powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Z piekła do nieba i z powrotem. 11 wniosków z 11. edycji Boskiej Komedii

Gdybym chciał opisać czternaście konkursowych przedstawień, recenzja pękłaby w szwach. Dlatego postanowiłem pokusić się tylko o kilka refleksji uwzględniających najciekawsze realizacje w tym nurcie festiwalu i kilka komentarzy do osobistych zaskoczeń - pisze Piotr Urbanowicz z Nowej Siły Krytycznej.

Za nami kolejna edycja Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia. Szczególnie emocjonujący okazał się konkurs Inferno na najlepsze przedstawienie minionego roku w Polsce (program dopełniały jak zwykle sekcje Paradiso - nowe energie, Purgatorio - wydarzenia towarzyszące, a poprzedziła Mała Boska Komedia #2!). Gdybym chciał opisać czternaście konkursowych przedstawień, recenzja pękłaby w szwach. Dlatego postanowiłem pokusić się tylko o kilka refleksji uwzględniających najciekawsze realizacje w tym nurcie festiwalu i kilka komentarzy do osobistych zaskoczeń.

1.

"Pod presją" w reżyserii Mai Kleczewskiej z Teatru im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach zdystansowało pozostałych uczestników konkursu. Spektakl został oparty na scenariuszu "Kobieta pod presją" (1974), filmu w reżyserii Johna Cassavetesa. Opowiadał historię Mabel (zjawiskowa Sandra Korzeniak), kobiety popadającej w szaleństwo. Widzowi, który nie zna pierwowzoru może imponować napięcie w relacjach między postaciami. Towarzyszy im aura niedopowiedzenia, kryjąca konflikt w życiu małżeństwa Mabel i Nicka Longhettich oraz ich dzieci. Nick nie może pogodzić się z tym, że żona stopniowo odchodzi od zmysłów. Wydaje się, że to nie mieści się w jego średnio-miejskim, robotniczym habitusie, stara się kompulsywnie naprawić sytuację. Podświadomie wie, że to zadanie przekraczające jego możliwości - lawiruje między czułością a wściekłością. Mabel zostaje niejako zamknięta w domu: jej zadaniem jest opiekować się dziećmi i dobrze prezentować się na zewnątrz - przez zdławienie pokus pogwałcenia etykiety pani domu. To właśnie znajdowanie się "pod presją" prowadzi Mabel do szaleństwa. Zresztą atmosferę "oblężonej twierdzy" znakomicie podkreśla rozbicie widowiska na medium teatralne i filmowe. Scena podzielona jest na dwa horyzontalne pasy - na dole znajduje się plan żywy rozgrywany w scenerii rodzinnego domu, u góry jest ekran, na którym oglądamy wideo. Plan żywy śledzą trzy kamery. Genialny wręcz pomysł, aby ukazać stan ciągłego monitorowania i kontroli Mabel. Gra dwóch mediów pozwala ponadto ukazać istotę oddalania się wewnętrznego i zewnętrznego świata bohaterki. Obraz z kamer czasem zatrzymuje się w statycznym ujęciu, reprezentując Mabel siedzącą bez ruchu na kanapie, podczas gdy aktorka "ucieka" z obrazu i podejmuje inne czynności. Takie odchylenia od realizmu świetnie ilustrują przymus odgrywania konwencji w życiu bohaterki oraz opresyjną funkcję reprezentacji jako takiej. W innych scenach rozdźwięk między obrazem wideo i planem żywym zaraża nas wewnętrznym lękiem Mabel, który normalnie nie przebija przez jej uładzoną, radosną powierzchowność.

Nie było innego faworyta Grand Prix niż ten spektakl i nagrody za pierwszoplanową rolę kobiecą niż Sandra Korzeniak.

2.

Za plecami lidera uplasowałbym "Wyjeżdżamy" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Bohaterowie marzą o tym, aby wyjechać lub, mówiąc inaczej, by znaleźć się gdzieś indziej. Ta z gruntu romantyczna idea okazuje się w praktyce niemożliwa do wcielenia. Każdy bohater jest zarazem własną kotwicą. Wyjechanie staje się tyleż pragnieniem opuszczenia Izraela, co metaforą ucieczki przed samym sobą. Jak na ironię casanova tej małej społeczności, Alberto Pinkus, to przedstawiciel instytucji śmierci. Sprawuje pieczę nad pogrzebami jako (wątpliwy) specjalista od przemówień. Trup zresztą ścieli się gęsto. Osiem pogrzebów - podtytuł sztuki "Pakujemy manatki" Hanocha Levina, którą oprócz innych jego tekstów wykorzystano do zbudowania fabuły - ogrywa się tragikomicznie. Śmierć nie jest czymś monstrualnym, wręcz przeciwnie - to bliska znajoma bohaterów. Wygląda wręcz na to, że nie ma w tym świecie lepszej alternatywy. Każdy wyjazd z doliny śmierci obarczony jest nieodłącznym tragizmem. Każde nowe uniesienie to zatapianie się głębiej w znajome i znienawidzone bagno tu i teraz. Na koniec, jedząc lody - symbol nostalgicznego wspomnienia przeszłości, gdy wydawało się, że świat to czekające na nas możliwości - korowód postaci złamanych lub martwych przypomina nam nienachalnie, lecz z uśmiechem, że ukojenie od melancholijnych pragnień i nienasycenia nie nastąpi właściwie nigdy.

O inscenizacyjnym warsztacie artystów z warszawskiego Nowego Teatru nie trzeba chyba zapewniać - doceniło go zresztą jury przyznając nagrodę za najlepszą scenografię i kostiumy (Małgorzata Szczęśniak) oraz za reżyserię dźwięku i muzykę (Paweł Mykietyn), a także za rolę drugoplanową dla Jadwigi Jankowskiej-Cieślak (Boba).

3.

Nagrodę za reżyserię otrzymał Michał Borczuch za "Żaby" ze Studio Teatrugalerii w Warszawie. I trzeba powiedzieć, że zasłużenie - rywalizacja w tej konkurencji była dość zacięta - równie dobrze nagrodę mogli otrzymać Maja Kleczewska, Iwan Wyrypajew za klasycznego, ale wyjątkowo subtelnego "Wujaszka Wanię" z Teatru Polskiego w Warszawie albo Krzysztof Warlikowski.

"Żaby" to spektakl przedziwny, niemal w całości oparty na improwizacjach aktorskich. Punktem wyjścia jest tytułowy dramat Arystofanesa - a dokładniej wątek schodzenia do Hadesu po to, by przywrócić do życia jednego z nieżyjących tragików. Wyprawę do krainy umarłych Borczuch wykorzystał jako metaforę wchodzenia w głąb świata z reguły niedostępnego - czyli antyku, ale, co ciekawsze, także jako zanurzanie się w proces twórczy w ogóle. Reżyser nie chciał inscenizować komedii - zamiast tego wykorzystał ją (oraz szereg innych dramatów oraz mitów) jako wehikuł uruchamiający aktorów do tego, by otworzyli dla widzów różne pola problemowe. Wiodącym tematem jest pragnienie - punkt sporny między współczesną pruderią i antyczną rozwiązłością. Aktorzy grają z dużą swobodą - na próżno szukać tutaj linearnej akcji i narracyjnej logiki wiążącej fragmenty. Spektakl staje się nierówny pod względem stylu i jakości wypowiedzi. Mimo to, warto się było czasem ponudzić dla kilku scen, w których aktorzy dają z siebie wszystko (notabene, za rolę drugoplanową nagrodzono Jana Sobolewskiego). Szczególnie ostatniej sceny, zaskakującego prostotą i liryzmem odgrywaniem pełnego napięcia i nadziei powrotu taksówką do domu z niedoszłym kochankiem.

4.

Ciekawe, że to, co udało się Borczuchowi w "Żabach", w "Czarnych papugach" Alejandro Moreno Jashésa zamieniło mu się w bełkot. Zawieszony między fikcją i faktem teatr udawał styl dokumentalny - wycieczka do szpitala psychiatrycznego miała pobudzić aktorów do improwizacji i stworzenia la schizofrenicznych kreacji. Aktorzy Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie krążyli między ekranami i widzami, próbując oddać atmosferę psychicznego zamknięcia we własnym ciele. To dobry temat na warsztaty poszerzające aktorskie umiejętności, ale... po co pokazywać to widzom? Wczuwanie się w jawnie przerysowane, powierzchowne konstrukcje postaci, objęte zastrzeżeniem, że ani nie są wierne, ani nie służą do utożsamiania się, zakrawa na absurd. "Czarne papugi" powinny były się chyba znaleźć w nurcie Purgatorio jako zapis work in progress - służą przecież poszukiwaniu nowej estetyki, podczas gdy widz w tym procesie zupełnie twórców nie interesował.

5.

Marcin Wierzchowski nie podtrzymał dobrej passy, którą zapoczątkował w zeszłym roku, zdobywając Grand Prix Boskiej Komedii za "Sekretne życie Friedmanów". Tym razem we współpracy z Teatrem Ludowym w Nowej Hucie przedstawił "Hańbę", którą zakwalifikowano do konkursu chyba tylko przez kredyt zaufania za owo osiągnięcie. Już adaptacja powieści Johna M. Coetzeego narzucała wątpliwości, ponieważ wycięto kluczową dla zrozumienia losu bohaterów lokalność. Akcja toczy się wartko: wykładowca akademicki Lurie, który dopuścił się nadużycia seksualnego, razem z córką stają się ofiarą brutalnej napaści. Na linii ojciec - córka wrze emocjami, które wynikają z dość niezrozumiałego uporu. W świecie, gdzie instytucja policji nie działa, a pojęcie sprawiedliwości chwieje się w posadach, trzeba nauczyć się żyć z tytułową hańbą. Twórcy trochę się przeliczyli próbując zrobić z tej fabuły historię uniwersalną. Wyszło na to, że umiejscowili ją nigdzie. Świat przedstawiony jest kompletnie abstrakcyjny, przez co nawet aktorzy (za) mocno ucieleśniający każdy rys traumatycznej sytuacji bohatera, zdają się pracować na marne. Co przesądza o uporze postaci, na przykład o decyzji córki o urodzeniu poczętego z gwałtu dziecka? Jakaś moralitetowa siła fatum. I tu widzę największą słabość spektaklu - usunięcie krytycznych perspektyw z prozy Coetzeego na rzecz banalnej interpretacji, że po prostu tak już musi być.

6.

Część przedstawień w konkursie wyraźnie odstawała od najlepszych realizacji. Na przykład "Konformista 2029" w reżyserii Bartosza Szydłowskiego z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie miał przestraszyć widzów widmem faszyzmu... Niestety adaptując powieść Alberto Moravii twórcy nie potrafili stworzyć przekonującego, futurystycznego obrazu Polski roku 2029. Zadanie w założeniach było karkołomne i skazane na porażkę, bo i jak niby wizja z lat pięćdziesiątych opisująca triumf faszyzmu we Włoszech w latach trzydziestych ma się do współczesności?! Miało być groteskowo: z jednej strony strasznie (nie było) i z drugiej strony śmiesznie (bardzo nie było). Jak na ironię, wyszedł spektakl nijaki i nudny w swoim (źle pojmowanym) interwencjonizmie.

Szymon Czacki otrzymał nagrodę za rolę pierwszoplanową w tym przedstawieniu. Dobrze balansował na granicy tonu serio i buffo. Nie była to może kreacja tak dobra jak Sandry Korzeniak, ale to i tak duży sukces, biorąc pod uwagę, że nic wybitnego reżyser nie pozwolił mu zagrać. Uzasadnienie jury: "choć był obecny na scenie przez niemal cały spektakl, nie koncentrował się na sobie. Jego obecność polegała na subtelnych relacjach z partnerami scenicznymi" - czytam jako pochwałę czystego przebiegu, a nie kreacji postaci. Trzeba nadmienić, że aktor nie miał w konkursie wielu rywali. We wszystkich przedstawieniach role męskie nie były tymi wiodącymi i z reguły miały funkcję drugoplanową.

7.

Podobny przykład, co "Konformista 2029", to chybione wobec zamierzeń przedstawienie Iwony Kempy z Teatru Nowego w Krakowie - "Murzyni we Florencji". Sytuacja nie była przesadnie skomplikowana: pełna napięć chorwacka trzypokoleniowa (a w zasadzie cztero-, bo narratorami są bliźniacze płody) rodzina próbuje opisać ból egzystencji. Ani realistyczno-brutalistyczne zacięcie reżyserki, ani dość ekspresyjne kreacje nie były w stanie ożywić prozy Vedrany Rudan. Gorzej, spektakl aspirował do wywoływania szoku. A można go jedynie skwitować wzruszeniem ramionami. Sytuacja sceniczna była tak klarowna i pozbawiona oryginalnego konfliktu, że oglądanie serii monologów kolejnych członków rodziny wywoływało ból. Bynajmniej, nie był to ból katartycznego wstrząsu.

8.

Kontynuując wątek rozczarowań - nie mogę zrozumieć decyzji o zakwalifikowaniu "Biesów" w reżyserii Jacka Głomba do głównego nurtu festiwalu. W każdym elemencie przedstawienie Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy wyglądało jak produkcja amatorska. Pełne ambiwalencji postaci z powieści Fiodora Dostojewskiego spłaszczyły się w typy krzykliwych rewolucjonistów i rozhisteryzowanych kobiet. Reżyseria zresztą wyraźnie sugerowała, że widzów będzie czekać takie właśnie "realistyczne" granie - przez wprowadzenie anachronicznej postaci narratorki, która miała uzupełniać luki w tym słuchowisku. Właśnie - słuchowisku, bo znacznie łatwiej było odwracać wzrok, niż patrzeć co dzieje się ze scenografią. Składały się na nią stosunkowo duże "paczki" sprasowanej makulatury - symbol papierowych ideałów rewolucyjnego kółka idealistów (?) - które swoją użyteczność i symboliczny potencjał wytraciły po pierwszej scenie. Przez kolejne godziny paczki się przesuwało i rzucało bez celu, traktowało jako reprezentację stołu, krzesła, komody... Ze ścian zwisały brudnoszare szmaty, a w tle wznosiło się rusztowanie. Intencją reżysera było osiągnięcie wrażenia wzmożonego ruchu na scenie, reprezentującego gwałtowność postaw i zmienność nastrojów głównych bohaterów. Niestety nie pomógł sobie ani scenografią, ani adaptacją przestrzeni. Scena na dwudziestu aktorów okazała się na tyle ciasna, że papierowe "paczki" sprawiały wrażenie przeszkody a nie rekwizytu.

9.

O ile wybranie najlepszych spektakli było raczej łatwe, o tyle różnorodność prezentowanych form stawiała przed międzynarodowym jury nie zbyt proste zadanie, choć była niewątpliwym pożytkiem dla widza. Znalezienie wspólnego kryterium oceny dla tak skrajnych pod względem formy punktów programu wydaje mi się niemal niemożliwe. Jak rzetelne ocenić tę reprezentację? Instalacja ("Czarne papugi"), teatr tańca ("Spektakl dla turystów"), teatr dla dzieci ("Zagubiony chłopiec"), monodram ("Zapiski z wygnania")... Osobną kategorią jest przedstawienie Starego Teatru z Krakowa "Rok z życia codziennego w Europie Środkowo-Wschodniej" Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki, które mógłbym określić jako teatr dyskursywny. Jego zrozumienie, jak nieraz zaznaczali twórcy, uzależnione jest od znajomości kontekstów literackich i politycznych oraz zaangażowania w polską rzeczywistość społeczno-kulturową. W przypadku jury to postulat trudny do zrealizowania, a przecież do tego dochodzi bariera językowa. Tym bardziej, że napisy w języku angielskim nie były wyświetlane w rytmie wypowiedzi scenicznych. Mogę sobie tylko wyobrazić, że w odbiorze jury sensy spektaklu po prostu nie mogły złożyć się w całość.

Ana Marta Pizarro (dyrektor Iberoamerykańskiego Festiwalu Teatralnego w Bogocie), Igor Lozada (kurator i producent z Meksyku), So Kwok Wan (wicedyrektor programowy Festiwalu Sztuk w Hongkongu), Zane Kreicberga (dyrektorka Instytutu Teatralnego na Łotwie) i Antonio Araujo (dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego w So Paulo) nie pokusili się w werdykcie o ogólną ocenę reprezentacji teatru polskiego, ograniczyli się do uzasadnienia poszczególnych nagród.

10.

Mimo tych zastrzeżeń, w moim odczuciu werdykt był kontrowersyjny. Grand Prix rozdzielono między "Pod presją" (w pełni zasłużenie) i "Zapiski z wygnania" Sabiny Baral w reżyserii Magdy Umer z Teatru Polonia w Warszawie (na wyrost). Trudno zrozumieć mi postawienie na jednym stopniu podium stworzonej z rozmachem produkcji ze Śląska z prostą formą monodramu, przypominającego benefis czy wieczór poetycki.

Nie można adaptacji Umer i Jandy odmówić rzetelności. Temat wymuszonej przez władze PRL emigracji Żydów w 1968 roku nabiera osobistego wymiaru. Krystyna Janda wciela się w narratorkę "Zapisków" i relacjonuje doświadczenie wygnania. Aktorka znajduje się za tiulowym ekranem, na którym w projekcji live wyświetla się jej twarz w zbliżeniu. Akompaniuje jej zespół muzyczny. Od czasu do czasu pokazuje się kroniki filmowe, które uzupełniają wspomnienia kontekstem historycznym. Jednakże emocje szyje się tu grubymi nićmi, Janda stara się wyciskać łzy na policzki widzów. Inscenizacyjnie nie dzieje się nic - tyle tylko, że aranżuje się warunki do budowania patosu. Relacjonowanie biografii, przeplatane piosenkami i recytacją poezji, zaczyna po dłuższym czasie nużyć. Jakkolwiek "Zapiski" rzucają nowe światło na problem antysemickiej nagonki '68 roku, uważam, że to jeszcze za mało, by uznać je za najlepsze przedstawienie sezonu.

11.

Dyrektor artystyczny festiwalu, Bartosz Szydłowski, opatrzył tegoroczną edycję mottem z Czesława Niemena: "Dziwny jest ten świat". Obraz świata jaki wyłania się z programu jest dość pesymistyczny. Abstrahując od jakości poszczególnych wypowiedzi warto zauważyć, że dotyczyły one usytuowania jednostki w świecie radykalnie obcym. Chory układ relacji - z instytucjami, z bliskimi lub obcymi ludźmi, z własną pamięcią lub tożsamością - przekładał się na dziwność scenicznych światów lub ich jawną wrogość wobec postaci. Wspólnym tematem było swoiste uwięzienie w tym świecie dziwności. Więc i bohater tych opowieści to z reguły jednostka "czująca", która znajduje się w momencie politycznego i egzystencjalnego kryzysu. Towarzyszy mu niemożność zbudowania trwałych i pozytywnych relacji w ramach obcego świata. Trudno komentować, czy ten obraz jest czy nie jest słuszny. Zgodnie z nazwą w Inferno zobaczyliśmy diagnozy osobistych lub kolektywnych, mniejszych lub większych piekieł.

Konkurs Polski Inferno, XI Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia, 8-16 grudnia 2018, Kraków.

*

Piotr Urbanowicz - absolwent wiedzy o teatrze na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorant w Katedrze Performatyki UJ.