#Dwutygodnikzostaje

- Dostajemy głosy od czytelników z mniejszych miejscowości. Piszą, że "Dwutygodnik" to dla nich jedyna forma obcowania z kulturą. Do teatru nie jeżdżą, do kina nie chodzą, a pismo mogą poczytać - mówi Zofia Król, redaktorka naczelna magazynu, który niedawno stracił publiczną dotację.

«Naczelna "Dwutygodnika": Mamy wsparcie od czytelników, ale to nie oni powinni płacić za treści jak te, które publikujemy. To rola państwa

*20 grudnia 2018 r. na swoim profilu na Facebooku redakcja "Dwutygodnika" napisała:

"Informujemy, że 31 grudnia dotychczasowy wydawca Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny wstrzymuje publikowanie Dwutygodnika. Planujemy w tej chwili, gdzie i w jakiej formie kontynuować pismo, które prawie od dekady komentuje kulturę, stanowi wolną przestrzeń myślenia i pisania. Rozmowy trwają. Bardzo dziękujemy za wszystkie napływające do nas słowa wsparcia i otuchy".

*"Dwutygodnik", najważniejsze w sieci miejsce w całości poświęcone (nie tylko polskiej) kulturze, powstał w 2009 r. Pierwszym redaktorem naczelnym był Tomasz Cyz. Ukazały się 253 numery pisma. Decyzję o wstrzymaniu dofinansowania podjął dyrektor FINA Dariusz Wieromiejczyk. Wywołała ona protest artystów, czytelników, ludzi kultury.

Z Zofią Król, naczelną zagrożonego likwidacją magazynu Dwutygodnik.com, rozmawia Michał Nogaś

Michał Nogaś: Ciężko byłoby, gdyby to był koniec "Dwutygodnika".

Zofia Król: Od jakiegoś czasu trochę się tego spodziewaliśmy. Od dawna wiedzieliśmy, że może to nie jest najlepszy moment na nasze istnienie, że nasza linia programowa nie jest do końca zgodna z tym, co się dzieje w Polsce w tej chwili, ale przez dłuższy czas to się udawało. Natomiast niedawno okazało się, że w końcu grudnia Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny kończy finansowanie pisma.

Mimo to mamy wielkie nadzieje, że uda się jednak zachować je w jakiejś formie. Otrzymaliśmy gigantyczne wsparcie: autorzy deklarują, że będą do nas pisać za darmo, czytelnicy, że będą płacić za treści, ci, którzy mają jakieś pieniądze, że chętnie nam pomogą. Jednak to są rozwiązania na chwilę. Wydaje mi się, że nie ma miejsca dla "Dwutygodnika" poza publiczną instytucją kultury. Jesteśmy po rozmowach z kilkoma instytucjami, ale na razie nie możemy o tym mówić, bo nic nie jest jeszcze przesądzone. Mam nadzieję, że pod koniec stycznia coś już będzie wiadomo.

Dlaczego nie ma poza publiczną sferą miejsca na takie przedsięwzięcia jak wasze?

- Crowdfunding czy pieniądze sponsorów mogą przez jakiś czas pomóc pismu istnieć. Ale konieczna jest pewna stabilność, stałość dofinansowania - publiczne pieniądze umożliwiają jakościowe pisanie o kulturze, także tej najbardziej niszowej. I maksymalnie szerokie, darmowe, demokratyczne dojście do czytelnika. Dostajemy głosy od czytelników z mniejszych miejscowości. Piszą, że to dla nich jedyna forma obcowania z kulturą, do teatru nie jeżdżą, do kina nie chodzą, ale pismo mogą poczytać.

Studenci kierunków humanistycznych także już nie sięgają po papierowe gazety czy kwartalniki. A "Dwutygodnik" można czytać w sposób spójny z naszą codziennością. Siedzisz rano, pijesz kawę, przeglądasz pocztę, Facebooka - i otwierasz sobie odpowiednią zakładkę, przeczytasz dwa artykuły, wieczorem znowu dwa. Taka forma obcowania z kulturą wydaje mi się najbardziej przyszłościowa.

Było coś budującego w tym, że kłopoty pisma, umówmy się, niszowego, skierowanego do elitarnego czytelnika, zrodziły tak szeroki ruch poparcia i wzburzenia tym, że "Dwutygodnik" może zniknąć. Ludzie, którzy nie zarabiają kokosów, mówili, że będą je wspierać.

- Skala protestów nas zaskoczyła. Wiedzieliśmy, że mamy grono czytelników, którzy będą nas bronić, grono autorów, którzy będą chcieli nadal do nas pisać, ale nie sądziliśmy, że to będzie tak szerokie i tak intensywne.

Rzeczywiście, pierwszych kilka dni po informacji, że "Dwutygodnik" traci finansowanie, to było szaleństwo. Na Messengerze dostawałam wiadomości co trzy sekundy, telefon się urywał, z tym samym spotkali się wszyscy nasi współpracownicy. Ogrom zainteresowania, wsparcia, jakie dostaliśmy, był niewiarygodny.

Poprosiliśmy kilkoro naszych autorów i ludzi, którzy nas lubią czytać, o krótkie opinie o "Dwutygodniku", które umieściliśmy w pożegnalnym tekście "Do zobaczenia". Chcieliśmy pokazać, że to nie tylko nasze zdanie, że "Dwutygodnik" nieźle się udał.

Dorota Masłowska napisała, że nie jesteśmy pokoleniem Pepsi ani ChaiMate, tylko "Dwutygodnika". Marcin Wicha napisał o strukturze stron, że to jest jedna z pierwszych gazet, które stworzyły prasę internetową na takim poziomie, także wizualnym. Bartłomiej Chaciński, że nawet się nie zorientował, kiedy "Dwutygodnik" stał się najważniejszym medium o kulturze w Polsce.

Nie spodziewaliśmy się, że jesteśmy dla tak wielu ludzi ważnym światem. I byłoby to wspaniałe, gdyby nie odbywało się w tak smutnych okolicznościach.

Powiedziała pani o waszej linii programowej. "Dwutygodnik" ma jakąś linię polityczną?

- Sztywnej linii nie ma, ale dzisiaj trudno pisać o kulturze bez polityki i my na to autorom pozwalamy. To jest pismo mocno autorskie. Staramy się z autorów wyciągać to, co najlepsze, i nie stawiać im żadnych granic, więc jeśli ktoś, pisząc np. o konkretnej wystawie, chce powiedzieć, że sytuacja muzeów jest dzisiaj w Polsce fatalna, bo kogoś z jakiegoś muzeum wyrzucili, to po prostu to mówi. Zdaje mi się, że nasza linia polityczna wynika nie tyle z jakiegoś założenia, ile z poglądów ludzi, którzy do nas piszą. To jest szerokie środowisko, ale jednak z pewnością nie prawicowe. Raczej piszą do nas ludzie o poglądach lewicowych, bo też...

...kultura jest raczej lewicowa.

- Długo mi się wydawało, że można obronić obecność "Dwutygodnika" jako medium niepolitycznego, ale jak widać dla niektórych to za mało.

Właściwie dlaczego FINA wstrzymała dotowanie waszego pisma?

- Oficjalnym powodem jest zmiana programowa w Filmotece Narodowej. FINA, powstała z jej połączenia z Narodowym Instytutem Audiowizualnym (NINA), idzie podobno bardziej w kierunku filmowym.

I ludzie kierujący FINA nie zdają sobie sprawy z tego dobra, jakie mają w postaci "Dwutygodnika"?

- W tej chwili chyba nie do końca, ta instytucja z nowym, prawicowym dyrektorem poszła bardzo na prawo. Zresztą myśmy zawsze byli trochę z boku instytucji - na szczęście, bo takie pismo nigdy nie mogłoby powstać jako fragment instytucji. Od samego początku powstawało w partyzanckich warunkach. Bywały okresy, kiedy redaktorzy nie dostawali wynagrodzenia, krótkie przerwy w dofinansowywaniu, ale zawsze pracowaliśmy pełną parą, bo to było dla nas czymś więcej niż pracą. Redakcja miała swój pokój w siedzibie instytucji, ale nigdy nie byliśmy do tej instytucji całkowicie wcieleni. Myślowo, merytorycznie zawsze byliśmy niezależni, tylko tak to się mogło udać.

Próbowaliście przekonać Dariusza Wieromiejczyka, dyrektora FINA, żeby się rozmyślił?

- Nie, ale ucieszyłam się z deklaracji, że przekaże nas innej instytucji, jeśli taka się pojawi. Czekamy. Mamy nadzieję, że to się wydarzy. I że w jakiejś formie to całe środowisko, zaplecze, energię uda się uratować.

Jak to się w ogóle stało, że taki fenomen jak "Dwutygodnik" wykwitł na polskim rynku mediów?

- W 2009 r. Michał Merczyński, ówczesny dyrektor Polskiego Wydawnictwa Audiowizualnego (przekształconego później w Narodowy Instytut Audiowizualny), przyjął do pracy Tomasza Cyza i ten przekonał go, że warto założyć w internecie pismo poświęcone kulturze.

Cyz zaprosił do współpracy mnie i grono innych redaktorów, z których część nadal należy do redakcji. Udało nam się zdobyć ważne nazwiska: od początku pisały do nas Małgorzata Łukasiewicz czy Maria Poprzęcka, ale przez pierwsze lata to był niszowy projekt. Z roku na rok było coraz lepiej: jeśli spojrzeć na statystyki od samego początku do dziś, to jest to stale rosnąca krzywa.

Wiele elementów miało na to wpływ. Od początku staraliśmy się być niehermetyczni, pisać dla szerokiego grona czytelników, żeby nawet teksty o poezji czy o współczesnym teatrze były atrakcyjne. Ważny był też chyba moment stworzenia w 2013 r. działu "Obyczaje", obok tradycyjnych dziedzin, takich jak teatr, literatura, muzyka, film, sztuka. Ten nowy dział powstał jako próba opowieści o świecie codziennym.

O zjawiskach.

- Tak, już poza interpretacją dzieł sztuki, ale z tym samym autorskim zapleczem narzędzi do opowiadania o tych zjawiskach. Poprosiliśmy ludzi, którzy na co dzień zajmują się sztuką, o opowieść o tym, co widzą, o świecie mediów, o codzienności, świecie relacji międzyludzkich. I to się chyba udało. Okazało się, że w ten sposób można uzyskać zupełnie inny poziom mówienia o świecie niż w publicystyce. Z tego powstała wydana wspólnie z wydawnictwem Czarne książka "Delfin w malinach. Snobizmy i obyczaje ostatniej dekady". Stała się próbą pomyślenia o najwspółcześniejszej współczesności, świecie, który dosłownie mija na naszych oczach.

Ale też od początku mieliśmy dział media, poświęcony kwestiom związanym z nowymi technologami. Równolegle z książkami uznanych autorów komentowaliśmy powieści debiutantów, robiliśmy wywiady z zagranicznymi sławami, ale także, a nawet przede wszystkim, z ich tłumaczami. Mieliśmy też cykle "Projekt spektakl", "Projekt książka" i numer tematyczny "Rzemieślnicy Kultury" - opowiadały o zapleczu powstawania dzieł sztuki, o twórcach, których nazwiska nie pojawiają się na plakatach, o korektorkach, drukarzach, scenografach i choreografkach.

W cyklu "Inne przyjemności" poprosiliśmy z kolei autorów, których cenimy, o napisanie o czymkolwiek, o tym, co ich ciekawi poza życiem zawodowym. Paweł Dunin-Wąsowicz napisał nam o makietach miast, które go kręcą, Iwona Kurz o przecinku. To była świetna konstelacja tekstów o rzeczach kompletnie od czapy.

Mogłabym powiedzieć tak jak Bartłomiej Chaciński: nie wiem, kiedy to się stało, ale "Dwutygodnik" stał się nagle ważnym medium. Istotne było także to, że jako zespół bardzo się przyjaźnimy, jesteśmy ze sobą blisko i nieustannie się nawzajem pilnujemy. Kiedy tylko ktoś zaczyna odjeżdżać w jakiś banał, w zbyt powierzchowne myślenie o temacie, natychmiast ktoś inny mówi: "Hej, no co ty, to nie u nas, zróbmy to po naszemu". I chyba też nikt z nas nie stawia bardzo mocno na własną karierę.

Jak to się udało osiągnąć? Czasy temu nie sprzyjają.

- Nie wiem. Funkcjonujemy na zasadach pewnego wspólnego poczucia humoru, wspólnej ironii wobec świata, podważania utartych sposobów mówienia o kulturze. Stawiamy nie na własne kariery, ale raczej na robienie razem czegoś, co ma najwyższą jakość.

Daliście szanse wielu takim, którzy potem wyszli z "Dwutygodnika" i stali się uznanymi krytykami i nie tylko.

- Tak, od początku wspieraliśmy debiutantów, choć uznane nazwiska są potrzebne na starcie pisma, zwłaszcza internetowego. W 2009 r. wiele osób nie traktowało nas poważnie: jakieś pisemko internetowe, czegoś tam chce... Mieliśmy problemy z uzyskaniem akredytacji, zgody na wywiady, komentarze. Ludzie uważali, że jesteśmy bandą dzieciaków, która usiłuje robić coś tam w internecie, wtedy rzeczywiście zresztą tak trochę było.

Te uznane nazwiska pozwoliły nam na okrzepnięcie i zaproszenie innych autorów, od początku było bardzo ważne, żeby startowali u nas debiutanci, żeby pisali do nas ludzie, którzy do tej pory nie udzielali się specjalnie w mediach. I jest kilkanaście takich osób, które od początku swoje kariery budowały razem z nami. W 2009 r. ich głos nie był zbyt donośny, a w tej chwili jest ważny. Jest coś w tym, co napisała Masłowska: pewna część pokolenia kształtowała się na tym piśmie i razem z nim rosła.

Jakie to pokolenie ma cechy wspólne?

- Chcemy mówić o kulturze w sposób precyzyjny i wolny od efekciarstwa - prosty, daleki od zabiegów promocyjnych. Wydaje mi się, że jesteśmy pokoleniem bardzo już zmęczonym promocyjną formą mówienia o kulturze. I zmęczonym banałem, który w mediach mainstreamowych bardzo często na temat kultury się pojawia. W języku, którego próbujemy w "Dwutygodniku" używać, stawiamy na prostotę, na intensywną jakość słowa: to ma być słowo, które adekwatnie coś opowiada, a nie takie, które krąży w reklamowo-promocyjnych rejonach, i też nie takie, które próbuje publicystycznie coś spłaszczyć. Język jest dla nas bardzo ważny.

A pokolenie? To jest pokolenie, które jako pierwsze siedzi mocno w internecie, niespecjalnie robiąc z tego wielkie halo. Kiedy przygotowywaliśmy książkę "Delfin w malinach", postanowiliśmy nie umieszczać w niej osobnego rozdziału o mediach, bo dla nas media nie są osobnym rozdziałem życia - to coś, co przenika każdy dzień.

W tym sensie wydaje mi się, że "Dwutygodnik" jako internetowa forma pisania o kulturze, z cechami językowymi, o których mówiłam, tworzy całość, która dobrze się sytuuje w naszej codzienności. Sposób obcowania z kulturą się zmienił. Większości ludzi - ja też mam z tym kłopot - brakuje dwóch godzin dziennie, żeby usiąść i poczytać książkę.

Większość tych dwóch godzin nie ma.

- Można to robić w nocy, świat dzienny nie pozwala na takie skupienie, nie ma na to czasu. Czas jest poszatkowany. Świetny tekst o kulturze jesteś w stanie przyswoić, a już grubego kwartalnika nie. To jest kwestia wejścia w pewną formę mówienia o kulturze, która pasuje do dzisiejszych możliwości.

Ważne jest dla nas też coś jeszcze: współpraca redaktor - autor. Dziś w mediach słabo to funkcjonuje. Mało autorów liczy na wsparcie redaktora w przypadku swoich kłopotów, także merytorycznych. My się staraliśmy wchodzić z autorami w intensywne relacje. Z jednego autora musisz wyciągać tekst, drugiemu pozwolić, żeby pisał, co chce, trzeciego musisz powstrzymywać, do czwartego zadzwonić kilkanaście razy. Tekst Krzysztofa Środy o zbieraniu śmieci na plaży, jeden z najbardziej popularnych u nas ostatnio, powstawał od pierwszego pomysłu przez pół roku. Odbyłam z autorem liczne rozmowy telefoniczne. Ten tekst został wypracowany w bardzo długim przebiegu i było warto, okazał się jednym z najmocniejszych esejów, jakie w poprzednim roku opublikowaliśmy.

Te relacje z autorami są dla mnie osobiście ważne. Tego by mi brakowało, gdyby "Dwutygodnik" naprawdę miał się skończyć, co - mam nadzieję - się nie wydarzy. Ta konstelacja ludzi, którzy się wokół nas zgromadzili, te relacje to jest coś niewiarygodnie ważnego i tak naprawdę pismo to jest ta konstelacja, ta sieć. Choć ona musi mieć jakąś przestrzeń, żeby zaistnieć.

Trzeba podejmować redaktorskie ryzyko, zamawiać teksty, które być może się nie udadzą. To komfort, na który można sobie pozwolić tylko w internecie, bo łamy są przestrzennie nieskończone. A dotacja publiczna daje konieczne zabezpieczenie finansowe.

No i komfort polegający na tym, że nie trzeba się ścigać z innymi mediami.

- Właśnie. Chociaż nie jest też tak, że nie zwracamy uwagi na klikalność. Gdybyśmy w ogóle zapomnieli o czytelniku, bylibyśmy pismem ludzi, którzy czytają tylko siebie nawzajem. Statystyki trzeba brać pod uwagę, choć tylko do pewnego stopnia. Nie można się nimi zanadto przejmować, jeżeli podstawowym założeniem jest tworzenie jakościowych treści. Trzeba patrzeć, co ludzie czytają, ale pisać też o rzeczach niszowych.

Ile pieniędzy potrzeba, żeby "Dwutygodnik" trwał?

- Można sobie wyobrazić różne scenariusze, ale jesteśmy tańsi od pism patronackich, bo one są drukowane. My kosztujemy grubo poniżej miliona.

Ideałem jest taki szeroki zamach, jaki mogliśmy mieć do tej pory, bo dzięki temu można trafiać do bardzo różnych ludzi z bardzo różnych dziedzin. I możemy te różne dziedziny ze sobą mieszać.

I jak widać po reakcji ludzi, którzy zgłosili się z pomocą dla was, kiedy okazało się, że FINA wstrzymała wam finansowanie, ta mieszanka im odpowiada.

- Ten odzew to coś wspaniałego. Wydaje się nam jednak, że nie jest rolą czytelników płacenie za takie treści jak te, które proponujemy. To jest rola państwa.

**

Zofia Król krytyczka i historyczka literatury, redaktorka naczelna magazynu internetowego Dwutygodnik.com»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego