powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Herezja

W ubiegłym sezonie - wcale udanym! - mieliśmy sposobność obejrzeć kilka przedstawień zrealizowanych w myśl tak modnej dziś w świecie idei "environ-mental theatre" - pisał Zygmunt Hübner w "Przepraszam, nic nowego" w 1974 roku.

To, że widz po obejrzeniu tych prób zadawał sobie czasem pytanie, czy aby nie pomylił adresu i zamiast do teatru nie trafił przypadkiem na wernisaż jakiegoś plastyka-awangardzisty, jest już specyfiką naszego klimatu, w którym jakie by nie posiać ziarno, zawsze bujnie pleni się scenograf. Idea sama zrodziła się z nienasycenia teatrem tradycyjnym. Kolejną reakcją na ten "teatr poza teatrem" będzie zapewne teatr robiony po bożemu, za którym tęskni prezes Iwaszkiewicz. Po okresie rozwichrzenia nastąpi dostojny klasycyzm. Po teatrze na schodach, w szatni, na strychu, w stodole i na podwórzu, w łazience i w piwnicy będziemy mieli znów teatr na scenie. Znudzeni poszukiwaniem nowych rozwiązań przestrzennych, zamiast rozglądać się wokół, przyjrzymy się wówczas dokładnie temu, co mamy przed nosem. Może się okazać, że to, co nam tak dojadło w teatrze tradycyjnym, aż zaczęliśmy poszukiwać teatru poza teatrem, to wcale nie nazbyt zamknięta i sztywna konstrukcja sceny, a równie sztywna i zamknięta konstrukcja spektaklu. Rzecz nie w tym, aby wykręcać głowę do góry, na boki i do tyłu. Owszem, chcemy być zaskakiwani, niekoniecznie jednak przez aktora, który wskakuje nam na kolana lub na plecy. Dlatego gotów jestem się założyć (oczywiście jedynie o symboliczną stawkę), że następne lata będą stały w teatrze pod znakiem improwizacji. Tymczasem brzmi to jak herezja, bądźmy wszakże cierpliwi...

Widziałem ostatnio "Sen nocy letniej", przygotowany przez studentów pierwszego roku szkoły teatralnej z Londynu. Aczkolwiek wykonawcy zdradzali potężne braki warsztatowe, zjednywali jednak widownię niezwykłą bezpośredniością i swobodą. W sposób naturalny, bez kokieterii, ale i bez skrępowania, demonstrowali na scenie swoją osobowość, swój prywatny sposób bycia. Pedagodzy, którzy przygotowali spektakl, wyjaśnili mi nazajutrz, że nie ma w nim ustalonych sytuacji: aktorzy znają tekst i swoje zadania, natomiast sytuacje tworzą spontanicznie, w trakcie przedstawienia. Odniosłem wrażenie, że regule tej nie podlegały jedynie sceny orszaku Tytanii i Oberona, właśnie bardziej od innych "ustawione" i na tle pozostałych rażące sztucznością. Zamierzenie miało cel dydaktyczny: "nikt nie może stworzyć kogoś innego, dopóki nie dojdzie do ładu z samym sobą" twierdzą - i słusznie - twórcy szkoły. Na pierwszym roku studenci muszą odkryć, odnaleźć siebie - "otworzyć się", jak mówią w naszych szkołach aktorskich, potem przychodzi pora na "budowanie postaci".

Patrząc na ten młodzieżowy i rzeczywiście młody "Sen" pomyślałem sobie: kto wie, czy nie tędy droga? Nie tylko w celach szkoleniowych. Jeśli usiłujemy obecnie kształcić aktorów wszechstronnych, rozbudzać ich ambicje artystyczne i intelektualne, a nie tylko doskonalić umiejętności zawodowe, to albo wcześniej czy później wszyscy oni staną się reżyserami (iście apokaliptyczna wizja!), albo stworzą teatr, w którym wywalczą sobie nieporównanie szerszy margines swobody niż ten, jaki pozostawia dziś aktorom "przyzwoity" teatr, w którym każda premiera zapięta jest na ostatni guzik pod szyją, choćby koszula była o kilka numerów za ciasna. Teatr zapewniający aktorom przyjemność gry, radość tworzenia, nie zaś zmuszający do pańszczyzny odtwarzania. Wyznam, że przedstawienia perfekcjonistyczne, w których za każdym gestem, za każdą intonacją aktora wyczuwa się świadomego swej sztuki i sprawności reżysera, poczynają mnie setnie nudzić. Osiągnęliśmy wysoki pułap umiejętności warsztatowych i aczkolwiek mogą one budzić podziw dla kunsztu, rzadko budzą entuzjazm. Widz z utęsknieniem czeka, że może chociaż dekoracja się zawali albo aktorce strzeli zatrzask u stanika, jednym słowem, że stanie się coś nieprzewidzianego, coś ewidentnie niezaplanowanego, prawdziwego. Ale nie: dekoracje też mamy solidne, ściany z dykty nie falują przy każdym zamknięciu drzwi, kostiumy uszyte są bez zarzutu. Aktorzy umieją tekst na blachę, sufler jest dyskretny jak kelner w lokalu kategorii S. Jakaś grubsza sypa? Wykluczone! Jeśli aktor przyjdzie do teatru na fleku, dyrekcja z miejsca odwołuje spektakl pod pozorem, że ktoś tam nie został dowieziony na czas z filmu. Nie do pomyślenia jest owa słynna, odnotowana w annałach teatru premiera "Wieczoru Trzech Króli", na której to nieodżałowanej pamięci Władysław Grabowski każdą kwestię zaczynał zwrotem "Tiepier ja", zanim reżyser Karol Borowski nie przerwał tych wesołych igraszek. Teatr stał się dziś przeraźliwie dostojny, a sztuka funkcjonuje w nim jak nowoczesny mechanizm: sprawnie, niezawodnie, bezszelestnie i - niepostrzeżenie.

W radio, w telewizji sympatią cieszą się ci spikerzy, którym od czasu do czasu zdarzają się przejęzyczenia - errare humanum est, pomyłki są rzeczą ludzką, świadczą o tym, że mamy do czynienia z żywym człowiekiem, a nie doskonale zaprogramowanym automatem. Paradoksalnie: w błędach objawia się ludzka osobowość. Jeśli poszukujemy indywidualności u spikera, to tym bardziej oczekujemy jej od aktora, a wyraża się ona tym pełniej, im mniej jest skrępowana.

Rzecz jasna, improwizacja zespołowa wymaga, aby w pierw istniał zespół, czyli grupa ludzi dogadanych we wspólnej pracy, mówiących jednym językiem. Jeśli nie mam do partnera zaufania, bo nie wiem, czy nie kryje w rękawie piątego asa lub nie spasuje po kontrze na proste bez atu, wolę nie siadać z nim do kart. Autentyczną satysfakcję daje gra z mocnymi partnerami, na których można polegać. A czy inaczej jest w improwizacjach jazzowych? Przy sprzyjających okolicznościach pewnego dnia ze wspólnego muzykowania rodzi się dzieło jedyne i niepowtarzalne, które daje poczucie spełnienia i twórcom, i słuchaczom, świadomym tego, że oto uczestniczyli w prawdziwym akcie twórczym. Podobne wymagania można stawiać teatrowi.

A reżyser? Czy będzie jeszcze miejsce dla niego? Z pewnością, jeśli tylko pogodzi się ze zmianą swoich funkcji. Jeśli zgodzi się być animatorem raczej niż treserem, który poskramia niesforne bestie, aby uczynić je całkowicie powolnymi własnej woli. Może teatr improwizacji będzie kolejną chorobą teatru, może każda forma teatru jest rodzajem jego choroby. Ale co wobec tego jest jego zdrowiem? (1974)