powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jednoaktówki Jerzego Masłowskiego czyli lęki, obsesje i łamanie tabu

W czasie zgłębiania kolejnych jednoaktówek z przerażeniem utwierdzałam się w przekonaniu, że autor cierpi na obsesję śmierci i z premedytacją zaraża nią czytelnika - o "Jednoaktówkach na każdy rodzaj szaleństwa" Jerzego Andrzeja Masłowskiego pisze Mariola Polanowska.

Jeżeli autora trapi na co dzień choćby ułamek lęków, które przypisuje wykreowanym przez siebie bohaterom to szczerze mu współczuję. Albowiem nie chciałabym przeżywać stanów emocjonalnych opisanych na kartach tej książki.

Z wielkim zainteresowaniem sięgnęłam po zbiór dramatów Jerzego Andrzeja Masłowskiego "Jednoaktówki na każdy rodzaj szaleństwa", które właśnie pojawiły się na rynku. Tym chętniej wzięłam się za lekturę, że znam dużą część twórczości tego pisarza, cenię go za błyskotliwość i poczucie humoru, przeczuwałam więc, że w obszernym zbiorze znajdę coś, co wyrwie mnie z zimowej apatii. I wyrwało, choć nie tak jak bym się tego spodziewała. Chciałam się pośmiać, rozerwać i odzyskać pogodę ducha, jednak treść pogłębiła subdepresję, jaką zwykle przeżywam o tej porze roku.

W czasie zgłębiania kolejnych jednoaktówek z przerażeniem utwierdzałam się w przekonaniu, że autor cierpi na obsesję śmierci i z premedytacją zaraża nią czytelnika. W jednych utworach stara się oswoić myśl o procesie umierania kpiąc z naszych wyobrażeń o życiu po życiu, w innych zaś wali obuchem po głowie jakby chciał wykrzyczeć: "Wszyscy umrzemy, nic z nas nie zostanie, po co więc tak bardzo się starać?!". W czarnej komedii pt. "Zmiana", która otwiera zbiór, bohaterowie po śmierci trafiają do dziwnego pokoju, gdzie spotykają zidiociałego anioła - biurokratę i już od samego początku mają z nim na pieńku. Cała sztuka jest gorzką kpiną ze zinstytucjonalizowanej religii, kościelnej hierarchii, sakramentów i innych "świętości". Jednak tych kpin autorowi nie wystarczyło, bo w zbiorze znajduje się też druga wersja czy może raczej druga część "Zmiany" nosząca tytuł: "Wniebowstąpienie czyli czy gej ma duszę?". Jej bohaterowie - geje (a ściślej: drag queens) giną w wypadku, również trafiają do dziwnego pokoju i również spotykają zidiociałego anioła. Jednak perturbacje wspomnianych gejów są zupełnie inne niż ich heteroseksualnych poprzedników, co uświadamia nam, że punkt widzenia świata, a może raczej "zaświata" zależy w dużej mierze od orientacji seksualnej. O ile w poprzednim utworze autor powściąga się przed totalną kpiną z religii i rytuałów, o tyle we "Wniebowstąpieniu" idzie na całość i rozprawia się z nimi, także z instytucją Kościoła bez białych rękawiczek (jeśli ktoś odważy się wystawić tę pozycję to wstrząśnie ona statystycznym katolikiem równie silnie jak "Klątwa", choć to dwie zupełnie różne tematycznie sztuki i odmienne stylistyki). Z pewnością wielkim atutem widowiska są zabawne piosenki, a tytułowa pt. "Wniebowstąpienie", kiedy to drag queens w piórach, tiulach i krynolinach, po schodach niczym w Casino de Paris wstępują do nieba jest arcyśmiesznym pastiszem katolickiego wyobrażenia o drodze w zaświaty i miejscu zwanym niebem. Kolejną, trzecią w zbiorze opowieścią o śmierci jest "Wieczny odpoczynek", który początkowo śmieszy, później szokuje, by na koniec wpędzić czytelnika w stany lękowe, w efekcie których pojawia się myśl: lepiej, by po śmierci nie było żadnego życia, w przeciwnym razie może być gorzej niż w piekle.

Każda jednoaktówka łamie jakieś tabu. "Sekcja", w sposób mroczny, a jednocześnie groteskowy pokazuje pracę patologów w prosektorium, ich stosunek do życia, śmierci i doczesnych ludzkich szczątków. Jednak rozmowy i działania "zimnych chirurgów" są jedynie pretekstem do nakreślenia stosunków jakie panują nie tylko w szpitalu, ale też w innych zakładach pracy. Oto profesor wciąga swego nowego asystenta w ciemne interesy, które mają za cel zdobycie dużych pieniędzy: jest tu więc próba przekupstwa, mobbing i inne zachowania, z którymi stykają się młodzi pracownicy; sztuka pokazuje metaforycznie mechanizm działania każdej korporacji. W efekcie przełożony, w trakcie przeprowadzania sekcji zwłok, równocześnie dokonuje bezpardonowej psychicznej wiwisekcji swego podwładnego i szantażem zmusza go do nielegalnych eksperymentów na ciężarnych kobietach.

Ciąża jest głównym tematem kolejnego dramatu pt. "Ojciec". Opowiada on o kobiecie, która, mimo iż od ponad roku nie miała fizycznego kontaktu z mężczyzną z przerażeniem stwierdza, że spodziewa się dziecka i sugeruje otoczeniu, iż jest to niepokalane poczęcie. Nie jest to jednak opowieść o przerażonej i targanej katolickim poczuciem winy przyszłej matce, która, mając ochotę na chwileczkę zapomnienia zaszła w ciążę, a teraz nie wie co robić. Przeciwnie: bohaterka jest nowoczesną, wyzwoloną kobietą, artystką, ateistką i nie ma powodu wstydzić się ciąży: problem w tym, że ona twierdzi, iż nie wie skąd się wziął noszony przez nią płód. Czy jest to kłamstwo przebiegłej kobiety chcącej coś ugrać czy choroba umysłowa czy może też drugie w historii świata niepokalane poczęcie tego nie będę zdradzała. Powiem tylko, że bohaterka ma na imię Maria.

O zagadkach ludzkiej psyche, a ściślej o osobowości wielokrotnej opowiadają też dwie kolejne jednoaktówki. Młody bohater "Fotografii" z przerażeniem odkrywa straszliwą tajemnicę z dzieciństwa, która zaważy na jego życiu i stanie się niewyobrażalnym obciążeniem psychicznym (taką tajemnicę może odkryć każdy z nas), zaś bohater dramatu "Gej-sza", uświadamia nam złożoność natury ludzkiej i po lekturze do końca nie wiemy, kim on w rzeczywistości jest: gejem przebierającym się za japońską kurtyzanę, heteroseksualnym transwestytą czy może schizofrenikiem? W treści pojawiają się pytania o tożsamość płciową i ukazane jest totalne wyobcowanie bohatera z otaczającego świata.

O wyobcowaniu mówi też kolejny utwór pt. "Pożegnania'68", które jakiś czas temu oglądałam na festiwalu Warszawa Singera i do dziś pamiętam świetne kreacje aktorów Teatru Żydowskiego. Sztuka opowiada o nagonce antysemickiej jaka miała miejsce w naszym kraju, w 1968 roku; poprzez pryzmat wydarzeń marcowych obserwujemy dramat jaki dotyka żydowską rodzinę. Mimo że od tamtych czasów minęło pięćdziesiąt lat, temat jest, niestety, wciąż aktualny, a miejsce dawnych agresorów (nacjonalistycznego skrzydła tak zwanych "moczarowców" z PZPR) zajmują dziś członkowie Młodzieży Wszechpolskiej i ONR-u. "Pożegnania'68" są manifestem przestrzegającym przed nazizmem, ksenofobią i systemem totalitarnym.

Jaki może być skutek totalitarnych rządów pokazuje jednoaktówka "Robale", której bohater zostaje bezpodstawnie oskarżony o szpiegostwo i poddany przesłuchaniu przez psychopatycznego pułkownika i jego sadystycznego pomagiera. To opowieść o bezradności jednostki, która nie ma szans przeciwstawić się machinie biurokracji, w dodatku zdominowanej przez szaleńców. Następujące po sobie przypadki uświadamiają nam, że w kraju gdzie łamana jest demokracja, gdzie nie ma wolnych sądów i Trybunału Konstytucyjnego każdy z nas, w każdej chwili może stać się ofiarą terrorystów mających poselski immunitet.

Jednak najbardziej wstrząsającą opowieścią mówiącą o samotności i wyobcowaniu jest "Rytuał", którego bohater trafia do nadrealnego świata pełnego dziwnych postaci (zjaw?), niezrozumiałych sytuacji i absurdalnych konwenansów. I choć nie znajdujemy jasnej odpowiedzi czy mężczyzna nadużył środków psychoaktywnych, czy oszalał, czy też umarł i trafił do alternatywnej rzeczywistości, to jego przeżycia każą się zastanowić kim jesteśmy, skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy.

Nieszczęśliwe postacie, pogmatwane losy, pokręcone osobowości podziałały na mnie przygnębiająco, dlatego też z prawdziwą ulgą zagłębiłam się w lekturze monodramu "Profesjonalistka" opowiadającego o aktorce - alkoholiczce. Co prawda bohaterka już w pierwszej minucie usiłuje się powiesić (ech, ta obsesja śmierci!), ale szczęśliwie sznur się zrywa, skutkiem czego kobieta rezygnuje z wędrówki w zaświaty i pijąc niekończące się ilości napojów wyskokowych, z przymrużeniem oka, ale też z sentymentem wspomina swą artystyczną karierę i kolejne miłości swego życia. To tragikomiczna opowieść nie tyle o człowieku co o życiowych wyborach dokonywanych nie z wyrachowania ale z potrzeby serca, jak się później okazuje wyborach nieopłacalnych. Z pewnością atutem tekstu są piosenki, które w niebanalny sposób komentują kolejne etapy życia bohaterki. Nie znam muzyki (z zbiorze nie ma nut), ale napisał ją najlepszy obecnie polski bluesman - Sławomir Wierzcholski, podejrzewam więc, że spodoba się publiczności. (Z tego, co przeczytałam w prasie, monodram obecnie przygotowuje Lidia Stanisławska - aktorka obdarzona mocnym, charakterystycznym głosem).

Żałuję, że w zbiorze nie znalazła się "Marzycielka" - monodram, który oglądałam dwukrotnie na deskach teatru "Rampa" i do którego chętnie bym wróciła, bo w dużym stopniu utożsamiam się z bohaterką (skąd autor zna tak dobrze kobiety?), ale widać wydawca miał inną koncepcję, choć moim zdaniem "Marzycielka" znakomicie by się wpasowała w całość. Niemniej, cieszę się, że ukazała się ta książka, tym bardziej, że obecnie niewiele wydaje się dramatów, przez co dużo pozycji granych w teatrach, wkrótce po zejściu z afisza odchodzi w niepamięć. Dzięki takim wydawnictwom osoby z innych miast, które z różnych przyczyn nie oglądają niektórych spektakli, mają okazję poznać choćby ich papierową wersję. Zachęcam do przeczytania zbioru, jednak, szczególnie osobom skłonnym do zimowych depresji, proponuję zostawić lekturę na cieplejsze dni, gdy mroczne myśli, lęki i obsesje autora zrównoważy duża porcja słońca, zieleni i świeżych owoców.