Rozbitkowie

Dlaczego epilog Prospera nie jest na końcu? Gdzie są Iris, Ceres i Juno? Czemu jeden aktor gra Ariela i Kalibana? Jeśli ktoś zadaje sobie tego rodzaju pytania, to być może umknęło jego uwadze, że tytuł przedstawienia Pawła Miśkiewicza to "BURZA Williama Szekspira" - o spektaklu w Teatrze Narodowym pisze Jan Karow z Nowej Siły Krytycznej.

Ostatni dramat angielskiego dramatopisarza stanowi jego trzon, ale jednocześnie został poddany licznym ingerencjom: skrótom, przesunięciom, włączeniom innych tekstów. To więc nie wyłącznie "Burza", a świetne zrealizowana autorska wypowiedź.

"(...) drobnomieszczańskie zamartwianie się, co sobie pomyślą trzy Jedności w swoich zasznurowanych gorsetach albo co powie skwaszone i smutne Prawdopodobieństwo, to kwestie, którym [Muza] nie poświęca ani odrobiny uwagi. (...) tym, co się rzeczywiście sprawdza w domenie tak teatru jak i gastronomii, jest jedynie doprowadzona do doskonałości mieszanka" - ten fragment wykorzystanego w scenariuszu "Morza i zwierciadła" W.H. Audena wydaje się stanowić istotny trop w próbie zrozumienia założeń twórców spektaklu w Teatrze Narodowym. Podążanie za ich tokiem myślenia jest rzadko spotykaną intelektualną ucztą. Zaproponowana mieszanka ma smak wolności. Lecz jest ona gorzka. Rozwiązania Miśkiewicza i odpowiedzialnej za dramaturgię Joanny Bednarczyk mają na celu wysunięcie na pierwszy plan ze zdań Shakespeare'a tematu wolności, a właściwie sytuacji, w których jest ograniczona lub w ogóle jej brak. Dramat Prospera nie polega na pożegnaniu ze sztuką, a na zagubieniu i niemocy. Nie ma tu miejsca na czary. Gdy legnie bez sił, Miranda (Maja Kleszcz) zawodząco wyśpiewa nad nim "Sonet XXX", wzdychając za stratą rzeczy upragnionych. Straconych z jego winy.

Po początku w ciemności, przy wtórze ogłuszających grzmotów i lekkiej wodnej bryzy, następuje rozmowa Prospera (Jerzy Radziwiłowicz) z Arielem/Kalibanem (Mariusz Benoit), w której słowami ducha domaga się obiecanego zwolnienia ze służby. Przestrzeń jest mroczna; publiczność siedzi na scenie, od widowni sali Bogusławskiego oddziela ją czarna kurtyna. Aktorzy stoją w linii, frontem do widzów; nie grają iluzyjnej sytuacji. Wyraźny sygnał, że to teatr epicki, ogołocony z nadmiernego afektu, posługujący się subtelnym gestem. Efekt obcości podkreślają rozbijające akcję długie monologi: błazna Trinkula (Mariusz Bonaszewski) o bezlitośnie wszechogarniającym piasku, zaczerpnięty z przypominającej koszmar, napisanej prozą poetycką "Wyspy skazańców" Stiga Dagermana, której bohaterowie są uwięzieni na kawałku lądu podobnie jak Shakespeare'owskie postaci, oraz dwa Ariela/Kalibana - w pierwszym, skonstruowanym z poprzestawianych zdań Audena, podaje w wątpliwość skuteczność teatru, drugi to wyimek z monologu otwierającego "Ryszarda III" o pokracznej naturze tytułowego władcy. Po nim marynarze z przypasanymi spódniczkami wykonują taneczno-rytualną hakę. Widząc silnego lidera, gotowi byliby pójść nawet za budzącym lęk Gloucesterem.

Warto zatrzymać się przy tej grupie. Pojawia się w prosty sposób zaaranżowanej kajucie z piętrową pryczą, która wynurza się z zapadni (scenografia Barbary Hanickiej). Nie są to przysłowiowe wilki morskie. Leniwie polegują, a groźba zatonięcia nie budzi w nich niepokoju. Majtek (Kacper Matula) przygrywa cicho techniką slide bluesową melodię na gitarze. "Dom marynarza to statek/ Nie wciśniesz takiego do klatek" - podśpiewują słowami autora "Morza i zwierciadła". To jednak tylko pierwsze wrażenie. Po chwili zwracają uwagę kostiumy: kurtka w kolorach moro, futrzana kamizelka bez rękawów, gdzieniegdzie widać odsłonięty tors; na nogach dające mocne podparcie czarne buty. Nie boją się, ponieważ nie otrzymali takiego rozkazu. Symbolizują przede wszystkim dyscyplinę i związany z nią reżim. Kulminację stanowi dla nich efektowna sekwencja (choreografia Dominiki Knapik), w której przy akompaniamencie pieśni podobnej do śpiewanych przez czarnych niewolników z doliny Missisipi (muzyka Mai Kleszcz i Wojciecha Krzaka) wykonują w parach taniec przypominający serię ćwiczeń i zapaśniczych pojedynków. Niezależnie, czy zobaczy się w tym więcej wojskowej musztry czy popisów sportowych, jest to świat męskich ciał poddanych władzy. Co wcale nie oznacza, że to powód do cierpienia. Bynajmniej - po przebraniu w biało-niebieskie mundury, z uśmiechami na ustach, mogliby być żywą reklamą, zachęcającą do zrekrutowania się w ich szeregi. Są jak słynne plakaty z Wujem Samem, który wskazuje palcem na każdego, kto spojrzy w jego stronę i przeczyta: "I want you!".

Z tej gromady delikatnie wyróżniają się dwie postaci. Gonzalo w propozycji Przemysława Stippy to nie, jak widział to Shakespeare, "rzetelny stary doradca króla", a zawadiacko uśmiechnięty idealista z kolorową kamizelką pod marynarką. Jego marzenia o zabronieniu handlu, zniesieniu sądownictwa i zakazie szkół brzmią nie tyle komediowo, co nieco naiwnie. To mrzonki, których nie sposób wziąć na poważnie.

W opozycji do Prospera Miśkiewicz uwypukla postać jego brata Antonia, który podstępnie pozbawił go władzy w Mediolanie. Wykreowana przez Jana Frycza postać to przede wszystkim prostak. W jednej z ostatnich scen, jako takiej nieobecnej w "Burzy", a stworzonej w dużej mierze z żonglowania zdaniami z rozmowy ojca z Mirandą o ich przeszłości, jego kwestie brzmią bezceremonialnie. Nie robi uników, nie chowa za wymówkami. W takim ustawieniu wybrzmiewa nieskuteczność filozofującego Prospera, o którym poddani szybko zapomnieli. W jego miejsce fałszywie pokorny Antonio zyskał poklask. "Król, który przedkłada literę księgi/ Nad oblicze krzyczącego ludu,/ Na nic zda się państwu" - to ostre oskarżenie, w którym pobrzmiewa jednocześnie ziarno prawdy. Przebaczenie Prospera, które ma być drogą prawości, zdaje się boleśnie słabe, nieprzekonywujące, co ironicznie podbite zostaje przez fragmenty pompatycznego marszu z "Muzyki na pogrzeb królowej Marii" Henry'ego Purcella.

Gdy słaby władca wyspy kieruje się w kierunku kulisy, prosząc o rozgrzeszenie przez oklaski, na scenę powraca Ferdynand (Daniel Namiotko). Ciągnie za sobą kłodę drewna, a zauważywszy Ariela/Kalibana, zachwyca się jego urodą, jak to czyni zwykle na widok Mirandy. Benoit podejmuje tę grę, co uniemożliwia mu i Radziwiłowiczowi zejście ze sceny, tworząc niezręczną, a przez to komiczną sytuację. Żwawy młodzieniec wciąga kolejne kłody, składając je w stos, do którego podchodzą kolejni rozbitkowie. Ostatnie słowa przedstawienia należą do Majtka-barda, który podśpiewuje fragment z książki Dagermana: "plecy się garbią, coraz bardziej poddańcze, oczy coraz bardziej harde i obłąkane z braku snu i braku nadziei". Nie uciekną z tej wyspy.

Miśkiewicz przedstawia obraz ponury i dotkliwy. Wybór pomiędzy Prosperem a Antoniem wygląda jednako beznadziejnie. Wytrenowani marynarze gotowi są podążyć za pierwszym z brzegu. To świat, z którego wydaje się - na razie - nie ma wyjścia. I jest niepokojąco znajomy.

***

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, studiuje na III roku Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej, publikował m.in. w "Didaskaliach", "Teatrze", "Teatrze Lalek", "Nietak!cie", "Notesie na 6 Tygodni" i "Teatraliach".

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego