powiększwersja do drukupoleć znajomemu

99. urodziny Witolda Sadowego

Witold Sadowy - przyjaciel artystów, pasjonat świata sztuki, z zawodu aktor oraz publicysta: biograf, kronikarz, felietonista oraz autor sześciu książek.

Osoba Witolda Sadowego inauguruje cykl artykułów prezentujących sylwetki wielkich osobowości, związanych ze światem sztuki, w moim indywidualnym zbiorze, zatytułowanym: "Gwiazdozbiór Artystyczny Oskara Świtały", który powstał po to...

"...aby wszyscy mogli zbliżyć się do gwiazd!".

Witold Sadowy, dokładnie dziś - poniedziałek 7 stycznia 2019 roku - obchodzi swoje 99. urodziny i jest obecnie najstarszym żyjącym polskim aktorem oraz kronikarzem życia teatralnego.

RODZINA I DZIECIŃSTWO

Rodzice Witolda Sadowego poznają się po wywiezieniu na przymusowe roboty do Niemiec, w trakcie I wojny światowej. Pracują tam u niemieckich gospodarzy. Po zakończeniu wojny biorą ślub i zamieszkują w Warszawie na ulicy Hożej.

"Mój tata, Stanisław Sadowy, urodził się w roku 1888 w Wierzchucy nad Bugiem, a zmarł podczas Powstania Warszawskiego 13 września 1944r. Z zawodu był warszawskim fotografem. To dzięki niemu pozostało kilka naszych bezcennych pamiątek w postaci fotografii, uwieczniających czasy mojej młodości. Mama Józefa, z domu Wierzchowska, urodziła się w roku 1891 w Lipinie (dziś dzielnica Świętochłowic, woj. śląskie [przyp. red.]). Zajmowała się domem, świetnie grała na pianinie, a przede wszystkim nas wychowywała. Zmarła 15 maja 1960 roku w Warszawie.".

7 stycznia 1920 roku w Warszawskim szpitalu, mieszczącym się nieopodal rodzinnego mieszkania, na świat przychodzi Witold Sadowy.

Gdy po raz pierwszy przyniesiono niemowlę mamie, Pani Józefa powiedziała: "To nie jest moje dziecko! Mój syn ma myszkę na lewej ręce!". Za moment przynoszą jej właściwe dziecko, ze znamieniem na ramieniu. Witold Sadowy ma je do dnia dzisiejszego.

Po czterech latach przychodzi na świat młodszy brat Witolda Sadowego Stefan. Rodzice postanawiają przeprowadzić się na ulicę Nowowiejską 9, do 3. piętrowej kamienicy.

LATA SZKOLNE

PODSTAWÓWKA

Witold Sadowy uczęszcza do szkoły powszechnej dla chłopców przy ulicy Mokotowskiej 5, którą kończy w 1934 roku. W szkole tej gra w przedstawieniu zatytułowanym "Laleczka z saskiej porcelany" Marii Gerson-Dąbrowskiej. Mały Wituś przebiera się w nim za dziewczynkę, gdyż odgrywa postać Włoszki z Milano. Jest to jednocześnie pierwsza jego rola w życiu.

SPOTKANIE Z JÓZEFEM PIŁSUDSKIM

"Jednym z najważniejszych wydarzeń w moim życiu było spotkanie z marszałkiem Józefem Piłsudskim. Doskonale je pamiętam, pomimo, że od spotkania minęło 90 lat!".

Dzieci z warszawskich szkół zostają zaproszone do Królewskiego Teatru w Parku Łazienkowskim (obecnie siedziba Polskiej Opery Królewskiej [przyp. red.]). Oglądają baśń w 3 aktach Ewy Szelburg-Zarembiny pt. "Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami". Przed rozpoczęciem przedstawienia w loży pojawia się Marszałek. Dzieci obracają się w jego kierunku i zaczynają bić brawa. W trakcie przerwy Józef Piłsudski, wraz z eleganckimi damami, wręcza dzieciom słodycze:

"Pamiętam doskonale. Były to czekoladki umieszczone w jedwabnych torebkach, z przywiązaną od góry kokardką!".

Mały Wituś ma szczęście. Otrzymuje je od samego Marszałka Piłsudskiego, który głaszcze go po głowie i pyta: "Jak się nazywasz synku?", "Nazywam się Witek Sadowy". Marszałek podaje Witusiowi rękę i mówi: "No to życzę Ci wszystkiego dobrego".

"Przez cały tydzień nie mówiłem o niczym innym, tylko o tym wydarzeniu. Głównie chwaliłem się kolegom na podwórku z czekoladek jakie dostałem".

Do dziś, jedyne czego Witold Sadowy żałuje, to tego, że zjadł te wszystkie czekoladki.

Z żartem mówi: "Przecież mogłem się powstrzymać lub chociaż zostawić sobie jedną w papierku. Dziś trzymałbym tę pamiątkę w kasie pancernej, którą kupiłbym specjalnie dla tego bezcennego podarunku i pokazywałbym go tylko najbardziej zaufanym gościom!".

WIZYTA U KSIĄŻĄT RADZIWIŁŁÓW

Klasa dziesięcioletniego Witusia zostaje zaproszona także do pałacu książąt Radziwiłłów. Mieści się on w Al. Ujazdowskich 27 (obecnie Ambasada Szwajcarii). Są to czasy, kiedy bogate rody zapraszają dzieci szkolne do siebie na różnego rodzaju uroczystości. Tym razem jest to spotkanie bożonarodzeniowe.

Witold Sadowy z żalem wspomina: "Mówiłem wtedy wierszyk pt. "Powrót taty". Bardzo się wszystkim spodobał, a zwłaszcza państwu Radziwiłłom. Dostawaliśmy również od nich upominki. Gdy gwiazdka się skończyła przyjechała po mnie mama. Tak bardzo mnie polubili, że Pani Radziwiłłowa zwróciła się do niej, z zapytaniem, czy by mnie nie oddała, bo chętnie by mnie adoptowali. Mama niestety się nie zgodziła. Dziś byłbym nie Sadowym, lecz księciem Radziwiłłem!".

GIMNAZJUM I LICEUM

W roku 1934, Witold Sadowy, nie dostaje się do państwowego gimnazjum, wiec rodzice zapisują syna do eksperymentalnego, 4. letniego, Prywatnego Gimnazjum Ogólnokształcącego Zgromadzenia Kupców. Jest to tzw. półinternat, w którym dzieci mają możliwość także odrabiania lekcji. W roku 1938 Witold Sadowy rozpoczyna naukę w liceum - również Zgromadzenia Kupców. Pierwszy rok udaje mu się ukończyć jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Z oczywistych powodów naukę przerwa. Maturę zdaje w czasie wojny, w tzw. podziemnym liceum, przy ulicy Hożej. Uczy go tam m.in. krytyk i historyk literatury, a także polityk, Stefan Żółkiewski oraz Jerzy Kreczmar - teatrolog, przyszły reżyser, brat słynnego aktora Jana Kreczmara.

PASJA

W latach szkolnych, Witold Sadowy, cały czas marzy o zostaniu aktorem. Często bywa w Dziecięcym Teatrze Tymoteusza Ortyma, a następnie sam w domu wciela się w przeróżne postacie, urządzając mini spektakle. W gimnazjum jego kolegami są, w znacznej mierze, synowie żydowskiej plutokracji. Ich rodzice to właściciele większości kin warszawskich i atelier filmowego.

Jest tak zakochany w aktorstwie, że w roku 1938, będąc w I klasie liceum, w tajemnicy przed rodzicami zapisuje się do prywatnej szkoły filmowo-teatralnej Hanny Ossorii, mieszczącej się przy ulicy Smolnej. Opłaca studia ze swojego kieszonkowego, otrzymywanego od rodziców, a wynoszącego 50zł miesięcznie. W tym czasie, po raz pierwszy statystuje na planie filmowym "Pieśniarza Warszawy", w reżyserii Michała Waszyńskiego. W filmie tym obserwuje grę aktorską wielkiego Eugeniusza Bodo.

"Zdjęcia na planie skończyły się nad ranem. Wiec późno wróciłem do domu. Dozorca naszego budynku powiedział do mnie: "Oj, będzie w domu lanie, oj będzie...!". W życiu tata dał mi po tyłku dwa razy to był jeden z nich!".

W lipcu 1939 roku, Witold Sadowy, dostaje zawiadomienie od Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, w którym jest napisane, że termin egzaminu na studia wyznaczono mu w dniu 7 września tego roku.

"Byłem bardzo przejęty, a jednocześnie szczęśliwy. Niestety do egzaminu nigdy nie przystąpiłem. Spełnienie marzenia uniemożliwił mi wybuch wojny".

II WOJNA ŚWIATOWA

1 września 1939 roku wybucha II wojna światowa. Niemcy przekraczają granice Polski. O jej rozpoczęciu Witold Sadowy dowiaduje się przez radio. Generał Roman Umiastowski w swoim apelu wzywa wszystkich niezmobilizowanych mężczyzn do opuszczenia Warszawy i udania się w kierunku Lublina.

"Ojciec na szczęście był człowiekiem dość zamożnym. Posiadał już samochód, do którego wsadził mnie i brata. Pożegnawszy się z matką, czym prędzej, wspólnie pojechaliśmy we wskazanym kierunku. Zmierzały tam również tłumy innych mężczyzn. Pamiętam, że w czasie bombardowań niemieckich kryliśmy się w przydrożnych rowach. Było to bardzo niebezpieczne. Noce spędzaliśmy w stodołach wieśniaków, śpiąc na sianie.".

Wrzesień, roku 1939, jest upalny. Myją się w zimnej wodzie, którą wyciągają ze studni. Któregoś dnia, wczesnym rankiem, idąc w kierunku jednej z nich, potykają na dziwnie ubranych ludzi, majstrujących przy ich samochodzie.

"Mieli oni na sobie mundury z koców, czapki ze szpicem, czerwoną gwiazdę na głowie, onuce na nogach oraz karabiny na sznurkach. Byli to sowieccy żołnierze. Spostrzegli nas. Nie mogąc uruchomić auta kazali to zrobić ojcu, ale i jemu się to nie udało. Zaczęli krzyczeć do ojca po rosyjsku, że to sabotaż i skierowali w naszym kierunku karabiny, aby nas zastrzelić W tym momencie nadleciały niemieckie samoloty i zaczęły zrzucać bomby. Przerażeni padliśmy na ziemię!".

Kiedy się uspokoiło spostrzegli, ze żołnierze zniknęli. Ojciec czym prędzej zaczął ponownie uruchamiać samochód. Tym razem się udało. Natychmiast wyruszyli w kierunku Lublina.

"Wstrząs, jakiego wtedy doznałem był tak wielki, że do dzisiaj nie mogę sobie przypomnieć, ani jak znaleźliśmy się w Lublinie, ani gdzie mieszkaliśmy. To jedyny moment mojego życia, którego autentycznie nie pamiętam!".

Witold Sadowy pamięta za to okupowaną już Warszawę, porozwieszane wszędzie niemiecki flagi, ogłoszenia w języku polskim i niemieckim oraz defiladę Adolfa Hitlera w Alejach Ujazdowskich, którą przemianowano wtedy na Adolfs-Hitler-Allee.

Ciągle nie może studiować. Kończy tylko naukę pisania na maszynie. Nie ma na razie pracy. Niemcy ogłaszają rejestrację polaków. Każdy musi mieć Kennkarte (czyli dowód osobisty) i miejsce pracy. Wtedy przypadkowo na ulicy, napotyka śpiewaczkę operową Olgę Orleńską, jego byłą profesorkę ze szkoły filmowo-teatralnej Hanny Ossorii.

"Rzuciliśmy się w sobie w ramiona i cieszyliśmy się, że żyjemy. Zapytała mnie czy gdzieś pracuję.".

Olga Orleńska załatwia Witoldowi Sadowemu pracę kelnera w kawiarni u Dakowskiego przy ulicy Bagatela (róg Flory). Tam konferansjerem jest jego znajomy z przedwojny, reżyser teatru "8:15", Witold Zdzitowiecki. W dużym ogrodzie za kawiarnią, na specjalnej estradzie, odbywają się koncerty symfoniczne i występy artystów-śpiewaków. Prowadzą je wielcy dyrygenci Walerian Bierdiajew i Zygmunt Latoszewski. Występują znakomici ówcześni śpiewacy z Barbarą Kostrzewską, Haliną Dudicz-Latoszewską (żoną Zygmunta), oraz początkującą Wiktorią Calmą (ulubienicą Bierdiajewa) na czele. W charakterze kelnerów pracuje tam paru przedwojennych aktorów, a wśród nich: Joanna Poraska (ostatnia spikerka polskiego radia), Lidia Korwin (aktorka, która przed wojną grała Hrabinę Idalię z Juliuszem Osterwą w "Fantazym" Słowackiego) i autentyczna hrabianka Murka Woroniecka.

Na razie w Warszawie panuje względny spokój, ale od pewnego czasu zaczynają się masowe łapanki. Niemcy zamykają poszczególne dzielnice i sprawdzają dokumenty. Przeważnie ich nie honorują, a zatrzymanych ładują do stojących samochodów i wywożą na Pawiak.

"Mnie też zgarnęli w trakcie pracy. Niemiecki żołnierz wytrącił mi tacę z ręki i wraz z innymi wepchnął do budy. Wkrótce znaleźliśmy się na Pawiaku. Tam usiłowałem wytłumaczyć maszynistkom, w języku niemieckim, które notowały nasze dane, że byłem przecież w pracy. Ale siedzące urzędniczki nie reagowały na moje słowa, tylko powtarzały szybko: "Weiter, weiter! Dalej, dalej!".

Po oddaniu wszystkich rzeczy, które miał przy sobie, Witold Sadowy znalazł się w dużej celi z jednym zakratowanym oknem i masą nieznanych mu ludzi. Na podłodze leżały sienniki. W pomieszczeniu mieścił się jeszcze wychodek.

"Nagle spostrzegłem, że przyglądają mi się uważnie jacyś ludzie. Byli to moi znajomi z kawiarni Dakowskiego. Szwagier właściciela i dwóch pianistów, którzy u nas koncertowali oraz mój kolega Rosjanin, Alkoff, mieszkający w Polsce. Natychmiast ulokowaliśmy się obok siebie. Codziennie rano wyprowadzano nas na spacer i codziennie ktoś inny sprzątał kibel. Każdego dnia zabierano kogoś na przesłuchania. Albo wracał pobity, albo nie wracał wcale. Po dwóch miesiącach ciągłego niepokoju, nagle rano wywołano nasze nazwiska i kazano zabrać miskę do jedzenia i łyżkę. Powiedziano nam, że jesteśmy wolni. Zwrócono nam depozyt i znaleźliśmy się nagle na wolności.".

Następnego dnia rano Witold Sadowy udaje się do kawiarni Dakowskiego, aby dowiedzieć się komu zawdzięcza zwolnienie. Tam dowiaduje się, że sprawę jego zwolnienia omawiał Witold Zdzitowiecki z przychodzącym do kawiarni, w charakterze gościa, austriackim muzykiem, którego wcielono do wojska niemieckiego.

"Chciałem temu Austriakowi bardzo podziękować, ale nie zdążyłem. Powiedziano mi, że wysłano go na front.".

U Dakowskiego Witold Sadowy pracuje jeszcze przez krótki okres. Spotyka bowiem swoją koleżankę ze szkoły teatralnej Stefanię Wysokińską-Wajzner. Dostała od Niemców licencję na prowadzenie małego sklepu przy ulicy Marszałkowskiej (róg Hożej).

"Zaangażowała mnie w charakterze sprzedawcy. Sama całymi dniami krążyła gdzieś po mieście i szukała kontaktu, aby uwolnić męża, który siedział na Pawiaku. A ja zajmowałem się sklepem. Potem dostałem kolejną pracę, najpierw w charakterze gońca, a następnie spedytora w niemieckiej firmie transportowej Hartwig. Pracowałem tam do wybuchu Powstania Warszawskiego.".

W czasie okupacji brat Witolda Sadowego, Stefan, zarabia jeżdżąc rikszą, a ojciec Stanisław, nadal prowadzi zakład fotograficzny.

"W lipcu 1944 roku obaj znikają. Najpierw Stefan, a potem mój ojciec. Obaj byli członkami Armii Krajowej. Zginęli tragicznie, w trakcie Powstania Warszawskiego, 13 września 1944 roku, podczas bombardowania szpitala przy ulicy Śniadeckich. Wtedy to leżącego tam Stefana odwiedził mój tata. Bratu urwało nogę, ojca bomba zabiła na miejscu. Stefan miał zaledwie 20 lat, a tata 55.

Przed wybuchem Powstania, w końcu lipca roku 1944, czuło się w Warszawie niepokój i nerwowość. Zaczynało wszystkiego brakować, a w szczególności jedzenia. Dokładnie I sierpnia po południu, Witold Sadowy, wraz ze swoim przyjacielem Jankiem Ryżowem, wyszli na ulicę i próbowali zdobyć jakiś pojazd, aby dostać się na stację kolejki, podążającej do Piaseczna. Chcieli tam zdobyć żywność.

"Tramwaje były przeładowane, riksze jeździły jak szalone, ale cudem udało nam się zdobyć jedną z nich. O godzinie 5. popołudniu, byliśmy już na stacji, kiedy zaczęły wyć syreny. Była to godzina "W", w której to wybuchło Powstanie Warszawskie. Ostatnią kolejką dostaliśmy się do Piaseczna. Tam spędziliśmy cały okres Powstania, mieszkając u przyjaciół, doktorostwa Welke. Nie mieliśmy żadnego kontaktu z najbliższymi. Niemal każdego dnia, w oddali, widzieliśmy dymy płonącej Warszawy".

Pewnego razu, wracając z targu, zatrzymali ich granatowi policjanci, wylegitymowali i zamknęli w ciemnej celi komisariatu. Nazajutrz rano załadowali ich do furgonetki i rozpoczęli wywóz do obozu w Pruszkowie.

"Konwojował nas jakiś Niemiec. Po drodze usiłowałem nawiązać z nim kontakt w języku niemieckim. Zaproponowałem mu złoty zegarek i złoty łańcuszek z krzyżykiem za uwolnienie nas. Nie odezwał się słowem. Po drodze samochód często się zatrzymywał. Konwojent legitymował idących po drodze ludzi i niektórych z nich wsadzał do ciężarówki. Krótko przed Pruszkowem przemówił do mnie czystą polszczyzną. Powiedział, że jest Volks Dutschem, że mieszka od dawna w Piasecznie i że pamięta nas, jak przychodziliśmy na plebanie do księdza. Oświadczył również: "Gdy dojedziemy do Pruszkowa rozkażę: lekarze na prawo, reszta na lewo. Wtedy staniecie po stronie lekarzy. Poczekajcie na nas. Jak będziemy wracać z ładunkiem chleba to zabierzemy was do Piaseczna, ale następnego dnia musicie z niego wyjechać.". Tak też zrobiliśmy. Ale o zegarku i krzyżyku nawet nie chciał słyszeć.".

Docierają do Piaseczna. Dostają wiadomość, że w Częstochowie znajdują się rodzice Janka. Jadą tam i odnajdują ich. Ze szczęścia postanawiają wspólnie wybrać się na Jasną Górę, aby podziękować Matce Boskiej. Wtedy to akurat następuje odsłonięcie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

"Odsłonięcie obrazu zrobiło na mnie tak ogromne wrażenie, że ze wzruszenia nie mogłem przestać płakać. Łzy płynęły mi po twarzy strumieniami... Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem!".

Po paru dniach, Witold Sadowy, dowiaduje się, że jego przedwojenny przyjaciel, dziennikarz Tadeusz Trepanowski, pracuje w niemieckiej gazecie wydawanej po polsku, w Krakowie. Tam też się udaje wraz z Jankiem. Odnajdują przyjaciela i mieszkają u niego przez kilka dni. W międzyczasie Tadeuszowi udaję się zdobyć legitymację dziennikarską w języku niemieckim z Hakenkreutzem (znakiem hitlerowskim). Wpisuje w nią imię i nazwisko Witolda Sadowego. Dzięki legitymacji Witold czuje się bezpieczniej i idzie na krakowskie Planty kupić gazetę. Znajduje w niej ogłoszenie: "Józefa Sadowa poszukuje swojego zaginionego syna Witolda, zamieszkałego w Warszawie." Na końcu widnieje adres w Tarnowie.

Nie mogąc uwierzyć w to szczęście, uradowany pędzi do domu. W międzyczasie niemieccy żandarmi otaczają Planty i rozpoczynają łapankę. Legitymują Witolda Sadowego. Na widok wyciągniętej legitymacji dziennikarskiej jeden z Niemców mówi: "To jest fałszywe!" i przekazuje ją kolejnemu. Tamten spogląda i rozkazuje: "Puścić go!".

Nazajutrz jedzie pierwszym pociągiem do Tarnowa. Wysiada na dworcu i znowu jest łapanka. Po raz kolejny legitymacja ratuje go przed aresztem. Udaje się odnaleźć mamę.

Janek dowiaduje się, że firma Brown Bowery, gdzie kiedyś pracował, organizuje filę w Łowiczu i szuka byłych pracowników. Udają się tam. W Łowiczu mieszkają we trójkę, aż do 17 stycznia 1945 roku, kiedy to dociera do nich wiadomość, że Warszawa jest wolna. Dwa dni później, 19 stycznia 1945 roku, po wielu trudnościach, wracają do Warszawy. Okazuje się, że mieszkanie przy ulicy Grzybowskiej, w którym Witold Sadowy mieszkał wraz z rodzicami przed Wybuchem Powstania, ocalało. Rozpoczynają tam nowe życie w ruinach Warszawy.

KARIERA AKTORSKA

W roku 1944 Jan Mroziński, znakomity przedwojenny łódzki aktor, zaczyna organizować życie teatralne na warszawskiej Pradze. Najpierw są to koncerty. Potem Mroziński odnajduje w zgliszczach warszawy egzemplarz dwuaktowej komedii Józefa Korzeniowskiego pt. "Majster i czeladnik", ale nie ma na wystawienie jej obsady. Wkrótce zgłaszają się do niego pierwsi aktorzy dramatyczni, a są to: Józef Zejdowski, Czesław Roszkowski, Helena Stępowska, Zygmunt Bończa-Tomaszewski, Julia Sokolicz-Arnoldtowa i Stanisława Kawińska.". Przystępuje z nimi do prób. 13 listopada 1944 roku w sali kina "Syrena" przy ulicy Inżynierskiej 4, dają pierwszą powojenną premierę w Warszawie.

Na początku lutego 1945 roku władze miasta wreszcie przydzielają Janowi Mrozińskiemu ocalały, trzeciorzędny kinoteatr "Popularny" przy ulicy Zamoyskiego 20, który pod nazwą Teatr m.st. Warszawy rozpoczyna działalność. Jest to tym samym pierwszy powojenny teatr na prawobrzeżnej części stolicy (dziś Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera). Natomiast w lewobrzeżnej części, 4 grudnia 1945 roku, otwarto scenę muzyczno-operową w dawnym teatrze Malickiej przy ulicy Marszałkowskiej 8 (obecnie TR Warszawa). Działalność teatru inauguruje opera "Pajace" Leoncavalla i Verbum Nobile Moniuszki.

"Dowiedziałem się, że na Pradze dyrektorem Teatru m.st Warszawy jest Jan Mroziński. Udałem się do niego po zamarzniętej lodem Wiśle, ponieważ wszystkie mosty leżały zburzone w wodzie. Zapytałem go, czy nie potrzebuje aktora. Wtedy to odparł: "Spadłeś mi z nieba. Chcesz być aktorem, to idź proszę do urzędu, zarejestruj się i czekaj na moje wezwanie". Tak też uczyniłem".

Witold Sadowy debiutuje rolą Florisa w sztuce Maurice`a Maeterlincka "Burmistrz Stylmondu", a przedstawienie odbywa się dokładnie w dniu zakończenia II wojny światowej, czyli 8 maja 1945 roku.

"Umowę podpisałem na 100 zł od spektaklu. Po próbie generalnej Mroziński podwyższył mi gażę do 150zł. Otrzymywałem również każdego dnia talerz zupy i bochenek chleba. Byłem szczęśliwy, ale wkrótce Mrozińskiego odwołano ze stanowiska dyrektora. 10 maja 1945 roku zdążył jeszcze otworzyć w lewobrzeżnej Warszawie Teatr Mały przy ulicy Marszałkowskiej (róg Hożej). Tam grałem w kolejnej sztuce "Obcym wstęp wzbroniony", autorstwa Heleny Buczyńskiej.".

W 1945 roku przyjeżdża do Warszawy Arnold Szyfman, po to, aby formułować zespół aktorski do, tym razem już nie jego prywatnego, lecz Państwowego Teatru Polskiego. Wszystkim zaangażowanym artystom Szyfman gwarantuje mieszkanie w domu aktora na Pradze przy ulicy Wileńskiej 13. Proponuje również współpracę Witoldowi Sadowemu. 17 stycznia 1946 roku następuje powojenne otwarcie Teatru Polskiego spektaklem "Lilla Weneda" w reżyserii Juliusza Osterwy z Elżbietą Barszczewską w roli tytułowej. Witold Sadowy gra w nim rolę Lechona syna Lecha.

"W zespole są najwybitniejsi przedwojenni aktorzy tamtych czasów. W spektaklu inauguracyjnym miałem zaszczyt grać z Elżbietą Barszczewską, Seweryną Broniszówną, Leokadią Pancewicz-Leszczyńską, Gustawem Buszyńskim i Wojciechem Brydzińskim. Młodych reprezentowali: Renata Kosobudzka, Krystyna Królikiewicz, Sławek Gliński i ja.".

Widząc jednak, że nie ma tam większych możliwości rozwoju, Witold Sadowy wraca do Miejskich Teatrów Dramatycznych, których dyrektorem nie jest już Jan Mroziński, a Eugeniusz Poreda. W skład MTD wchodziły:

Teatr Powszechny na Zamoyskiego 20

Teatr Mały przy ul. Marszałkowskiej 81

Teatr Jaskółka przemianowany 8 listopada 1947 na Teatr Miniatury

Teatr Comoedia przy ul. Szwedzkiej 2

Teatr Rozmaitości przy ul. Marszałkowskiej 8

W kolejnych okresach kariery, Witold Sadowy, grywa w wielu teatrach warszawskich, które często zmieniają nazwę, pozostając w tych samych budynkach, a są to: Teatr Nowej Warszawy, Teatr Młodej Warszawy i Teatr Rozmaitości. Gra też w Teatrze Klasycznym, który otwarto w roku 1957, w Pałacu Kultury i Nauki, a potem przemianowano na Studio. Kolejne jego teatry to Teatr Nowy przy ulicy Puławskiej 39 i Teatr Ateneum.

Wszędzie tam występuje z najwybitniejszymi artystami, takimi jak: Mieczysława Ćwiklińska, Maria Dulęba, Janina Romanówna, Zofia Lindorfówna, Kalina Jędrusik. Jerzy Leszczyński, Gustaw Buszyński, Jan Kreczmar, Antoni Rożycki, Andrzej Bogucki czy Andrzej Kopiczyński.

Gra także gościnnie w Teatrze Wojska Polskiego przy ulicy Królewskiej (tu gdzie obecnie stoi Hotel Sofitel - dawna "Wiktoria") w "Żołnierzu królowej Madagaskaru" Tuwima, z wielką Mirą Zimińską-Sygietyńska w roli Kamilli i Ludwikiem Sempolińskim jako Mazurkiewiczem, w reżyserii Janusza Warneckiego.

W Miejskich Teatrach Dramatycznych występuje również, w najważniejszych rolach swojego życia. Wśród nich jako: Adaś Cisowski w "Szatanie z siódmej klasy" Makuszyńskiego, Chłopiec z deszczu w "Dwóch Teatrach" i Jan w "Żeglarzu" Szaniawskiego, Młody Mącki w "Żołnierzu królowej Madagaskaru" Tuwima, Oktaw w "Nie igra się z miłością" Musseta, Walentyn w "Dwóch panach z Verony" i Poeta w "Tymonie Ateńczyku" Szekspira, Albin w "Ślubach panieńskich" Fredry, Marchbanks w "Candidzie" Shaw`a, Olivier w "Szczęśliwych dniach" Puget`a, Włodek w "Teorii Einsteina" Cwojdzińskiego, Dziadzio w "Żabusi" Zapolskiej, Żewakin w "Ożenku" Gogola i wielu innych.

Karierę aktorską kończy w Teatrze Rozmaitości rolą Feldmarszałka w sztuce Zygmunta Nowakowskiego "Gałązka rozmarynu", w roku 1988, w drugim dniu świąt Bożego Narodzenia. Nazajutrz teatr płonie. Do dziś przyczyny pożaru są niewyjaśnione.

Przez 10 lat, od 1996 roku, Witold Sadowy, prowadzi amatorski teatr Adama Mularczyka w Filadelfii, gdzie uczy aktorstwa oraz reżyseruje takie spektakle jak: "Werbel domowy" Gregorowicza, "Jasełki" Anonima, "Grube ryby" Bałuckiego, "Porwanie Sabinek" Tuwima i "Słomkowy kapelusz" Labichea, które to przedstawienie kończy jego następczyni Helena Morawska-White. Potem już tylko z Warszawy daje uwagi i wynajduje sztuki dla Zofii Mularczykowej, która ten teatr prowadzi do dzisiaj.

Od roku 1945, Witold Sadowy, należy do Związku Artystów Scen Polskich, a w roku 1999 otrzymuje tytuł "Zasłużonego Członka ZASP-u". Jego legitymacja nosi numer 145.

KARIERA PUBLICYSTYCZNA

W latach 80-tych, Witold Sadowy, rozpoczyna karierę publicystyczną. Najpierw pisuje felietony teatralne w warszawskich gazetach: "Życiu Warszawy", "Życiu Codziennym", "Słowie", "Expressie Wieczornym". Jego teksty ukazują się również w nowojorskiej gazecie "Nowy Dziennik". Następnie na wiele lat wiąże się z "Gazetą Wyborczą" i "Życiem na Gorąco".

Odkąd regularnie pisze o zmarłych artystach, wszyscy żartobliwie nazywają go "Pogrzebaczem", którą to nazwę, zresztą, sam sobie wymyślił. Po czasie nazwano go też "Haronem", który to pseudonim bardzo mu się spodobał.

Rozpoczyna także współpracę z największym polskim internetowym wortalem o kulturze E-teatr.pl.

Jest autorem sześciu książek:

"Teatr, plotki, aktorzy: wspomnienia zza kulis" (1994)

"Teatr, za kulisami i na scenie" (1995)

"Ludzie teatru. Mijają lata, zostają wspomnienia" (2000)

"Czas, który minął" (2009)

"A życie toczy się dalej" (2016)

"Jedyne, co mi zostało: Pamięć" (2018)

Witold Sadowy został uhonorowany wieloma nagrodami i odznaczeniami, a wśród nich:

Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis

Specjalną statuetką Feliksa Warszawskiego za całokształt twórczości

a przede wszystkim Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski nadanym przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.

OBECNIE

Witold Sadowy ma dziś 99 lat i jest najstarszym członkiem ZASP-u, najstarszym publicystą piszącym o teatrze oraz najstarszym żyjącym polskim aktorem.

Jego największym darem od losu jest genialny umysł, który funkcjonuje jak najwyższej mocy i klasy komputer. Pamięć ma fenomenalną. O wydarzeniach ze swojego życia opowiada z dokładnością co do dnia, a nawet godziny. Ma ogromne wiadomości o historii teatru. Pamięta wszystkie spektakle, w których grał i które widział - wraz z obsadami oraz twórcami. Z niesłychaną precyzją przytacza życiorysy zarówno artystów, jak i swoich przyjaciół, uprawiających wszelakie dziedziny życia.

W związku z tym, że nigdy nie kłamie, stał się autorytetem dla całego środowiska artystycznego.

Obecnie, pomimo tego, że często bolą go nogi i coraz gorzej chodzi, niemal każdego dnia schodzi z trzeciego piętra kamienicy na warszawskim Mokotowie, gdzie mieszka, i udaje się na różnego rodzaju wydarzenia kulturalne - od spektakli dramatycznych, operowych, baletowych, operetkowych, poprzez wizyty w filharmonii, aż po wszelkiego rodzaju artystyczne uroczystości. Na szczęście ma wokół siebie ogromną ilość przyjaciół. To właśnie oni zawożą go na te wydarzenia. To oni odwiedzają go niemal każdego dnia. Telefon, w domu Pana Witolda dzwoni non stop.

Niestety Witold Sadowy także coraz gorzej widzi, lecz i to nie zniechęca go do nieustannego czytania gazet oraz książek. Interesują go nie tylko sprawy związane ze sztuką, ale również związane z przyrodą, polityką, postępem cywilizacyjnym czy zmianami w świecie współczesnym.

Jest człowiekiem, który ciągle się uczy i idzie z duchem czasu. Znakomicie posługuje się komputerem. Imponuje mi, gdy widzę go siedzącego przy dwóch ekranach komputerowych, które obsługuje równocześnie z wielką swobodą, a jeszcze w trakcie pisze SMS-y.

Każdego dnia, Witold Sadowy, odpisuje na dziesiątki maili. Pisze wspomnienia o ciągle odchodzących z naszego świata ludziach sztuki. Recenzuje oglądane spektakle. Wszystkie jego teksty przedrukowywane są na największym wortalu internetowym o kulturze www.e-teatr.pl.

Na komputerze napisał kilka ze swoich książek, a pomimo, że 9 grudnia 2018 roku w Och-Teatrze Krystyny Jandy, odbyła się promocja najnowszej jego książki - i jak kiedyś mi wspomniał ostatniej - to oczywiście już zaczął pisać kolejną... na szczęście!

PRYWATNIE

Prywatnie jest człowiekiem kochającym ludzi. Wielce gościnnym. Dawniej często podróżującym. Bardzo lubi kwiaty, które nieustannie w dużych ilościach ozdabiają jego mieszkanie. Jest zawsze pogodny, nawet gdy mówi o czymś, co mu się nie podoba. Bez teatru i artystów nie potrafi żyć.

SŁOWO OSOBISTE

Witolda Sadowego poznałem w warszawskim Teatrze Powszechnym, 14 maja 2012 roku. Wtedy to odbył się Benefis Pana Witolda w związku z jego 92. urodzinami. Pamiętam ten wieczór doskonale, gdyż zachwycony byłem występem przyjaciół Jubilata, znakomitych polskich artystów, takich jak: Adrianna Godlewska, Irena Santor, Teresa Lipowska, Emilia Krakowska, Barbara Krafftówna, Zofia Kucówna, Halina Kunicka, Lidia Sadowa, Krzysztof Szuster, Czesław Majewski, Marek Barbasiewicz, Ignacy Gogolewski, Jerzy Połomski i Wiesław Ochman.

Jednak przede wszystkim oczarował mnie sam Jubilat swoją przepiękną i niezwykle mądrą przemową. Mówił o tym jak sztuka jest mu bliska i jak szczególnie należy o nią dbać. Poruszał także tematy dotyczące wartości jakimi w kulturze teatralnej powinniśmy się kierować oraz sensu istnienia sztuki, a także bezsensu jej lekceważenia przez współczesnych pseudorealizatorów, pseudotwórców i pseudoartystów. Prezentował to, co o dawnym i obecnym kierunku sztuki myślałem i nadal myślę. Wtedy to zamarzyłem poznać bliżej tego niezwykłego człowieka.

Rok później spotkaliśmy się w Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie, na odbywającym się tam corocznym spotkaniu wigilijnym.

Po raz trzeci, przypadkowo, siedzieliśmy obok siebie na Koncercie Noworocznym, połączonym z jubileuszem 55-lecia pracy artystycznej Wiesława Ochmana, który odbył się 1 stycznia 2014 roku, w warszawskiej Filharmonii Narodowej.

Minęły kolejne 3 lata. Już z powodu kontuzji przestałem tańczyć i całkowicie poświęciłem się promowaniu sztuki oraz dziennikarstwu kulturalnemu. 28 listopada 2017 roku odbył się Benefis Wiesława Ochmana z okazji 80-tych urodzin Mistrza w warszawskim Teatrze Wielkim-Operze Narodowej, na którym to przemawiałem. Po koncercie, wraz ze swoim przyjacielem Krzysztofem Szusterem, przyszedł za kulisy sam Witold Sadowy, który podszedł do mnie z gratulacjami. Dał mi swoją wizytówkę i poprosił żebym się do niego odezwał. Nazajutrz z samego rana zadzwoniłem i od tamtego momentu dzwonię niemalże codziennie.

Wtedy to zaczęła się nasza przyjaźń. Rozmawiamy czasem kilka razy dziennie. Staramy się najczęściej, jak to tylko możliwe spotykać. Podczas rozmów poruszamy wszystkie tematy. Dużo mówimy o świecie, jednak głównie o naszej największej pasji - sztuce. Rozmawiamy o tym, co w teatrach dzieje się dobrego i co nigdy nie powinno mieć miejsca. O tym jak ważni są artyści i jak bardzo powinni być szanowani. Wymieniamy się spostrzeżeniami na temat jakości konkretnych występów czy poziomu spektakli. Często Pan Witold zaprasza mnie na różnego rodzaju wydarzenia kulturalne, a zaproszeń otrzymuje mnóstwo. Wszędzie, gdzie się pojawia, witany jest z wielkim szacunkiem i honorami.

Pan Witold posiada dwie cechy, które prawdopodobnie najbardziej cenię u ludzi, a są nimi: pełna uczciwość i prawdomówność. Dzięki nim, a także nieustającej, ogromnej pracowitości, stał się jednym z najważniejszych w całej polskiej historii strażników prawdy o świecie artystycznym.

Jest także strażnikiem pamięci ogólnie o świecie i czasach, w których żył. Bardzo nie lubi przekłamywania historii dla własnych korzyści. Odnosi to czasem do koloryzujących swoje kariery artystów, ale głównie do polityków. Kiedyś powiedział mi:

"Gdy artyści przekłamią swój życiorys, to jest czasem zabawne, czasem denerwujące, ale na pewno niegroźne, lecz gdy słucham polityków, którzy mając znacznie mniej lat ode mnie i mówią kłamstwa o czasach, które doskonale pamiętam, bo w nich żyłem, to czuję się tak, jakbym nigdy nie żył. I to już jest groźne!".

Pan Witold równie często, martwi się o upadający poziom języka polskiego, zarówno w piśmie, jak i w mowie. Często stwierdza:

"Ludzie zaczęli mówić bardzo niewyraźnie, jakimś slangiem, skrótami, spolszczonymi angielskimi wyrazami, półsłówkami i pół zdaniami. A najgorsze, że to wszystko odnosi się również do dużej części młodych aktorów. Gdy oglądam ich w spektaklach czy nowych filmach, po prostu często ich nie rozumiem. Przecież słowo to podstawa aktorstwa!".

Witold Sadowy stał się dla mnie autorytetem. Podziwiam go za jego radość życia. Za mądre podejście do świata. Za siłę woli i siłę codziennego przezwyciężania fizycznych trudności. Za miłość do ludzi. Za błyskotliwość. Za dystans do siebie i za inteligentne poczucie humoru. Kiedyś powiedziałem komplement: "Panie Witoldzie, świetnie Pan wygląda!", usłyszałem odpowiedź: "Bo ja na twarz nie choruję!".

Dziękuję Panie Witoldzie za to, że mogę z Panem rozmawiać. Dziękuję za chęć przekazywania mi swojej bezcennej wiedzy. Dziękuję za możliwość poznawania Pańskich przeuroczych przyjaciół. Dziękuję za utwierdzanie mnie w wartościach, jakie niesie ze sobą zarówno życie codzienne, jak i nasza pasja, czyli sztuka. Dziękuję za ciepło, którym mnie Pan, na co dzień, obdarowuje. A przede wszystkim dziękuję za to, że obdarzył mnie Pan swoim zaufaniem.

W dniu 99-tych urodzin, życzę Panu, jak najdłuższego życia w zdrowiu. Żeby wzrok się Panu polepszał, słuch poprawiał, a przede wszystkim żeby Pana nogi przestały boleć, bo wtedy sobie potańczymy. I w ogóle wszystkiego tego, co się zwie szczęściem!

Wielbiący Pana...

Oskar Świtała