powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Upiory romantyzmu

"Ułani" Jarosława Marka Rymkiewicza w reż. Piotra Cieplaka w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Edyta Werpachowska w Teatrze dla Wszystkich.

Czym jest polskość? Odwieczny dylemat kraju, wciśniętego między wschodnią i zachodnią cywilizację, w momentach zmian powraca ze wzmożoną siłą. Zdaje się, że obecnie w Polsce i nie tylko (proces intensyfikacji nastrojów ksenofobicznych ma wymiar globalny) tężeje nacjonalistyczny klimat, do przestrzeni publicznej przenika coraz więcej patriotycznych symboli. Wśród pogłębiającej się polaryzacji społeczeństwa Piotr Cieplak (który nie boi się podniosłych tematów, jak religijność, sakralność czy omawiana właśnie polska tożsamość narodowa) wraz z zespołem nomen omen Teatru Narodowego w Warszawie rozprawia się z mitem polskości zbudowanym na romantycznej wizji narodu. W "Ułanach" - na podstawie do bólu aktualnego dramatu Jarosława Marka Rymkiewicza z 1975 roku - Cieplak bierze na warsztat tytułowych wojaków oraz inne symbole polskości.

Akcja "Ułanów" rozgrywa się na przełomie XVIII i XIX wieku w saloniku na dworku szlacheckim. Mieszka w nim Ciotunia (Anna Seniuk) wraz z Zosią (Dominika Kluźniak), która ma przed sobą niełatwe zadanie. Wszyscy czekają, aż wyda na świat dziecko - Mesjasza, zbawcę narodu polskiego. Cóż jednak począć, gdy hipotetycznego ojca na razie brak? Najlepiej byłoby, gdyby cudowne dziecko (chłopiec oczywiście) spłodzone zostało przez wcielenie szlachetnych cnót. W pierwszej kolejności poszukiwania zwracają się więc ku ułanom. Major (Piotr Grabowski) wydaje się nieco zbyt stary, uwagę ściąga więc młodszy porucznik - Lubomir (Hubert Paszkiewicz). Byłby idealnym kandydatem, gdyby nie fakt, że nie pali mu się do ojcostwa, a być może w ogóle nie po drodze mu z kobietami. Zosia tak naprawdę chciałaby by był to ociekający testosteronem Graf, austriacki feldmarszał (Jerzy Radziwiłowicz). Co z tego, że pociągający, skoro jednak nieswój i obcy? Odmiennego zdania jest Widmo, pośmiertne wcielenie księcia majestatycznie grane przez Mariusza Benoita. Stojąc na straży państwowego dobrobytu, Widmo doradza Zosi w trudnych momentach. "Narodowy obowiązek" zostaje w końcu spełniony przez nieco prymitywnego, prostego ordynansa (Arkadiusz Janiczek). Napięcia prowadzą do "le grand final", w którym okazuje się, że Polska jednak nie potrafi uleczyć się własnymi siłami.

Przedstawienie Cieplaka to bardzo zgrabna i lekka komedia, momentami przechodząca w farsę. Aktorzy swoje postaci celowo rysują grubą kreską. Ich gesty, mimika są przekoloryzowane. W "Ułanach" sporo jest rubaszności, momentami nawet obsceniczności. Nie jest ona jednak rażąca czy dystansująca - wydaje się być znajoma, swojska, bo przecież "nasza, polska". Anna Seniuk w roli Ciotuni tworzy na scenie przytulną atmosferę, lody z publicznością zostają przełamane już na samym początku, przy wspólnej intonacji przyśpiewki o pyszności polskiego bigosu. Fenomenalnie gra również Dominika Kluźniak, która bardzo zręcznie balansuje na granicy niewinnej dziewczyny i niezależnej kobiety, w pełni świadomie kierującej swym losem. Paradoksalnie to właśnie kobiece postaci - Ciotuni i Zosi - są w inscenizacji silniejsze od tytułowych ułanów. Ukłony należą się jednak całemu zespołowi aktorskiemu. Wszyscy grają z dużą dyscypliną, zgrabnie, z niezwykłym sprytem i gracją. A zadanie nie jest łatwe - utwór Rymkiewicza pisany jest ośmiozgłoskowcem, sporo w nim archaizmów. Słowem - na scenie wymaga perfekcji, rygoru, nie pozostawia miejsca na najmniejsze zawahania i niedookreślenia. Aktorzy Narodowego nie dość, że sprostali zadaniu, to tchnęli jeszcze w tekst Rymkiewicza nowe życie i nadali barw, wydawałoby się, zakurzonym już postaciom.

Aktorzy poprowadzeni przez Cieplaka bardzo zgrabnie podkreślają niejednoznaczności dramatu. "Ułani" są bowiem drwiną z romantycznej wizji Polski jako "mesjasza narodów", kpiną z narodowych świętości, lupą, pod którą wyraźnie widać typowo polskie postawy czy pozy. Reżyser użył dominującej obecnie narodowo-patriotycznej retoryki, by uwypuklić jej absurdy. Stworzył dla publiczności doświadczenie "totalne" - spektakl zaczyna się bowiem wcześniej niż pierwsza kwestia podana ze sceny. Cieplak wraz z autorem scenografii, Andrzejem Witkowskim, we foyer umieścił Muzeum Wszech-Ułaństwa Polskiego. Humorystyczna wystawa mieści takie eksponaty, jak odlew desek, z których zbudowany był dwór w Soplicowie, z odciskiem palca Mickiewicza, obrazy autora nieznanego, wyklętego: "Hołd mongolski" czy "Rechrystianizacja Europy". Eksponatów jest wiele - na tyle, by pochłonąć uwagę publiczności przed spektaklem oraz w trakcie dwóch przerw. Gdyby tego było mało, na dowód polskiej gościnności widzom w przerwach serwowany jest tradycyjny, polski bigos.

Imponujące i świeże w swej formie przedstawienie nie przełożyło się jednak na jakość postawionej przez reżysera puenty. "Ułani" pozostają jedynie krytyką romantycznej wizji kraju, kpiną narodowych mitów odwołujących się do walecznych ułanów i Polski jako "mesjasza narodów". Cieplak trafnie diagnozuje, jednak nie jest to odkrywcze, nie otwiera także drzwi do dyskusji. Polska zdaje się być pojawiającym się w wierszu Lubomira "żabobocianem" - państwem ciągle szukającym swojej tożsamości, usilnie próbującym zbudować ją ze śmiesznych symboli. Na domiar złego niesamodzielnym i bezradnym w swej nieudolności. Taka puenta to jednak za mało, by wyjść z "Ułanów" z poczuciem spełnienia. Finałowi inscenizacji zabrakło śmiałości i chociażby próby refleksji nad powodem takiego stanu rzeczy. Polemika z narodowymi wieszczami, rubaszny, swojski humor to jednak zbyt mało.