego reżyserii w Teatrze Polskim. Do złych zaliczam przede wszystkim dwa dyplomowe przedstawienia utalentowanych studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza "Wieczór trzech króli" Szekspira w reżyserii Artura Tyszkiewicza i przedstawienie w reżyserii i przeróbce Agaty Dudy-Gracz "Każdy może umrzeć Porcelanko, czyli rzecz o wojnie trojańskiej", oparte na motywach sztuki Wiliama Szekspira "Trojlus i Kresyda" w Collegium Nobillium. Ponadto w Teatrze Narodowym "Burzę" Szekspira w reżyserii Pawła Miśkiewicza, a w Teatrze Dramatycznym "Widok z mostu" Artura Millera w reżyserii Agnieszki Glińskiej i "Sen nocy letniej" Szekspira w gościnnej reżyserii Węgra Gábora Máté oraz najnowszą inscenizację "Wyzwolenia" Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Anny Augustynowicz w Teatrze Polskim.

Oczywiście można się ze mną nie zgadzać. Ale żyję tyle lat, że mam skalę porównawczą. Ze zdziwieniem czytam recenzje w internecie, na e-teatr.pl, i nadziwić się nie mogę, że pisujący tam "recenzenci" nie mają takich problemów jak ja? Wszystko jest dla nich jasne i czytelne! Piszą nawet elaboraty naukowe! Odkrywają rzeczy dawno odkryte. Tyle tylko, że mnóstwo w nich bełkotu. Takiego samego, jaki oglądam na scenie. Na premiery zapraszana jest elita intelektualna. Większość to ludzie starsi. Obserwuję ich reakcje. A potem wysłuchuję ich fałszywych zachwytów wygłaszanych na bankiecie. O tym, co myślą naprawdę i co zrozumieli, moglibyśmy się dowiedzieć dopiero po założeniu tak zwanych wykrywaczy prawdy. Ale się nie dowiemy. Świat brnie w kłamstwie. Krytyczne uwagi nie docierają do reżyserów i dyrektorów teatrów. Robią swoje i zarabiają pieniądze. Ale do czasu. W końcu widzowie zbuntują się i nie będą chodzić na tego rodzaju przedstawienia. Obowiązkiem teatru jest ułatwienie i przybliżenie trudnej sztuki widzowi a nie jej zaciemnienie. Jak to ma miejsce dzisiaj.