powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Podsumowanie 2018 roku w kulturze

Szturm tańców na galerie sztuki, folkofobia i folkofilia, ucieczki od niepodległości, pomieszanie języków w prozie i poezji, powódź RODO-spamu i świetne piosenki o przegrywie. Redaktorzy "Dwutygodnika" wskazują najważniejsze trendy i wydarzenia mijającego roku.

LITERATURA

1. Kapryśny strumyk debiutów

Mijający rok nie obrodził debiutami. A przecież po serii świetnych tytułów z 2017 roku, które regularnie pojawiały się na listach nominacji do najważniejszych nagród literackich, apetyty się wyostrzyły. Tymczasem spośród największych wydawnictw zajmujących się literaturą piękną na wydanie debiutów zdecydowały się tylko W.A.B. ("Stopa od nogi" Marty Kozłowskiej ) i Czarne ("Brzuch Matki Boskiej" Marty Handschke). Coraz więcej uniwersytetów uruchamia studia z kreatywnego pisania, a w ostatnich latach pojawiły się dwie nagrody, Conrada i Gombrowicza, przeznaczone właśnie dla debiutantów, ale z jakiegoś powodu nie przekłada się to na regularne dopływy świeżych głosów. Może to efekt drenażu mózgów - odpływających do lepiej opłacalnych branż - a może oznaka tego, że literatura przestaje być dla młodszych twórców atrakcyjnym medium. Świetny rok z debiutantami zaliczyło jednak wydawnictwo Nisza, publikujące niewiele, ale raczej z sensem. Zachęcające recenzje zebrały "Tłuczki" Katarzyny Wiśniewskiej i "Lekcje kwitnienia" Katarzyny Pochmary-Balcer, a znakomite "Fragmenty dziennika SI" Łukasza Zawady zdobyły już autorowi nominację do Paszportów "Polityki". Świetny debiut, "Psy ras drobnych" Olgi Hund, wydał też Ha!art. Rolę akuszerów nowej literatury biorą więc na siebie oficyny mniejsze, skłonne do eksperymentowania i podejmowania ryzyka.

2. Inne formy

W maju ukazała się nowa powieść Doroty Masłowskiej, "Inni ludzie", kwadratowa, stylizowana na pudełko z płytą cd, pisana w rytmie rapu, rytmicznie wybębniona opowieść o współczesności. We wrześniu "Lincoln w Bardo" George'a Saundersa w przekładzie Michała Kłobukowskiego, który po swojemu indywidualizował język licznych przemawiających duchów. Obie książki zostały przez wielu ogłoszone arcydziełami, i obie spotkały też należne arcydziełom krytyczne podejrzenia. Przede wszystkim jednak obie pokazują intensywny wysiłek współczesnej powieści, która dąży do symfonicznej wielogłosowości, różnicowania punktów widzenia, naginania istniejących form - nie dla samego udziwnienia, nawet nie dla tworzenia nowych literackich języków, ale dla uzyskania możliwie wielostronnego, bardziej adekwatnego obrazu świata. Podobny wysiłek czyni nominowany do Paszportów "Polityki" debiutant, wspomniany Łukasz Zawada, który oddaje głos przemawiającej z dystansem do tego świata, ale w świetnym literackim stylu sztucznej inteligencji.

3. Babel

Gdy w 2017 roku kapituła Nagrody im. Wisławy Szymborskiej nie wyróżniła żadnego tłumaczonego tomu poezji, mogło to być niepokojące. Trudno sobie wyobrazić, żeby takie problemy pojawiły się przy edycji 2019. Przekłady poezji pojawiają się regularnie, m.in. za sprawą Festiwalu Miłosza, który dofinansowuje publikacje poetek i poetów zapraszanych do Krakowa. W mijającym roku największe poruszenie wywołała jednak wzbogacona reedycja antologii "O krok od nich" Piotra Sommera - potężnej cegły zbierającej wiersze amerykańskich poetów i poetek. Temu entuzjazmowi dziwił się na łamach "Dwutygodnika" Rafał Wawrzyńczyk. Na szczęście znane już rytmy były uzupełniane wariacjami: tomami Rona Padgetta (który zyskał na popularności za sprawą "Patersona" Jima Jarmuscha) "Bezczynność butów" (przeł. Andrzej Szuba) czy Rae Armentrout "Ciemna materia" (przeł. Kacper Bartczak). Antologie komplikujące polską znajomość amerykańskiej poezji przygotowali też Jerzy Jarniewicz ("100 wierszy wypisanych z języka angielskiego") i Jacek Gutorow ("Oko wie lepiej. Ashberry, Clover, Cole"), a Andrzej Sosnowski swoje przekłady Elizabeth Bishop zebrał w książce "Santerém". Język angielski (a właściwie amerykański) jest tu oczywiście nadreprezentowany, ale ukazywały się też przekłady ze słoweńskiego (Katja Gorečan, "Cierpienia młodej Hany", przeł. Miłosz Biedrzycki), hiszpańskiego (Olvido García Valdés, "Obraz, który trwa tyle, co życie" i Roberto Juarroz, "Poezja pionowa", obie książki w przekładzie Marty Eloy Cichockiej), szwedzkiego (Athena Farrokhzad, "Cykl biały", przeł. Justyna Czechowska) czy duńskiego (Inger Chirstensen, "alfabet", przeł. Bogusława Sochańska). Na takie pomieszanie języków nie wypada narzekać.

4. Zyta Rudzka

Jak wiadomo, literatura w teorii wartościowa w praktyce bywa banalna, a zacne idee nie gwarantują książkom jakości. W tym roku na naszych łamach Olga Wróbel narzekała na wysyp nieciekawych kobiecych powieści o kobiecych losach, zeszłorocznym czytelniczym hitem była tylko trochę ciekawsza "Nieczułość" Martyny Bundy. W marcu 2018 ukazała się jednak "Krótka wymiana ognia" Zyty Rudzkiej, książka zarazem znakomita, świeża literacko oraz uważna na tę część opowieści, które zwykle literatura zgrabnie pomijała: bohaterką jest erotycznie aktywna starzejąca się kobieta. Ważnemu tematowi towarzyszy żywy, dynamiczny, intensywnie lakoniczny język - bez jego udziału przeprowadzana przez Zytę Rudzką powieściowa rewolucja nie byłaby wiarygodna.

5. Nowi starzy znajomi

Kiedy przed kilkoma laty nieśmiało sugerowaliśmy, że przydałaby się nam porządna kłótnia o literaturę, nawet nie śmieliśmy marzyć, by potoczyła się ona o niuanse nowego przekładu Prousta. Tymczasem 2018 rok może zostać zapamiętany jako czas, gdy na Facebooku czytelniczki i czytelnicy podzielili się na #teamBoy i #teamRodowska. Zresztą Krystyna Rodowska zaledwie zapoczątkowała przedsięwzięcie odświeżenia w polszczyźnie słynnego cyklu, a kolejne tomy są już na warsztacie znakomitych tłumaczy. Nowych przekładów doczekali się również inni, pozornie świetnie znani w Polsce, autorzy i autorki: wiersze Emily Dickinson przełożyła na nowo Krystyna Lenkowska, powieści Alberta Camus - Anna Wasilewska i Marek Bieńczyk, a prozę Conrada - Magda Heydel i Maciej Świerkocki. Za większością tych tytułów stoi łódzka Officyna, która dzielnie walczy o odświeżanie klasyków przy pomocy współczesnej polszczyzny.

TEATR

1. Komuna//Warszawa

Ten rok był dla offowej warszawskiej sceny przełomowy (swoją drogą, który już raz?). W artystycznym sensie nie można tu już właściwie mówić o offie, a jednym z najciekawszych teatrów w Polsce. Dobra passa zaczęła się już pod koniec 2017 roku wraz z premierą "Cezary idzie na wojnę" [na zdjęciu] Tomaszewskiego, jednak dopiero w 2018 roku spektakl zjeździł pół świata, zbierając nagrody na międzynarodowych festiwalach - ten triumfalny pochód zresztą wciąż trwa. Nie pamiętam, który spektakl polski, oprócz wielkich przedstawień Warlikowskiego i Lupy, miał tak dobre przyjęcie za granicą. Tymczasem spektakl Tomaszewskiego to piątka wykonawców i ławka do ćwiczeń. Można więc odnieść gigantyczny sukces bez kilogramów pleksi, stu sztankietów i piętnastu kamer, a scenografię spakować do peugeota, a nie pięciu ciężarówek. W 2018 roku gospodarz domu, Grzegorz Laszuk, wystawił świetną "Hannę Arendt: Ucieczkę" - spektakl jednocześnie formalny i błyskotliwie opowiadający o politycznym uwikłaniu filozofów i intelektualistów. Wszystko to ku przestrodze. Wysoko zawieszoną poprzeczkę, co poświadczyły nagrody, pokonały kolejne spektakle. Zrealizowany w koprodukcji ze Slovensko mladinsko gledališče "Spektakl dla turystów" Wojtka Ziemilskiego wpisał się w nurt, a jednocześnie bawił z recepcją rosnącego w siły polskiego tańca. "Święta kluska" - teatralny debiut Agnieszki Smoczyńskiej - odleciał w kierunku musicalowego kampu, oferując takie pokłady sprośności, niestosowności i slapsticku, że mogliśmy poczuć się jak w Republice Weimarskiej. Słowa dotrzymała Weronika Szczawińska, która w wywiadach przed premierą "Nigdy więcej wojny" zapowiadała muzyczny performans o rozkładzie pamięci. Jej spektakl to jedna z najciekawszych antywojennych wypowiedzi ostatnich lat. A 30 grudnia czeka na nas najnowszy spektakl Cezarego Tomaszewskiego. Oby ta klamra okazała się szczęśliwa.

2. Aleksandr Prowaliński

Po Jacqueline Sobiszewski i Katarzynie Borkowskiej przyszedł czas na niego. Ten młodziutki artysta tworzy najbardziej rozpoznawalne światła i scenografię w polskim nowym teatrze. Potrafi poradzić sobie w najbardziej spartańskich warunkach, umie fenomenalnie rozświetlić taneczne solo, świeci na dużych scenach i w trakcie galeryjnych performansów. Nie byłoby bez niego queerowej dezynwoltury spektakli Piaskowskiego czy trashowej mocy performansów Ziółek. Zjawia się na próbach, ustawia reflektory - i nagle wszystko ożywa. Wypracował unikalną optykę - kiedy trzeba drapieżną i mocno opartą na kolorystycznych kontrastach, a czasem łagodną i rozproszoną jak to, co widzi sklejone, niewyspane oko. Tworzy często dla choreografów, czym zaznacza swoją odrębność od dwóch wybitnych poprzedniczek. I, powiedzieć to trzeba, na polski taniec patrzymy jego oczami. To spojrzenie z ukosa, przedłużone migawki, przesłony. Wystarczą trzy reflektory i mamy już Prowalińskiego.

3. Pedagogika teatru

Teatr to nie tylko spektakle. Wokół nich dzieją się nie tylko próby, ale też akcje pedagogiczne. Czasem pytania pedagogów teatru każą jeszcze raz przemyśleć idee spektaklu, bo uzmysławiają linię porozumienia między twórcami, często pochłoniętymi własnymi pomysłami, a odbiorcami - rzeczywistymi, a nie wyprojektowanymi. Spotkanie z nimi jest jak godzina wychowawcza między lekcjami chemii, fizyki i polskiego. Pedagodzy tworzą wreszcie własne pola twórczości. Wraz z młodzieżą spektakle, które potrafią oszołomić, z seniorami wypracowują nowoczesne metody komunikacji. Edukator/ka teatralny/a często dostarczają twórcom pierwszych widzów, angażują w proces twórczy osoby wykluczone, które mają odkrywcze pomysły. Reżyser nie ściera się z krytykami, ale z realnymi odbiorcami swojej pracy, o czym tak łatwo zapomnieć tworząc spektakl, który - wszyscy mają nadzieję - wybije się ponad kontekst lokalny, zadziała szerzej. Prawda jest taka, że jeśli spektakl nie będzie działał tu, to nie zadziała nigdzie. Edukator teatralny sprawdza jego wyporność - i wyporność teatru. Łatwo zapomnieć, że obok klasycznego repertuaru w wielu teatrach powstaje równoległy, równie bogaty i poważny program edukacyjny.

4. Inne tańce

Taniec wreszcie zajął swoje miejsce wśród sztuk. To ciężki grunt do budowania nowych jakości, bo środowisko taneczne jest wyjątkowo skłócone, brakuje w nim wspólnego mocnego głosu. Numer cztery jest więc jednocześnie wyróżnieniem, ale i przestrogą. Tym pilniejszą, że w CSW Warszawa otwarta została w ostatnim roku wystawa podsumowująca polski taniec - wystawa ukazująca w ciekawy sposób ogromne możliwości polskich tancerzy, podkreślająca też, do jakiego stopnia teatr korzysta z metod wypracowywanych przez choreografów. Teatry potrafią się czasem za swoje zapożyczenia odwdzięczyć. Nowy Teatr w Warszawie, TR Warszawa, Teatr Studio, Komuna//Warszawa, Teatr Fredry w Gnieźnie czy Dramatyczny w Wałbrzychu włączają w swój repertuar taneczne sola i spektakle. Jasne, na wystawie "Inne tańce" nie znaleźli się wszyscy, co było źródłem zrozumiałej frustracji. Ta frustracja bierze się przede wszystkim ze słabej reprezentacji artystów w medialnym obiegu. W tygodnikach o tańcu pisze się od wielkiego dzwonu, a recenzentom wciąż brakuje narzędzi, by pisać o choreograficznych premierach. Wstyd. To należy jak najszybciej zmienić i nie sprzyja wcale temu rozproszenie ośrodków zajmujących się tańcem, za czym idzie rozdrobnienie pieniędzy, którymi taniec może dysponować. Pieniędzy, w porównaniu z przedstawieniami teatralnymi, jest oczywiście śmiesznie mało. Wkurza, że polski taniec traktowany jest jako ta forma sztuki, której realizatorzy mogą tworzyć za 500 złotych, a instytucje nie chcą eksploatować gotowych projektów. Chlubnym wyjątkiem jest tu choćby Nowy Teatr, który realizacje taneczne traktuje poważnie, nie skąpi i pewnie dlatego to tam powstają najciekawsze spektakle. Nie można też przecenić cyklicznego festiwalu STS w Teatrze Studio, choć tu akurat pieniądze wciąż się kurczą i kurczą. Spektakl kosztuje powiedzmy 200 tysięcy a przeciętna realizacja STS - 10 tysięcy. Twórcy powinni się zjednoczyć, odrzucić ego i lobbować wspólnie za tańcem. Recenzenci zaś docenić, że to, co często wzbudza ich zachwyt w przedstawieniach dramatycznych, nie zaistniałoby bez tych wszystkich solowych performansów, małych salek i - za przeproszeniem - gaci w ilości jedna sztuka na trzy dni występów z rzędu.

5. Demokratyzacja w teatrze

Przyszła wraz z reżyserkami. To one pierwsze zbuntowały się przeciwko hegemonii reżysera w teatrze. Gwiazdorski model teatru się wyczerpał. A przynajmniej stał się obciachem. Teatralne afisze to w przeważającej części autor i reżyser. O aktorach i innych realizatorach można sobie doczytać w programach. I jest to podpunkt ostatni nie dlatego, że jest mniej ważny, ale dlatego, że zbiera wszystkie inne. Przyznaję, że i ja ulegam często tej prostej formule - zauważając jedynie twórcę tekstu i reżysera spektaklu. Polski teatr pisze na scenie - w takim razie gdzie podziewają się autorzy tekstu, który najczęściej spisywany jest na żywo z aktorskich improwizacji? Zmieniła to Anna Smolar, uznając aktorów spektaklu "Henrietta Lacks" za pełnoprawnych autorów scenariusza. Po mojej przygodzie z dramaturgią wiem doskonale, ile w tekst sztuki wkładają sami aktorzy, ile mają pomysłów i jak często oni decydują o wyjątkowości tekstu. Redagują kwestie, bo najlepiej wiedzą, co działa, a co nie, a ucząc się na pamięć, dostrzegają sprzeczności w dialogach. Najbliżej tekstu nie jest wcale autor czy reżyser, ale właśnie oni. Zresztą nie tylko o tekst chodzi - aktorzy proponują całe sceny, czują, kiedy coś jest złe, niedorobione, puszczone. Czasem znajdują idealną puentę, potrafią też, jeśli tylko ich wysłuchać, obnażyć niejedną głupotę w spektaklu. I jeśli czują, że coś jest nie tak, to trzeba natychmiast im zaufać. Kreślić i zmieniać sceny. Spektakl powstaje z twórczej synergii aktorów, autorów muzyki, dramatopisarzy, dramaturgów, reżysera, scenografa czy reżysera światła.

Paweł Soszyński

FILM

1. "Roma", reż. Alfonso Cuarón

Czarno-biały film, ale nowoczesny. Wyrastający ze wspomnień z dzieciństwa, ale dotykający współczesności. Długi, ale chciałoby się, żeby się tak szybko nie kończył. Cuarón po raz kolejny udowadnia, że jest fantastycznym reżyserem, który wszędzie sobie świetnie radzi: i w kosmosie, i w krainie Harry'ego Pottera, i w Meksyku lat 70. W "Romie", jeśli nawet prowadzi widza za rękę, to w taki sposób, że ma on wrażenie, jakby sam zgubił się w świecie i pałętał się po nim na własnych prawach.

Obserwujemy świat z perspektywy młodej dziewczyny, która wyrwała się z biedy, opuściła rodzinną wioskę i wylądowała w wielkim mieście. Mieście, w którym zmanipulowani i zindoktrynowani przez państwo chłopcy ze slamsów zabijają demonstrujących studentów, mieście trzęsień ziemi i trzęsień społecznych, wizyt w kinie, oznak pogardy i oznak miłości. Cleo doświadcza wszystkiego po trochu, sprawiedliwy gniew jest tu jednak łagodzony przez tajemniczość świata, który w rzadkich momentach zdaje się przedziwną i całkiem piękną krainą, a poczucie odrzucenia topnieje w odruchach kobiecej solidarności, która przełamuje podziały klasowe, i bezinteresownej, dziecięcej miłości. "Roma" to film duchowo i artystycznie bliski "Nocom Cabirii" Felliniego. Aż trudno uwierzyć, że takie kino jest dzisiaj ciągle możliwe.

2. "Nigdy cię tu nie było", reż. Lynne Ramsay

Lynne Ramsay zrobiła z pulpy perłę. "Nigdy cię tu nie było" to hipnotyzujące studium charakteru. Studium osoby, która przedawkowała Amerykę - rozpiętą między sprzecznościami, nierzeczywistą krainę, nowocześnie urządzone piekło. W środku całego tego zgiełku i przerażającej ciszy stoi facet. Gra go Joaquin Phoenix. Phoenix, najlepszy aktor swojego pokolenia, gra tutaj jakby od niechcenia. Zwalisty, zarośnięty, wygląda trochę jak niedźwiedź. Rusza się powoli, mówi coś do siebie. Jest zabawny i przerażający. Jest dzieckiem i maszyną. I jest sam. Gdy mówi, że czeka go jeszcze piękny dzień - jego jedna połowa może i w to wierzy, wiemy jednak, że druga - chyba pięknego dnia nigdy nie widziała na oczy.

3. "Nić widmo", reż. Paul Thomas Anderson

Jonny Greenwood, od jakiegoś czasu nadworny kompozytor Paula Thomasa Andersona, powiedział, że przypomina on Beau Brummella, osiemnastowiecznego mistrza elegancji, któremu służba miała pastować buty szampanem. Coś w tym jest: "Nić widmo" to kino równocześnie ekscentryczne i eleganckie.

Autor "Nici widmo" nie dąży za wszelką cenę do klarowności, choć jego najnowszy film to kino precyzyjnie zakomponowane, jest w nim miejsce na intuicję i zabawę. To one pozwalają Andersonowi na tak nieortodoksyjne gesty, jak równoczesne wspominanie przeszłości i projektowanie przyszłości, budowanie ponurej atmosfery, prawie jak z angielskiego zamczyska, a potem przecinanie jej angielskim humorem. "Nić widmo" jest w takiej samej mierze filmem o wielkim artyście, jak i filmem o tym, że każdy facet w chorobie zachowuje się jak zbity pies. O miłości i o tym, że narratorami najlepszych historii są kobiety.

4. "Happy end", reż. Michael Haneke

Najnowszy film Hanekego spotkał się raczej z chłodnym przyjęciem, wszyscy pewnie po cichu liczyli, że Haneke - ten zimny Austriak, mistrz nieprzyjemnego kina - znowu zrobi film wielki i poważny. A tu proszę, a tu kuku - "Happy end" to pstryczek w nos przewrażliwionych na swoim punkcie Europejczyków. Śmieszna opowieść o końcu pewnego projektu, pozdrowienie z Titanica, który zmierza właśnie w kierunku góry lodowej.

Akcja nieprzypadkowo rozgrywa się w Calais, które jest symbolem uchodźczego kryzysu, tego kryzysu jednak w filmie praktycznie nie widać. To nie uchodźcy są tym elementem, który doprowadzi do końca starą Europę. Europejczycy, którzy nikogo nie kochają i w nic tak naprawdę nie wierzą, zrobią to sami, dokładnie tak jak to zrobili rosyjscy autokraci na początku XX wieku. "Happy end" w jakimś stopniu przywodzi na myśl Czechowa, jego świat bez łotrów i aniołów, za to pełen błaznów. Przywodzi też film "Niedokończony utwór na pianolę" Nikity Michałkowa, inspirowany "Płatonowem". To w nim główny bohater, próbując się zabić, rzucał się ze skarpy do wody, w której co najwyżej można brodzić po kostki. Równie kuriozalna próba powraca u Hanekego, efekt jest podobny, tylko rekwizyty są inne - wózek inwalidzki i najnowszy model iPhone'a, który to wszystko zarejestruje.

5. "Kler", reż. Wojciech Smarzowski

W kontekście "Kleru" najwięcej mówiło się o liczbach, i słusznie. Przyciągnąć do kin miliony ludzi na opowieść tak nieprzyjemną i tak bezkompromisową, to wielka sztuka. Jasne, w osiągnięciu rekordowej frekwencji pomogła sensacyjna otoczka, nie zmienia to jednak prostych faktów: niewiele mamy u nas filmów równie dobrze skonstruowanych i zagranych. A prawie w ogóle - równie odważnych. Smarzowski opowiada historię autorytarnej machiny, która budzi blady strach, oraz uwikłanych w nią ludzi i wcale nie są to przebrane w sutanny kukiełki. Robi z Polakami to, co kiedyś robił Wajda - odrzuca bezczynność. Każe nam trzeźwo spojrzeć na kraj, w którym żyjemy. To tutaj zawsze było na wagę złota.

Jakub Socha

SZTUKA

1. Malarze, mężowie dla malarek

To był rok kobiet-artystek. Nareszcie. Jak napisał w recenzji wystawy Karoliny Jabłońskiej w Rastrze Stach Szabłowski, "najważniejsze obrazy malują dziś artystki". Kilkanaście lat temu niektórzy profesorowie warszawskiej ASP lubili głosić, że malarki to najwyżej żony dla malarzy; dziś jest przeciwnie, to malarze mogą aspirować na mężów malarek, pytanie tylko, czy one znajdą dla nich czas, zajęte malowaniem i robieniem karier? To one dostają dziś nagrody, to o nich się dyskutuje, to na ich wystawy się czeka, wreszcie to one zdobywają nie tylko polskie, ale i zagraniczne instytucje. To już nie tylko dbałość o parytety, to rzeczywistość. Z młodych, poza Jabłońską, która zostawiła daleko w tyle swoich kolegów z krakowskiej Potencji (nie gniewajcie się, wam też kibicujemy!), coraz większe uznanie zdobywała w tym roku Martyna Czech, a modnej wystawy nie można było zrobić z pominięciem Zuzanny Bartoszek czy Zofii Krawiec, które wywalczyły sobie miejsce w świecie sztuki samodzielnie, bez udziału poważnych instytucji, głównie aktywnością na Instagramie.

Powrót do najlepszej formy zalicza Agata Bogacka, artystka średniego pokolenia, gwiazda początku tego tysiąclecia, która po kilku latach nieobecności znowu zdobywa publiczne i prywatne galerie, kończąc ten rok piękną solówką w Polach Magnetycznych. Wejście w wiek średni to dla artystów zazwyczaj bardzo trudny moment - większość, jeśli wypada po trzydziestce z obiegu, na ogół już do niego nie wraca. Tym bardziej cieszy widoczność Bogackiej, która znalazła nową formułę dla swojego malarstwa, równie wyrazistą jak ta, z której była niegdyś znana. Wreszcie doczekaliśmy się też nowej fali karier polskich artystek za granicą, tak wyczekiwanej od czasu słynnego efektu Sasnala w poprzedniej dekadzie. Agnieszka Polska triumfowała w tym roku solową wystawą w prestiżowej Neue Nationalgalerie w Berlinie, a Joanna Piotrowska udziałem w Berlin Biennale i pokazie nowej fotografii w nowojorskiej MoMie. Na przyszły rok ma zaplanowaną indywidualną wystawę w Kunsthalle w Bazylei. To się nie może nie udać.

2. Tańczone wystawy

W tym roku żadna instytucja, czy to prywatna, czy publiczna, nie mogła się obejść bez włączenia do swojego programu działań performatywno-choreograficznych. Fenomen, który na Zachodzie rozkręcał się już kilka lat i został przypieczętowany sukcesem Pawilonu Niemieckiego z projektem Anne Imhof na ostatnim Biennale w Wenecji, dotarł w końcu i do nas. W minionych latach pierwsze zapowiedzi tego zjawiska mogliśmy obserwować na wystawach poświęconych historii tańca w Muzeum Sztuki w Łodzi, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które regularnie zapraszało tancerzy i performerów do programu towarzyszącego, czy w Zachęcie, która w poprzednie wakacje oddała cały parter na podobne projekty. W tym roku działania choreograficzne nie pełniły już tylko funkcji bardziej lub mniej udanego wypełniacza programu towarzyszącego instytucji, ale oddano im główne przestrzenie muzeów; przybrały kształt wystaw, często najważniejszych wydarzeń sezonu. Po brzegi wypełniło się tańcem CSW, gdzie odbyła się duża wystawa "Inne tańce" poświęcona różnorodnym zjawiskom z pogranicza tańca i perfomensu oraz pierwsza w Polsce ekspozycja choreograficzna, "Wolne gesty" Uli Sickle, a całe lato miał tam rezydencję kolektyw Kem (zaraz po rezydencji w MSN), jeszcze rok wcześniej działający w opustoszałej postindustrialnej przestrzeni na warszawskiej Pradze i odwiedzany przez bardzo kameralną publiczność. Ten sam Kem był też gwiazdą programu tegorocznego queerowego festiwalu Pomada, również w dużym stopniu poświęconego działaniom z pogranicza choreografii. Z Kemu wywodzą się największe gwiazdy polskiej nowej choreografii, czyli Marta Ziółek oraz Alex Baczyński-Jenkins, zaproszony tego lata do indywidualnej wystawy w najlepszej prywatnej galerii w Polsce, czyli Fundacji Galerii Foksal. Działania performatywno-taneczne stanowiły też obowiązkowy punt programu tegorocznego Warsaw Gallery Weekend. A co jeszcze bardziej znaczące - inaczej niż jeszcze kilka temu, kiedy tańcem nie interesował się prawie nikt, a publiczność kulturalna potrafiła wymienić tylko Pinę Bausch - na tego typu pokazy i wystawy waliły podekscytowane tłumy.

3. Niepodległościowy szał

Ten rok został zdominowany przez wystawy niepodległościowe, i to nie tylko w instytucjach zajmujących się historią czy sztuką z minionych dekad, ale również tych skupionych wokół współczesności; zarówno w głównych muzeach, jak i wielu lokalnych galeriach miejskich. Zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić, jednak taki wysyp wystaw okolicznościowo-patriotycznych mimo wszystko nieco zadziwia w instytucjach na co dzień zdystansowanych do tych tematów, często o profilu lewicowym. Odpowiedź jest oczywiście bardzo prosta: poza deklarowaną przez dyrektorów i kuratorów otwartością na tematy niepodległościowe, były to porządne dotacje z programu Niepodległa 2018. Niektórzy podchodzili do tematu bardziej tradycyjnie, jak Piotr Rypson w warszawskim Narodowym (świetna sala wąsaczy!), inni starali się przy okazji mówić o mniejszościach i nierównościach społecznych panujących w II Rzeczpospolitej (Dorota Monkiewicz w łódzkim Muzeum Sztuki), podczas gdy warszawski MSN sprytnie wykorzystał rocznicę do opowiedzenia o obecności/ nieobecności kobiet w dyskursie narodowo-wyzwoleńczym na całym świecie. Podobnym, feministycznym tropem poszło tarnowskie BWA, które wzięło pod lupę polsko-dziwaczny sarmatyzm i szukało w nim kobiet. Na wystawie znajdziemy niesamowite skarby sztuki dawnej oraz interpretacje twórców współczesnych, w tym znajdujące się na pograniczu mody i sztuki projekty kolejnego hitu tego roku, czyli łódzkiego Domu Mody Limanka. Najciekawszą reakcją na kwestie okołopatriotyczne było jednak działanie Pawła Althamera, który wprawdzie nie z okazji 100-lecia Niepodległosci, ale kolejnej rocznicy smoleńskiej zorganizował przemierzający Krakowskie Przedmieście pochód, zakończony złożeniem pod Pałacem Prezydenckim portretu Lecha Kaczyńskiego wyrzeźbionego w pniu brzozy. Dla niektórych był to żart, dla innych mocny komentarz, dla kolejnych świadectwo artysty, który towarzyszy swoim czasom. Na pewno bił na głowę tradycyjne i tępe formalnie pomniki katastrofy smoleńskiej Jerzego Kaliny i Lecha Kaczyńskiego na Placu Piłsudskiego.

4. Artystki i artyści w obronie przyrody

Ostatnio w Polsce dużego przyspieszenia nabrała destrukcja przyrody na szczeblu politycznym. Zagrożone są rzeki, lasy, drzewa i powietrze. W minionych latach artyści przesadnie nie angażowali swojej sztuki w sprawy polityczne, sztuka przestała interesować się polityką, co często jest jej dziś zarzucane. Nie skupiła się jednak wyłączenie na sobie samej i kwestiach formalnych, przeciwnie, coraz częściej wchodzi w dialog z przyrodą, angażuje się w problemy ekologiczne i to tutaj zyskuje wymiar polityczny. Kilka przykładów. Agnieszka Brzeżańska z Ewą Ciepielewską od kilku lat pływają latem Wisłą repliką XVI-wiecznej łodzi flisackiej, którą zamieniły w miejsce rezydencji artystycznych. Mieszkający na galerze artyści (na ogół artystki) prowadzą życie bliskie rytmowi przyrody. W tym roku miała także miejsce wystawa Brzeżańskiej w Gdańskiej Galerii Miejskiej pod znaczącym tytułem "Cała puszcza parkiem narodowym". W najbardziej znane akcje na rzecz przyrody zaangażowana jest od lat artystka i aktywistka Cecylia Malik, autorka takich projektów jak "Matki Polki na wyrębie", zwracającego uwagę na masową wycinkę drzew, czy "Siostry rzeki" sprzeciwiającego się regulacji rzek. Działania Cecylii Malik nie ograniczają się tylko do sztuki, ma na swoim koncie obronę krakowskiego Zakrzówka. Na tegorocznym Szczycie Klimatycznym w Katowicach kolejna artystka (znowu artystki, nie artyści!), Diana Lelonek częstowała sokiem z rokitnika, pochodządzego z terenów zdegradowanych przez kopalnie odkrywkowe, a w tamtejszej galerii nadal trwa wystawa "Najpiękniejsza katastrofa", podejmująca kwestie współżycia człowieka z innymi gatunkami zamieszkującymi ziemię. Artyści są też stale obecni na Obozach dla puszczy organizowanych w rejonie Białowieży czy na Obozach dla klimatu. "Czy sztuka może uratować przyrodę? Nie wiem czy może, wiem, że musi" - pisał niedawno na naszych łamach Jaś Kapela.

5. Friend of a Friend

Nowa impreza artystyczna na mapie Warszawy, wprawdzie dość branżowa, co często jej zarzucano, ale z korzyscią również dla szerszej publiczności ściągająca do lokalnych prywatnych galerii najciekawsze młode i starsze galerie z Europy, USA i reszty świata. Idea jest prosta. Biorące udział w projekcie stołeczne galerie goszczą u siebie jedną, dwie lub trzy galerie z zagranicy, w zależności od warunków lokalowych. Wszyscy razem przygotowują swobodne pokazy lub bardziej przemyślane wystawy, na których w dialog wschodzą ze sobą wybrani artyści reprezentowani przez gospodarzy i ich gości. Polska, co charakterystyczne dla wszystkich prowincjonalnych krajów, interesuje się głównie swoją własną sztuką, a jeśli zagraniczną, to dopiero o statusie gwiazdorskim, więc taka impreza jak FOAF przełamuje tę tendencję i wnosi sporo świeżego powietrza na naszą lokalną scenę. Model został zapożyczony z wędrującego po świecie, również bardzo młodego, londyńskiego CONDO, które według podobnej zasady otwierało się w ostatnich miesiącach również w Mexico City, Nowym Jorku, Szanghaju, Atenach i w którym brały udział warszawskie galerie, tym razem jako goście. Warszawska scena artystyczna staje się częścią międzynarodowego obiegu, przestaje pełnić rolę egzotycznego, więc i prowincjonalnego sąsiada, czym się ekscytowaliśmy i z czego chętnie korzystaliśmy w poprzedniej dekadzie. Dowodzi tego również rosnąca liczba polskich galerii biorących udział w najważniejszych targach sztuki na świecie, jak Art Basel Miami Beach i Nada w Miami czy Art Basel i Liste w Bazylei.

Paulina Wrocławska

MUZYKA

1. Zwrot ku lokalności

Rok, w którym zawrotną karierę zrobił termin ojkofobia (niechęć do własnej wspólnoty, swojskości), okazał się bardzo udany dla polskiej piosenki. Barbara Wrońska, Tęskno, Rycerzyki, Drekoty, Psychocukier, Wczasy, małomiasteczkowy Dawid Podsiadło, Król, Davicii, Adonis, Panowie, Orzeł i Reszka W parze z nową, wynikającą z wyboru rodzimego języka, głębią liryczną, szła też różnorodność piosenkowego materiału.

Choć trudno doszukiwać się w polskiej piosence 2018 roku jakichś powracających motywów tekstowych, to w utworach tak różnych grup jak Wczasy (świetna płyta "Zawody" i triumfalna trasa koncertowa), Psychocukier, hiphopowe Syny czy debiutujące zespoły: Syndrom Sztokholmski i Szum dało się wyczuć podejście rodem z amerykańskich lat 90., filmów Kevina Smitha i slackerskiego pokolenia X - apoteozę filozofii "przegrywu".

Z powrotem do śpiewanej polszczyzny zbiegły się lokalne fenomeny w rodzaju Warszawskiej Szkoły Disco Polo. Ponownie zaznaczył swoją obecność alternatywny Gorzów Wielkopolski. Festiwal DYM i tamtejszy klub Sejf stał się jednym ze stałych punktów na eksperymentalnej mapie Polski. Płyty lokalnych artystów, Króla czy Orła i Reszki, znalazły się w wielu rankingach końcoworocznych.

Trzecim przejawem zwrotu ku lokalności są liczne nawiązania do klasyki polskiej popkultury. Projekt JANKA (duet uznanych elektronicznych producentów Daniel Drumz + Hatti Vatti) przedstawił EP-kę "Krzyżacy" z takimi utworami jak "Zmiennicy" czy "Sztos". Do PRL-owskiego popu i muzyki filmowej nawiązywał też Bartosz Kruczyński w tanecznym projekcie Pejzaż na płycie "Ostatni dzień lata" . Polskie szlagiery chętnie były wykorzystywane w serialowych hitach, "Ślepnąc od świateł" i "Rojst". W końcu doczekaliśmy się jeszcze jednego powrotu do tradycji przedwojennych - kolejnej płyty Jana Młynarskiego i Marcina Maseckiego (tym razem z piosenkami Mieczysława Fogga).

2. Folk i folkofobia

Rok zaczął się awanturką (lub jak powiedzieliby niektórzy: inbą) o tekst Jana Hartmana na temat muzyki ludowej. Wystąpienie Hartmana poprzedziło zaledwie o miesiąc premierę znakomitej płyty Zygmunta Krauzego "Folk Music", która była najlepszą możliwą obroną artystycznej wartości muzyki źródeł. Felieton profesora zainspirował też ciekawe apologie polskiej muzyki ludowej w prasie muzycznej. Temat folku, a właściwie przemysłu muzyki ludowej w PRL-u, został również przedstawiony w filmie "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego (i nieco tam spłycony). Muzyka do filmu zaaranżowana przez Marcina Maseckiego zrobiła mimo to ogromne wrażenie na samym Elvisie Costello.

Do polskiej ludowości odnosił się też brytyjski producent Felicita z trzymającej rękę na pulsie elektronicznej wytwórni PC Music, a koniec roku przyniósł I edycję festiwalu Eufonie, gdzie prezentowano dziedzictwo muzyczne Europy Środkowo-Wschodniej, m.in. właśnie od strony muzyki ludowej.

3. Sieciowe hybrydy

Wiele działo się na przecięciu się muzyki współczesnej, elektroniki, performatyki i wizualnej kultury internetu. Ofensywę wydawniczą coraz ciekawszej oficyny Trzy Szóstki rozpoczęła w 2018 roku płyta Jakuba Lemiszewskiego. To concept album na temat przeładowania informacyjnego. W serwisach streamingowych w rodzaju Bandcamp pojawiła się też cała fala producentów eksperymentalnej elektroniki, zanurzonych w doświadczeniu sieciowym, takich jak Julek Płoski, młody łucznik, paszka czy ehh hahah. Wzbogacają oni kompozycje o amatorskie animowane teledyski, nawiązują do kultury konsumpcyjnej czy gier komputerowych. Młodzi, około 20-letni twórcy, coraz śmielej pokazują się też na festiwalach takich jak Unsound.

Problem rozwoju muzyki w dobie internetu był głównym tematem tegorocznego festiwalu Musica Polonica Nova. Szczególnie wyróżniał się tu utwór-manifest Jacka Sotomskiego "CREDOPOL", "muzyczny metamem, zlepiony z najbardziej osobliwych obrazów życia internetowego Polaków". Również Bartosz Kujawski na bardzo udanej, wydanej dla szacownej wytwórni Bôłt Records płycie "Puerille Things Inferno" połączył eksperymentalne elektroniczne kompozycje z internetowo-memową otoczką.

Z zanurzeniem w aktualności, internecie i memach wiążą się też jednak pułapki - pisał o nich Rafał Wawrzyńczyk w swojej relacji z Warszawskiej Jesieni: "Współczesność oznacza również współczesne sposoby bycia współczesnym, zwykle odległe od starodawnego, mimetycznego modelu, któremu większość młodych pozostaje wierna".

4. Syny "Sen" i Wojciech Bąkowski "Jazz Duo"

Moje dwie ulubione polskie płyty 2018 roku są popisem siły języka, oszczędnego i jednocześnie budującego całe obrazy. Obie używają dźwięków z bibliotek muzycznych lub z automatycznych generatorów mowy oraz zimnych, ponurych syntezatorów, budujących dźwiękowe sceny jak z thrillera.

Swoimi dwiema płytami oraz solowymi produkcjami Piernikowskiego i 1988 Syny zbudowały całą mitologię. "Białasy", "chuje", "dym" i inne słowa klucze są magicznymi hasłami otwierającymi inne stany świadomości. Duet wydaje się być projektem pozbawionym ego. Zespół na koncertach ukrywa się za ścianą dymu, a Piernikowski lubi nawijać z poziomu widowni. Konferansjerka między piosenkami przypomina leniwy dialog odrobinę zmęczonych ziomków siedzących przed telewizorem w zadymionym pokoju.

Na tle podkreślających everymaństwo Synów, Wojciech Bąkowski jawi się jako ekscentryczny performer, gwiazdor. Na "Jazz Duo" mamy do czynienia z jego kolejną, indywidualną wypowiedzią - naturalnym przedłużeniem pracy na polu sztuk wizualnych. Bąkowski nie nagrywa piosenek. Te utwory bliskie są natomiast tradycji spoken word. Ich podkład dźwiękowy wydaje się chaotyczny, celowo niedopracowany. Oprócz syntezatorów Bąkowski chętnie używa sampli z hardrockowych gitar albo orientalizujących instrumentów strunowych - potęgując tym samym efekt sztuczności. W utworze "Unia" (znanym również z wystawy "Żużel w sztuce") wyznaje: "Leżę i się powiększam. Mam rozmiar mniej więcej Leszna". To słychać. Idealny soundtrack do stanów psychotycznych.

5. Low "Double Negative"

Low uosabiają rodzaj drogi twórczej, w której nieodłączną częścią pakietu jest "starzenie się z klasą". Wrażenie starych-malutkich sprawiali już zresztą, gdy zaczynali 25 lat temu. Przez ten czas nagrali bardzo dużo solidnych lub nawet świetnych płyt, ale nigdy nie otarli się o arcydzieło. Nie przeszkadza im to być zespołem instytucją. Wymyślili jeden z podgatunków muzyki alternatywnej (slowcore) i formułę, w której z pewnością zarobią na emeryturę - nikt nie oczekuje od nich scenicznych akrobacji, a sale koncertowe i tak wyprzedają. Po co cokolwiek zmieniać? Powolne, smutnawe trio z Minnesoty niespodziewanie wyszło jednak ze strefy komfortu i nagrało jeden z najbardziej frapujących albumów 2018 roku. Te poszarpane, produkcyjnie przenicowane piosenki przyprawiają o gęsią skórkę.

Oczywiście ważny jest tu kontekst prezydentury Donalda Trumpa (Low są jego zaciekłymi krytykami) i postprawdy. Kapitalne zarysowanie, kilkoma zaledwie piosenkowymi impresjami, stanu ducha współczesnej liberalnej Ameryki. W przeciwieństwie np. do najnowszego antytrumpowskiego filmu Michaela Moore'a ta płyta nie pozostawia nadziei i dróg wyjścia z impasu.

Piotr Kowalczyk

MEDIA

1. Inne opowieści

To jasne, że skrolowanie Facebooka jest jednym z najpopularniejszych sposobów spędzania wolnego czasu. Ale kiedy docieramy do miejsca, w którym feed sugeruje, że jeśli chcemy więcej kontentu, to musimy sobie znaleźć nowych przyjaciół - wtedy zwykle przesiadamy się na inne media. To oczywiste niedopatrzenie. W mijającym roku Facebook wypuścił pierwszy serial własnej produkcji, "Skam Austin". Piotr Szostak zwrócił uwagę na pozornie zadziwiający brak fanfar, jakich można by oczekiwać przy tej okazji:"Sam serial pojawił się znikąd - bez trailera, bez tradycyjnej kampanii reklamowej - poza opłaconymi influencerami - i bez publikacji w mediach. Epizody zostały po prostu wrzucone na Facebook Watch. Nastolatki miały sobie o nim opowiadać jak o sekrecie spoza świata dorosłych". Norweski serial o społecznych i psychicznych problemach nastolatków w rękach producentów z Doliny Krzemowej przeobraził się w wielofunkcyjne narzędzie wciskania reklam i emocjonalnego przywiązywania użytkowników do jednej platformy. Trudno się temu dziwić. Formaty mediów społecznościowych - również Instagrama czy Snapchata - coraz częściej bywają wykorzystywane do opowiadania bardziej złożonych historii. Pewnie niedługo zapomnimy, na jakich niecnych interesach opierają się popularne konwencje. W końcu jakieś 200 lat temu podobnie było z prasą i powieścią w odcinkach.

2. Fejki fejki

Epidemia fake newsów mogła wydawać się niepokojąca, zresztą z ich zasięgu i skuteczności dopiero zdajemy sobie sprawę. Podobnie jak z dynamiki internetowego hejtu, który wcale nie jest tak spontaniczny, jak mogłoby się wydawać. Jednak najnowsze osiągnięcia na gruncie sztucznej inteligencji i sieci neuronowych dopiero zapowiadają zamieszanie, w jakim niedługo się nie odnajdziemy. Jeszcze w połowie 2017 roku laboratorium Uniwersytetu Waszyngtońskiego opracowało metodę przerabiania filmików z gadającymi głowami w taki sposób, aby swobodnie dało się do nich podkładać zupełnie inne wypowiedzi. Te z kolei już niedługo będzie można sobie wytwarzać w domowym zaciszu za sprawą oprogramowania wykorzystującego niewielkie próbki głosu. Barack Obama opowiadający niestworzone historie to jedno (z jakiegoś powodu to właśnie on pojawia się najczęściej w filmikach promujących takie technologie), ale jakie konsekwencje dla świata może przynieść masowa produkcja fejkowych wypowiedzi aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych - o tym lepiej nie myśleć. Na tym tle zabawny projekt "A Bad Lip Reading" wydaje się niewinnym dowcipem starzejącego się pokolenia (30-latków).

3. Wiosna z RODO

Producenci spamu nie ustają w wysiłkach, by tworzyć coraz bardziej przekonujące formatki. A to obiecują fortuny do zbicia na bitcoinach bez wychodzenia z domu, a to straszą, że opublikują zdjęcia, na których widać nasze uciechy, i na dowód swoich możliwości podają hasła wykradzione z tej czy innej bazy danych (redakcja "Dwutygodnika" zaleca: nie używajcie tego samego hasła do różnych kont). Ale największa fala spamu wylała się nas wiosną tego roku, kiedy spanikowani wydawcy serwisów internetowych poczuli się w obowiązku poinformować, że nasze dane są u nich bezpieczne. RODO, RODO, RODO, przez kilka majowych dni w skrzynkach mailowych nie mieściło się nic więcej. Oczywiście inicjatywa Unii Europejskiej, chcącej bronić prawa do prywatności swoich obywateli, jest ważna. Szczególnie w świetle rewelacji o tym, jak Facebook chętnie udostępniał dane swoich użytkowników firmom zewnętrznym, pozwalając im na precyzyjne profilowanie komunikatów wyborczych. Ogromna liczba maili z RODO w tytule, których nikt przecież nie czytał, choć na chwilę przypomniała o czymś, o czym zwykle nie myślimy: że nasze dane są wszędzie.

Agnieszka Słodownik, Maciej Jakubowiak