powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Końcówka

Kończy się rok. Szkoda. Pożyłabym w nim jeszcze trochę, choć wiem, że są tacy, którym zaszedł za skórę - pisze Dana Łukasińska.

Miałam ambicję, by napisać własne wersje horoskopu na 2019. Ale 12 znaków zodiaku to za dużo. Naprawdę jestem zmęczona. Ten rok był i jest pełen pracy, projektów, planów, ambicji tylu, że mam wrażenie, jakby minęło nie 356 dni ale z 10 lat. I powiem szczerze, że z tego wszystkiego, co udało mi się zrobić w mijającym roku, najbardziej jestem dumna z DELFINKA. Nauczyłam się pływać delfinkiem. Tak, tak, wiem.

Kiedy po raz pierwszy pojawiłam się na lekcji z doskonalenia pływania okazało się, że niby jestem spod znaku RYBY, ale rybą w wodzie to nie jestem. Żabka - turystyczna, jak ją nazwał trener. Kraul - pełen technicznych błędów. Jedynie na plecach dobrze mi szło, ale na plecach to każdy potrafi... Trener zapytał mnie o delfinka. Pokazał mi jak się pływa tym stylem. Powiedziałam, żeby zapomniał. Jestem na to za stara, trzeba się szanować w pewnym wieku. Mój trener ma 22 lata. Jest młodszy o rok od mojego syna. Łatwo mu mówić. Kazał mi kupić płetwy. No dobra. Kiedy pierwszy raz popłynęłam z płetwami zderzyłam się z basenem. Znaczy rąbnęłam głową o ścianę, tak, że zobaczyłam plankton. Nie przewidziałam, że mogę płynąć tak szybko. A potem okazało się, że umiem wykonywać te ruchy jak syrenka, albo delfin. Albo foczka. Zdecydowanie jak foczka.

Aczkolwiek moi rodzice nie mają nic wspólnego z morskimi stworzeniami. Zresztą a propos rodziców...

Im jestem starsza, tym więcej widzę w sobie z rodziców. Genów nie oszukasz. W rysach twarzy, w odzywkach, reakcjach na różne sytuacje - geny, matko, i to jakie. Człowiek ucieka od nich do innego miasta, kontaktuje się z rzadka i to od święta, chcąc stać się kimś innym niż oni, aż tu nagle - ta mina, ta twarz, to słowo. Co robić? Chyba zaakceptować. Ze świadomością. Tak jak autor książki "Mózg psychopaty", który odkrył, że wśród jego przodków byli mordercy. A on sam zajmuje się badaniem mózgów wszelkiej maści degeneratów i psychopatów. Przypadek? Ostatnio usłyszałam ciekawą i przerażającą historię od profilera kryminalnego. O chłopcu, który nienawidził ojca. Zabił go, zdjął mu skórę z twarzy, nałożył ją na swoją i poszedł na PKS, by pojechać do pracy ojca i żyć jego życiem. Złapano go na przystanku. To chory przypadek, ale przecież o uderzającym podobieństwie między rodzicami a dziećmi mówi się często: skóra żywcem zdjęta...

A teraz z innej beczki.

Pani A i pani B były przyjaciółkami. Pewnego dnia pani A pożyczyła od pani B super wypasioną sokowirówkę. Która robi wypasione soki. Soki były pyszne. Pani A oddała pani B sokowirówkę. Pani B ustawiła sokowirówkę w domu, przygotowała owoce, aż tu nagle... super wypasiona sokowirówka nie zadziałała. Brakowało jakiejś końcówki. Pani A twierdziła, że oddała wszystkie części super wypasionej sokowirówki. Pani B twierdziła, że w pudełku nie ma pilnie poszukiwanej końcówki. Zaczęło się poszukiwanie końcówki. Każda z pań twierdziła, że końcówka jest u tej drugiej. Tak czy siak soku z owoców nie dało się zrobić. Panie zaczęły się unikać. Stopniowo ich przyjaźń stała się przeszłością. Z powodu końcówki.

To tak a propos tytułu. Że końcówki są naprawdę ważne. Mogą wywołać wojny. Zburzyć stary porządek i wprowadzić anarchię.

Czasem końcówka jest po to, by ją celebrować. Kiedy człowiek umiera, albo związek, w którym żyje, jest w agonii od tygodni, końcówka jest po to, byśmy zobaczyli nasze błędy, nasz smutek, nasze radości. Spróbowali je naprawić albo przynajmniej oddać się refleksji. Koniec nie oznacza przecież, że coś lub ktoś przestaje istnieć, tylko że przechodzi w inną fazę istnienia. Wokół nas pełno przecież duchów ludzi, którzy odeszli. Duchów związków, w których kiedyś byliśmy szczęśliwi.

Czego nam życzę w następnym roku? Wszystkiego. Radości i smutku, szczęścia i nie, zdrowia i zakwasów po przetrenowaniu, bogactwa i nieco finansowego postu, słońca i cienia, deszczu i suszy, schabowego i sushi. Smaków, uczuć, doznań - życia - w pełni.