powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Archiwum pamięci

- W "Jak być kochaną" pamięć jest potraktowana inaczej - nie chodzi bowiem o zapominanie czy wypieranie, ale o pamięć, która dręczy, której nie można się pozbyć i która determinuje życie człowieka, pamięć jako wspomnienie jakiegoś wydarzenia sprzed lat, które wszystko zmienia, siedzi w naszych głowach i nie chce z nich wyjść - mówi Gabriela Muskała przed premierą w Teatrze Narodowym w rozmowie z Wiesławem Kowalskim w Teatrze dla Wszystkich.

Niebawem premiera "Jak być kochaną" w Teatrze Narodowym w Warszawie, gdzie zagrasz gościnnie Felicję. Powiedz kiedy pierwszy raz zetknęłaś się z tym tytułem, czy to była książka czy film?

- To był film - obejrzałam go zaraz po otrzymaniu od Leny Frankiewicz propozycji zagrania tej roli. Wcześniej tego filmu nie oglądałam. Muszę przyznać, że zrobił na mnie ogromne wrażenie, nie tylko dlatego, że bardzo lubię twórczość filmową Wojciecha Hasa, który jest mistrzem w opowiadaniu historii na ekranie. Dopiero później przeczytałam opowiadanie Kazimierza Brandysa pochodzące z 1963 roku. Zwróciłam uwagę na adaptację i to jak zagrali tę historię Zbigniew Cybulski i Barbara Krafftówna. Byłam poruszona ich organicznością i prawdą, tym bardziej, że nie były to role dla nich typowe, w których sprawdzali się jako aktorzy wcześniej. Myślę, że Felicja Krafftówny to jedna z najpiękniejszych ról kobiecych w polskim kinie i nie dziwię się, że dzieło to weszło do kanonu polskiej kinematografii. Od razu też sobie pomyślałam, że to jest postać, którą powinnam teraz zagrać, że to jest ten czas, w jakim się aktualnie znajduję - takie rzeczy po prostu od razu się czuje.

Kiedy przystępowaliście do pracy mieliście już gotowy, zapisany scenariusz, czy też powstawał on może w trakcie improwizacji - wielu reżyserów dzisiaj w ten właśnie sposób pracuje?

- Autorką adaptacji i dramaturgii jest Małgosia Maciejewska, która z Leną pracuje już kolejny raz i tekst był od pierwszych prób gotowy i zapisany. Pracowałyśmy już wspólnie wcześniej, przygotowując "Wassę Żeleznową" Maksyma Gorkiego w Teatrze Jaracza w Łodzi. Adaptacja do spektaklu, nad którym teraz pracujemy jest w jakimś sensie kompilacją opowiadania Brandysa i wersji filmowej Hasa. Choć znalazły się w niej również sekwencje, które do filmu nie weszły. Małgosia nie podeszła w próbie opowiedzenia tej historii w teatrze jakoś szczególnie swobodnie, raczej starała się być wierna tekstowi i Lena podczas prób wymaga, aby się tego tekstu dokładnie trzymać. Wynika to z faktu, że Brandys doskonale czuł rytm tej opowieści i to też ma odzwierciedlenie w samym języku. Dzisiaj już rzadko taki rodzaj literatury można spotkać, dlatego dobrze, że mamy Brandysa czy Dygata, którzy byli perfekcjonistami w posługiwaniu się prozą. Dlatego nie chcemy, by ten tekst cokolwiek stracił ze swych walorów. Zależy nam, by wybrzmiał w całej swojej pełni. Nie jest on do mówienia łatwy, zwłaszcza w monologach, które są monologami wewnętrznymi bohaterki. Zdania nie mają tu nic z potoczności, dlatego zależy nam na zachowaniu piękna tego języka, a jednocześnie, by w aktorskiej interpretacji zabrzmiał organicznie i wiarygodnie.

O czym chcecie opowiedzieć w waszym przedstawieniu - o miłości, o pamięci...

- Tak, o tragicznej miłości, oczywiście, ale i o trudnej odpowiedzialności za drugiego człowieka, o tym jak daleko można się posunąć w chęci niesienia pomocy, tutaj wynikającej akurat z niespełnionej miłości do mężczyzny; ale tak naprawdę Felicja ratując go, jednocześnie w jakiś sposób zawłaszczyła go dla siebie. Było to w skutkach tragiczne. Ale wątek pamięci chyba najbardziej mnie w tym wszystkim interesuje. Tym bardziej, że zajmuję się nią od wielu lat, pisząc wspólne sztuki z Moniką (Monika Muskała - siostra Gabrieli - przyp. red.) - o tym też jest ostatni scenariusz filmowy "Fuga", który napisałam. O pamięci i tożsamości. Ale w przypadku "Jak być kochaną" pamięć jest potraktowana jeszcze inaczej - nie chodzi bowiem o zapominanie czy wypieranie, ale o pamięć, która dręczy, której nie można się pozbyć i która determinuje życie człowieka, pamięć jako wspomnienie jakiegoś wydarzenia sprzed lat, które wszystko zmienia, siedzi w naszych głowach i nie chce z nich wyjść. Dla Felicji ważne jest, na ile ona jest współwinna śmierci Wiktora, a pamięć pewne fakty wyparła i trudno jest jej sobie przypomnieć, czy to był przypadek, czy też jego świadome działanie. Tego w filmie Hasa akurat nie ma - tego jej dociekania, jak to było, jak to się stało, jak doszło do śmierci i dlaczego? Bo tak naprawdę lot samolotem jest tutaj swoistym seansem - Felicja otrzymuje szansę na oczyszczenie, na katharsis, na przeżycie tych zdarzeń jeszcze raz, po to, by się od nich uwolnić.

No właśnie, ale czy ten mechanizm pamięci wybiórczej jest w stanie ocalić emocje, czy tylko realia...

- Myślę, że i jedno i drugie. Nie chciałabym zbyt wiele zdradzać z tego, co i jak opowiadamy. Ale pamięć wybiórcza ma to do siebie, że pamiętamy najczęściej tylko to, co chcemy pamiętać, jakieś fragmenty, albo nawet w tym procesie przypominania przetwarzamy jakieś fakty na swoją korzyść... bo chcemy siebie ratować... i tak jest z Felicją, która chce zacząć życie na nowo, ale bez pamięci... Czy ocali swoje emocje? - nie wiem, myślę, że jest to możliwe...

Jednocześnie jest to chyba kobieta, która nie chce żyć w fałszu i zakłamaniu...

- Tak, jest taka scena w sądzie, kiedy ona odtwarza wszystko przez pryzmat swoich wspomnień... również dotyczących jej aktorskiej kariery, która została przerwana... bo tego tematu też w tym spektaklu dotykamy. To jest kolejne piętro opowieści.

Jak tak słucham Ciebie, to mam wrażenie, że tej historii nie da się opowiedzieć bez psychologizmu...

- Absolutnie. To, co się dzieje z bohaterką przypomina trochę ustawienia hellingerowskie... Felicja chciałaby wreszcie przemówić swoim głosem, chce odtworzyć swoją prywatną taśmę - jak to było, jak to się działo... i stara się, choć na początku z ogromnym lękiem, bo nie dopuszcza do siebie pewnych zdarzeń, wchodzić w to coraz głębiej i głębiej, by przeżyć oczyszczenie... Trudno mi o tym wszystkim mówić, bo to materia niezwykle skomplikowana... a nie chciałabym zdradzać wszystkich inscenizacyjnych rozwiązań, narracyjnych tropów i reżyserskich zabiegów...

No dobrze, ale pozwól, że jeszcze Cię trochę pomęczę... Zapytałem o tę psychologię, bo wiem, że Lena Frankiewicz też dużą wagę przykłada do teatralnej formy...

- Jeśli w spektaklu pojawiają się sceny czysto formalne, które osobiście bardzo lubię grać, to muszą być czymś wypełnione. To nie może być pusta forma dla samej formy. Można powiedzieć, że od niej zaczęliśmy, bo Lena przyszła już z dokładnie ukształtowaną wizją spektaklu, do którego też bardzo wyraziście dostosowana jest scenografia Agaty Skwarczyńskiej. Pozwala ona na pokazanie momentu śmierci mojej bohaterki - pomiędzy ostatnim oddechem a całkowitym uwolnieniem się z życia. Taką formalną sceną będzie też scena gwałtu, którą ustawia ruchowo, czy nawet - można powiedzieć - choreograficznie Marta Ziółek. W tym spektaklu będą się przeplatać jakościowo różne sceny, realistyczne, ale też formalne i oniryczne.

A zatem postać Felicji jest nośnikiem napięcia, które rozpostarte jest między koniecznością pamiętania i potrzebą zapomnienia...

- Muszę powiedzieć, że bardzo kocham tę moją Felicję, choć nie postrzegam jej jako postaci tylko i wyłącznie krystalicznej; oczywiście, jak każdy aktor będę jej broniła, ale to nie znaczy, że nie dostrzegam jej przyziemności czy wad, których w końcu żaden człowiek nie jest pozbawiony. Ona oczywiście poświęciła się dla Wiktora, ale z drugiej strony chciała go mieć tylko dla siebie. Chciała mieć do niego wyłączne prawo - a to akurat się kłóci z moim patrzeniem na międzyludzkie relacje czy uczuciowe związki. Ale na scenie muszę myśleć jej kategoriami. To była bardzo nieszczęśliwa kobieta. Pięć lat spędzonych z jednym mężczyzną i patrzenie na jego cierpienie, tak naprawdę niczego jej nie nauczyły. Dlatego jest to w swoim zaślepieniu i nieumiejętności w ocenianiu sytuacji postać głęboko tragiczna; tym bardziej, że już po wojnie, kiedy dowiaduje się, że Wiktor jest w dramatycznym stanie, nie zawaha się go zapytać: czy może do niej wrócić? Brandys pięknie o tym pisze: Podobno mężczyzna wybrał sobie kobietę, żeby jego klęski miały twarz i oczy.

To Lena Frankiewicz zaprosiła Cię do współpracy w Narodowym... Lubicie ze sobą pracować?

- Tak. Imponuje mi to, jak znakomicie jest przygotowana do każdej realizacji, jaką wagę przykłada do tekstu, którym się na scenie posługujemy - jest niezwykle precyzyjna w tym, co chce osiągnąć i wyegzekwować od aktora... Lena bardzo szybko przechodzi do prób sytuacyjnych... oczywiście, na początku, przez kilka pierwszych dni dużo rozmawiamy, analizujemy tekst, ustalamy relacje między postaciami, ale jej niecierpliwość i absolutna gotowość do pracy powoduje, że działanie jest dla niej ważniejsze... Poza tym mam do niej zaufanie, wiem, że nigdy nie zostawi mnie samej; choć doskonale wie do jakiego efektu dąży, jest otwarta na aktora, czerpie i korzysta z tego, co on sam przynosi na próbę i co proponuje... potrafi dostrzec w tym potencjał na ciekawy rozwój postaci... Poza tym nigdy niczego nie odpuszcza, pilnuje punktualności, skupienia, co też jest nie bez znaczenia. Ja w każdej pracy bardzo to cenię, bo lubię próbować na sto procent i dawać z siebie wszystko.

A z Janem Fryczem spotykasz się w teatrze na scenie po raz pierwszy?

- Tak, choć zagraliśmy już wcześniej razem w Teatrze Telewizji w ramach Teatroteki, również u Leny Frankiewicz, w spektaklu "Dolce vita" Julii Holewińskiej i Kuby Kowalskiego. Tam graliśmy małżeństwo - rodziców głównego bohatera, którego grał Dawid Ogrodnik. A ponieważ bardzo dobrze nam się pracowało, kolejne z nim spotkanie nie mogło mnie nie ucieszyć. Tym bardziej, że Jan jest aktorem wybitnym i jest między nami aktorska chemia. Bez trudu potrafimy się porozumieć i poczuć przepływ emocji. To aktor, który niesamowicie partnera uruchamia i inspiruje, a to jest bezcenne. Zresztą w obsadzie "Jak być kochaną" wszyscy aktorzy pracują z ogromnym zaangażowaniem i zaufaniem do reżysera i partnerujących kolegów - Adam Szczyszczaj, który rolą Nieznajomego wchodzi w zespół Teatru Narodowego, Michalina Łabacz, fantastyczna dziewczyna, niezwykle skromna, choć odniosła przecież wielki sukces w filmie Wojtka Smarzowskiego, Jacek Mikołajczak, grający Tomasza, wnikliwy, dzielący się wszystkimi wątpliwościami, cudowny i wzruszający Jerzy Łapiński, Arkadiusz Janiczek, Mateusz Kmiecik... To ogromna satysfakcja i przyjemność pracować z taką grupą ludzi. Zostałam tutaj wspaniale przez zespół przyjęta i cieszę się, że mogę tak intensywnie pracować. Spotkanie z tymi aktorami to dla mnie wielka radość i szczęście.