powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Niedopasowanie albo szarzyzna codzienności

Sztuka, którą zapowiadano jako jeden z najlepszych tekstów roku, nie okazała się zanadto odkrywcza. Porusza temat rodzinnego konfliktu ubranego w formę dramatu psychologicznego, a w tle pozostaje niezwykle ważki problem szkolnej przemocy. Jednak jej przesłanie, konstrukcja oraz język trącą banałem - o "Little Pony" Paco Bezerry w reż. Rudolfa Zioło w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku pisze Wiktoria Formella z Nowej Siły Krytycznej.

Szkoła jako poligon sprawdzający umiejętność dostosowania się bądź kwestionowania obowiązujących reguł, a uczniowie jako mikrokosmos społeczności szukającej odmieńca-kozła ofiarnego, to tematy obecne w dramacie "Little Pony" Paco Bezerry. Polską prapremierę utworu ukazującego kryzys rodziny przygotował Rudolf Zioło w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Tekst uznany za najlepszy iberoamerykański dramat 2017 roku opowiada historię dziesięcioletniego Tomka, który jest prześladowany przez szkolną społeczność za posiadanie plecaka z kucykami z kreskówki "My Little Pony".

Problem zostaje ukazany z perspektywy jego rodziców, Agaty i Daniela, a dzięki temu na jaw wychodzą ich diametralnie różne poglądy na temat wychowania dziecka, ale także odmienne wizje przyjmowania właściwych postaw wobec presji społecznej. Ich opozycyjne stanowiska widać od pierwszej sceny: Daniel, niczym odrealnione małe dziecko, wyleguje się na podłodze i głośno rozmyśla nad właściwościami ludzkiej fizjologii w kosmosie, a racjonalna Agata próbuje zmusić się do przeczytania książki - nieudanego prezentu od męża. Matka grana jest przez Katarzynę Kaźmierczak jako konserwatywna oportunistka, która pragnie normalności dla siebie i bliskich, a bycie takim jak inni stanowi szczyt jej marzeń. Agata ma precyzyjnie zarysowane poglądy wobec norm społecznych - dawnych przebieranek dziecka nie uznała za niewinną zabawę, tylko zalążek niebezpiecznego procederu. Gdy kadra pedagogiczna zasugeruje, że źródłem problemów Tomka jest jego prowokacyjny plecak, będzie dążyła do jego wymiany. Opór chłopca pozwoli matce podjąć decyzje za niego - Agata wyrzuci plecak, a syna będzie próbowała przenieść do innej szkoły. Odmienne stanowisko przyjmuje liberalny Daniel (Grzegorz Gzyl), który zaakceptuje kontrowersyjny wybór syna oraz jego odmienność. Dla ojca wrażliwość Tomka to jedynie pretekst pozwalający synowi przyjąć pozę nieustępliwego. Dlatego będzie wspierał "męskie" decyzje Tomka, czyli odpowiadanie przemocą na przemoc. Dziecka nie potraktuje jako źródła problemu - będzie chciał, aby szkołę zmienili prześladowcy a nie ofiara, jego syn. Dopiero w krytycznym momencie przyzna, że wymusił na chłopcu nieustępliwość, a dzielna postawa Tomka pozwalała zapomnieć Danielowi, że sam w przeszłości znęcał się nad koleżanką uwięzioną w gorsecie ortopedycznym.

Postaci Agaty i Daniela to klasyczni protagonisści, a połączenie ich osobowości tworzy everymana - rozpisanego pomiędzy chęcią zaakcentowania własnej indywidualności a koniecznością dostosowania się do standardów normalności narzucanych przez otoczenie. Aktorom trudno cokolwiek zarzucić, przekonująco ukazują frustracje i lęki ambitnych graczy kolekcjonujących zwycięstwa w rodzinnych wojenkach.

Inscenizacja jest przesiąknięta, typowym dla realizacji Zioły, minimalizmem. Katarzyna Stochalska utrzymała scenografię (meble) i kostiumy (rodziców) w graficie. Inne rozwiązanie zaproponował Alejandro Andújar w Cervantes Theatre w Londynie, gdzie w inscenizacji Pauli Paz, zalał przestrzeń cukierkowym różem nawiązującym do estetyki kucyków. Bardziej przekonuje rozwiązanie gdańskie: monochromatyzm rozbija fioletowe krzesło - barwny skrawek przestrzeni wygospodarowany dla dziecka. To jedyny mebel o zaokrąglonych kształtach, na który nikt nie siada, bo jest przeznaczony dla nieobecnego dziecka-odmieńca. Choć fabuła oscyluje wokół problemów chłopca, tak naprawdę jego potrzeby pozostają niewysłuchane przez najbliższych. Obok krzesła ulokowane są czułe mikrofony, więc wszystkie gesty wykonywane w pobliżu miejsca Tomka głośno dźwięczą, zagłuszając przestrzeń dziecka. Z tego powodu w projekcji powróci zdjęcie chłopca z zaszytymi ustami.

Trudno posądzić tak sportretowanych rodziców o umyślną chęć krzywdzenia dziecka, pozostają jednak obojętni na wrażliwość syna, traktują go jak obiekt realizacji własnych ambicji. Chłopiec staje się zabawką w rękach rodziców: gdy matka odwozi Tomka do szkoły, towarzyszy mu plecak z Batmanem, natomiast gdy tylko ojciec zorientuje się, że torba z Twilight Sparkle została w domu - doniesie ją chłopcu. Nie dziwi więc, że chłopiec, będący nieustannie przedmiotem sporów rodzinnych, zamknie się w sobie. Gdy komunikował się z rodzicami, jego zdanie było nieważne, dlatego przeniesie się do wyimaginowanego świata gwarantującego bezpieczny azyl w nieznośnej rzeczywistości.

Katarzyna Stochalska z trzech stron otacza salon białymi ścianami, które potęgują aurę osaczenia. Pozostawienie na środku otworu tylko pozornie stanowi wyjście, gdyż za nim ulokowano kolejną konstrukcję - w formie ślepego zaułka. Przestrzeń nie ma w sobie nic z przytulności domowego salonu i jadalni, lecz zimną sterylność wzmacnianą przez niekończące się ściany labiryntu. Uczucie zniewolenia potęguje także zachowanie postaci, często dość absurdalne, mechaniczne: Daniel próbuje wyjść z pokoju, ale nie może tego zrobić, bo jedną ręką obejmuje ścianę, więc cofa się, a sekwencja zostaje zapętlona; Agata siedzi przy stole, by po chwili przesuwać się na krześle pod ścianę, celując w jej środek; w innej scenie przesuwa się w wzdłuż ściany przystawiając nogę do drugiej stopy. Niepokój wzmacnia światło - jasne, ale zimne, wyrasta ponad użyteczność, dyktuje ruch postaciom. Często ustawia je po przeciwległych stronach sceny, ograniczając ekspresję skrawkami jasności.

Konwencję realistyczną rozbija też muzyka Marcina Nenko - pourywana, ograniczona do pojedynczych dźwięków, uderzeń w klawiaturę. Dlatego, gdy wybrzmi cały sygnał nadchodzącego połączenia, a potem powróci w formie przesterowanej, będzie zwiastował pogłębienie impasu.

Spektakl uzupełniają projekcje przedstawiające czarno-białe zdjęcie chłopca, na których niewidzialna ręka oprawcy rozładowuje swoje frustracje. Pojawią się także twarze prześladowców - przerażające, rozpływające się w bezkształtną masę.

Niewinna historia rodzinnego, wieczornego relaksu szybko staje się opowieścią o szkolnej przemocy. Początkowo nieco bawi widzów, że powodem kpin jest błahostka. Rozbawienie błyskawicznie mija, gdy problem zaczyna niewiarygodnie rosnąć. Tomek nie mierzy się jedynie z grupką nieprzyjaciół, klasą, lecz ze społecznością szkolną, która liczy dwustu pięćdziesięciu trzech uczniów. Niepotrzebnie kilkakrotnie podkreśla się ten przesadzony fakt, kreśląc szkołę (a w dalszej perspektywie - społeczeństwo) jako jednomyślny monolit szukający kozła ofiarnego.

Bezerra wyeliminował z opowieści gesty wsparcia, mimo że właśnie takie wydarzenia miały miejsce w 2014 roku w Nowej Karolinie. Źródłem inspiracji "Little Pony" jest bowiem historia dziewięcioletniego Graysona Bruce'a, któremu wobec fali przemocy ze strony uczniów dyrekcja zakazała przynoszenia do szkoły plecaka z serialowymi podobiznami i groziła wydaleniem. Wcześniej podobna opresja spotkała Michaela Moronesa i doprowadziła go do próby samobójczej, więc może dlatego Grayson otrzymał mnóstwo gestów wsparcia w mediach społecznościowych (obie historie można prześledzić pod hasłami: Support and Love for Michael Morones oraz Support for Grayson). Te poruszające wydarzenia nie dotarły do Polski, a Rudolf Zioło rezygnuje z perspektywy publicystycznej i nie przywołuje rodzimych spraw szkolnego prześladowania. Jedyną formą translacji kulturowej pozostaje spolszczenie imion postaci (w oryginale Irene i Jaime).

Sztuka, którą zapowiadano jako jeden z najlepszych tekstów roku, nie okazała się zanadto odkrywcza. Porusza temat rodzinnego konfliktu ubranego w formę dramatu psychologicznego, a w tle pozostaje niezwykle ważki problem szkolnej przemocy. Jednak jej przesłanie, konstrukcja oraz język (nie wydaje się, aby była to kwestia tłumaczenia Macieja Kryszy i Michała Kurkowskiego) trącą banałem. Oczywistej prawdy o władzy sprawowanej przez większość i trudnościach w kwestionowaniu norm społecznych nie przełamuje ascetyczna inscenizacja. Powstał poprawny spektakl, któremu raczej nie towarzyszy idealistyczna misja przeprowadzenia szkolnej kampanii antyprzemocowej. "Little Pony" nie jest bowiem typowym przedstawieniem edukacyjnym - przestrogą godną zafundowania wycieczkom klasowym. Uczniom lepiej byłoby wyjaśnić, że przemoc nie zaczyna się w momencie nękania przez społeczność szkolną. Może przyjmować pozornie niewinną formę mowy nienawiści (motywowania pogardą czy stosowania negatywnie wartościujących określeń) a nie tylko postać tak zwanej niebezpiecznej mowy, czyli bezpośrednio nawołującej do przemocy.

U Bezerry ostrze krytyki skierowane jest w innym kierunku. Sztukę okrzyknięto mianem "an impassioned anti-bullying drama", jednak - choć na pierwszy rzut oka tego nie widać - nad Tomkiem nie znęcają się tylko rówieśnicy, ale także rodzice. Wprawdzie Agata i Daniel mają jak najlepsze intencje, lecz nie potrafią przyjąć wspólnego stanowiska. Zarzucają się sprzecznymi pomysłami, przez co głos dziecka zostaje zagłuszony. Paradoksalnie, choć wszystkie rozmowy dotyczą Tomka, jego problem staje się materiałem służącym do małżeńskich manipulacji i forsowania własnych poglądów. Ale to też ważny temat.