powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Życie jest nie tylko melancholijne i liryczne

- W tym świecie chce się być, do niego należeć, wspólnie śmiać się i wzruszać - z Jackiem Borusińskim, Dariuszem Basińskim i Jadwigą Basińską (Mumio) rozmawia Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

W grudniu na scenie Och-Teatru pojawił się Państwa spektakl "Przybora na 102", w którym występujecie razem z Magdą Umer. Czy łatwo było namówić tę znakomitą wykonawczynię piosenek Przybory i Wasowskiego, by wzięła udział w Waszym przedsięwzięciu i zagrała Ciotkę Mizerię? Jacek Borusiński: To może zabrzmi nieskromnie, ale namawiała nas Magda i to od wielu dobrych lat, jak sama twierdzi od dziesięciu, choć chyba lekko przesadza. Ale chyba nie o namawianie tutaj chodzi a raczej o pomysł, który od początku był Magdy. Jeśli jednak chodzi o kreację Ciotki Mizerii to faktycznie namawialiśmy Magdę długo, a nawet można mówić o rodzaju pewnego uporu z naszej strony, by Magda zagrała postać, śpiewała, a nie była swego rodzaju narratorem w jej teatrze wyobraźni, jak to wcześniej bywało.

Wasz spektakl obok prezentacji wielu piosenek niezapomnianego duetu zawiera również elementy improwizowane. Co chcieliście przez to pomieszanie liryzmu z Waszym niekiedy szalonym, surrealistycznym poczuciem humoru osiągnąć?

Dariusz Basiński: Improwizacja, ale oparta o temat podobnie jak w Jazzie, to coś co zawsze nas interesowało. Chyba dzięki niej zagraliśmy nasz pierwszy spektakl pt. "Kabaret Mumio" prawie tysiąc razy i ciągle nam się nie znudził. Na scenie często sami siebie zaskakujemy. Pociąga nas też ryzyko związane z improwizowaniem - czasami trzeba wykonać jakieś niesamowite pasaże, żeby udało się spaść na cztery łapy. Co do poczucia humoru to znając teksty i dokonania wiadomego Duetu obserwujemy sporą zbieżność komicznej wrażliwości. Pan Jeremi zresztą, wiemy to od Magdy, nieskromnie mówiąc, bardzo nas w tej materii komplementował. Ten Przyborowy liryzm jest przecież bardzo zabawny - kompletnie wolny od patosu, nadęcia, co także Mumiu jest bliskie. Życie przecież nie jest tylko melancholijne i liryczne. Często bywa absurdalne.

Jak dobieraliście piosenki do tego programu i jak rodził się sam scenariusz, który jest pełen bardzo różnorodnych emocji?

Jacek Borusiński: Niektóre piosenki i sceny proponowała Magda, bądźmy szczerzy większość, a niektóre my sami; żeby być w zgodzie z własnym sumieniem było ich mniej. Jeśli chodzi o całościowy scenariusz improwizowaliśmy go wspólnie na próbach, ciesząc się kolejnym pomysłem, dialogiem, a nawet niejednokrotnie pojedyncze zdania, czy też słowa były odbierane nieobojętnie.

Jesteście aktualnie formacją, która niektórym kojarzy się z kabaretem, choć macie sporo wcześniejszych doświadczeń czysto teatralnych - dlaczego postanowiliście ubrać swój spektakl w formę teatralno-muzyczną? Czym jest dla Was wcielanie się w Osoby z Opowieści Starszego Pana? Wcześniej graliście m. in. Szekspira, Jarry'ego czy Eurypidesa. Tęsknicie za teatrem stricte dramatycznym?

Dariusz Basiński: Wcześniej rzeczywiście graliśmy wyłącznie spektakle dramatyczne i to oparte o cudze teksty. Potem pojawił się teatr w teatrze czyli "Kabaret Mumio" i "Lutownica ale nie pistoletowa tylko taka kolba". Po sukcesie tych afabularnych spektakli i miniaturach reklamowych dla pewnej telekomunikacyjnej firmy wróciliśmy dwa lata temu do fabuły w naszym kinoteatralnym "Welcome Home Boys". Po tym długim, wielopoziomowym spektaklu zatęskniliśmy chyba za czymś piosenkowym i nadszedł czas na zmierzenie się z piosenkami i postaciami między innymi z Kabaretu Starszych Panów. Wydawało się nam to ryzykowne, ale i pociągające. Poza tym nasz stosunek do postaci scenicznych jest niezmiennie afirmatywny. Lubimy je i staramy się nawet czarne charaktery usprawiedliwiać i aprobować. Wiemy trochę o pokraczności i słabości każdego bez wyjątku człowieka. A przecież widzimy, że tak samo w ciepły sposób traktował swoich bohaterów Jeremi Przybora.

Na czym według Was polega fenomen twórczości Przybory i Wasowskiego, która wciąż śmieszy tak samo?

Jacek Borusiński: W telegraficznym skrócie odpowiem za Zbigniewem Herbertem - jest to kwestia smaku, potęga smaku, na który składa się mieszanina niezwykłego talentu, wrażliwości, elegancji łamanej przez nonszalancję. A wszystko to okraszone niebywałą sympatią i przenikliwością w widzeniu drugiego człowieka. W tym świecie chce się być, do niego należeć, wspólnie śmiać się i wzruszać. Do tego jakże smacznego dania potrzebujemy jednego - kelnera, aktora, który zaniesie tę cudowną potrawę, jak najmniej roniąc po drodze. Mamy nadzieję, iż jeśli nawet się potykamy, robimy to z wdziękiem.

Kiedy zdecydowaliście się na współpracę z Magdą Umer nie baliście się, że może być to zestawienie jednak ryzykowne? Że może próba połączenia dwóch wrażliwości okaże się mieszanką tyleż wybuchową, co też na przykład mało strawną? Już dzisiaj wiadomo - czytając dotychczasowe recenzje - że o żadnej niestrawności nie ma mowy, bo "zamieszkujecie tę samą galaktykę" - jak napisała Magda Czapińska. Ale mieliście w ogóle takie obawy na początku?

Jadwiga Basińska: Na początku obawialiśmy się przede wszystkim tego, czy jesteśmy w stanie zmierzyć się z twórczością "Starszych Panów" - tzn. czy my możemy, czy my jesteśmy gotowi śpiewać piosenki, które w naszych głowach i pamięci "należą" do wspaniałych, genialnych, niepodrabialnych, wybitnych aktorów: Ireny Kwiatkowskiej, Barbary Krafftówny, Wiesława Michnikowskiego, żeby wymienić tylko niektórych. Potem nie tyle zdecydowaliśmy się na współpracę z Magdą, ile postanowiliśmy się spotykać i przebywać razem, rozmawiać i przymierzać. To przebywanie okazało się przyjemne i twórcze - potwierdziło nasz wzajemny szacunek do siebie i do naszych twórczości.

Jak Wy czujecie się w świecie Przybory, ile z niego w ogóle przejmujecie, jeśli chodzi o Wasze poczucie humoru, patrzenie na świat i jak to wykorzystujecie w swoich programach?

Jadwiga Basińska: Ja czuję się "wyjęta" z Kabaretu Starszych Panów. Może dlatego, że na piosenkach duetu Przybora - Wasowski wyrosłam. Odpowiada mi bardzo umiłowanie słowa Pana Jeremiego i kunszt kompozytorski Pana Wasowskiego. To wszystko o czym wspominali wcześniej Darek i Jacek.

Nie macie sobie równych, jeśli chodzi o wizję humoru, który jest Waszym znakiem firmowym nieporównywalnym z żadnym innym kabaretem. Jak do tej wyjątkowości i oryginalności dochodzicie? Czy są jakieś metody na to, by wciąż publiczność zaskakiwać, a nie odcinać tylko kuponów od tego, co sprawdziło się wcześniej? Czy czas pracy nad nowym projektem może rzeczywiście uchronić przed niepowodzeniem? Nie jest tajemnicą, że nad niektórymi spektaklami pracujecie bardzo długo.

Dariusz Basiński: Jak już wspominałem oprócz pracy nad tekstem i muzyką posługujemy się sporo improwizacją. Obecną również w naszych większych i mniejszych dokonaniach filmowych i reklamowych. Przygotowując spektakl często improwizujemy na próbach tworząc teksty, linie melodyczne, sytuacje. Potem improwizujemy z gotowym tekstem. Na końcu wreszcie improwizujemy podczas danego przedstawienia. Niektóre z tych improwizacji wchodzą potem w spektakl do momentu kolejnego improwizacyjnego pączkowania. Pewnych tekstów, sytuacji nie da się napisać. Mogą powstać tylko nagle, znienacka, na żywo. Tak było na przykład z "Kopytkiem". Nie planowaliśmy, że tak się ten filmik rozwinie. Pracujemy długo, bo pokazujemy tylko to, co nam samym się naprawdę podoba. Sporo być może śmiesznych kawałków wyrzucamy, bo nie spełniają kryterium Mumiowości.