powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nowa droga Teatru Amareya

Z okazji piętnastolecia istnienia Amareya Theatre & Guests przygotował dwie premiery: "Etleke verter oyf mama-loshen" (Kilka słów w języku ojczystym) oraz "#fitNIEPODLEGŁA". Wystawienie ich tego samego dnia i w tej samej przestrzeni pozwala odbierać je jako dialogujące ze sobą wypowiedzi - pisze Wiktoria Formella z Nowej Siły Krytycznej.

Spektakle zwiastują przełom w estetyce gdańskiej grupy, kojarzonej z ekspresją teatru fizycznego oraz tańca butoh.

"Etleke verter oyf mama-loshen" powstał na motywach opowieści ocalałych z Holocaustu (koncept: Katarzyna Pastuszak, Monika Popow, Aleksandra Śliwińska). Przekaz przedstawienia wzmacnia miejsce prezentacji - Nowa Synagoga w Gdańsku, na parterze której jest zainstalowana stała wystawa poświęcona Żydom, głównie mieszkającym na Pomorzu. W pamięć zapadają zwłaszcza dane z tablicy dedykowanej Stutthofowi. Według powszechnego spisu ludności z 18 sierpnia 1929 roku spośród 407 517 obywateli Wolnego Miasta Gdańska 10 448 było wyznania mojżeszowego. Dziesięć lat później, po masowej emigracji z lat trzydziestych, pozostało ich 1 444. Do marca 1945 roku w getcie na Mausegasse na Wyspie Spichrzów przetrwały zaledwie 22 osoby. Jak Żydom udało się przeżyć w okrutnych czasach antysemityzmu? Spektakl-instalacja "Kilka słów w języku ojczystym" może stanowić odpowiedź.

Tytuł został zaczerpnięty z wiersza Ireny Klepfisz, która urodziła się w 1941 roku w getcie. Wojenne doświadczenia są obecne w jej poezji - niezwykle wymownej i zwięzłej, pełnej lęku, który towarzyszył jej w dzieciństwie. Poetka często emigrując, zmieniała język - do 1946 roku mieszkała w Łodzi, jej pierwszym językiem był polski. Potem wyparł go szwedzki, angielski, a następnie zaczęła korzystać z jidysz. Każdy z języków miał dla niej inne znaczenie. Jidysz był językiem dzieciństwa - rodziny, kultury i wychowania. Wiersze w nim tworzone wyrażają tożsamość, są próbę ocalenia tego języka przed zapomnieniem. Tytułowy "mama-loshen" to język ojczysty, jednak często można spotkać się z tłumaczeniem "matczyny", co jest przeciwieństwem hebrajskiego, uznawanego za język ojca.

Przed rozpoczęciem, widzowie zostają poproszeni o zabranie kurtek oraz ostrzeżeni, że wejście do przestrzeni instalacji odbywa się na ich odpowiedzialność. Trudno wyjaśnić, czy jest to podyktowane specyfiką działań czy niebezpiecznymi, stromymi schodami, które prowadzą na poddasze. Komunikat jest wystarczająco sugestywny, aby zbudować nastrój niepokoju. Na strychu trudno znaleźć krzesło, panuje absolutna ciemność, która będzie towarzyszyć całej prezentacji. Docierają do nas odgłosy działań, które pozostają na tyle niejednoznaczne, że stworzenie wokół nich historii jest kwestią indywidualnej interpretacji widza. Słychać darcie papieru, przelewanie płynu, turlanie kuli, nieprzyjemny zgrzyt przypominający pocieranie gwoździem o tablicę, a także głuchy łoskot. Artystki chciały również wywołać odpowiednie wrażenia zapachowe, jednak mnie nie udało się nic poczuć.

Teatr Amareya prezentując historie dzieci Holokaustu porusza temat osób wyrwanych z korzeni, a przez to pozbawionych tożsamości. Twórcy zastanawiają się, dzięki czemu udało się przetrwać kulturze jidysz, dlaczego nie uległa zapomnieniu. Ukazują strategię ukrycia tożsamości, silną potrzebę ocalenia życia, mimo rozgrywającego się dramatu opuszczenia i osamotnienia. Artystki wykazały się dużą odwagą tworząc spektakl odbywający się w zupełnej ciemności, w którym środek ciężkości został przesunięty z odbioru intelektualnego na sensualny. Nie tylko temat, ale również warunki prezentacji powodowały napięcie wśród widzów, ale bez naruszenia granic ich prywatności. Dopiero dwukrotne rozpalenie zapałek - które po ułamku sekundy gaszono - pozwoliło dostrzec, że między aktorami a widzami jest bariera w postaci kurtyny. Wzmocniło to efekt braku kontaktu, niemożności opowiedzenia historii przesiedlenia i utraty języka. Tytułowy "język ojczysty" to język nasycony trudnymi doświadczeniami, które zdradzają przeraźliwą chęć przetrwania. Pada kilka polskojęzycznych zwrotów, zapamiętałam: bolą nogi, ciemno, oddychać, trwać, przetrwać. To także ostrzeżenie, aby nie zapominać. Choć spektakl nie wnosi nowych treści (teksty i dramaturgia: Monika Popow), to jednak formalnie zaskakuje efemerycznością i odwołaniem do pamięci ciała (ruch: Katarzyna Pastuszak, Aleksandra Śliwińska). Ukazuje strach i niepewność jako kategorie, które na trwałe zostały wpisane w kulturę Żydów.

Drugie przedstawienie powstało jako efekt ponad półrocznego cyklu warsztatów Amareya_LAB. Scenę wypełniło kilkanaście osób, ubranych w podobne kostiumy: okulary przeciwsłoneczne, ciała obklejone plastrami do kinesiotapingu, sportowe ubrania z nowoczesnym sznytem w postaci przezroczystych wstawek (a może to forma recyklingu). Spośród tego co wspólne, wyziera to co jednostkowe. Podobny pomysł przyświecał ruchowi. Po skosie sceny ułożyła się kobieta, która odtwarza choreografię przypominającą fitness. Dołączały do niej kolejne osoby, które z dbałością o synchroniczność wykonują ten sam układ. W pewnym momencie z impetem wkroczyła kobieta przedstawiająca się jako Matka Polka Pospolita Wszechogarniająca (Natalia Grzebała). Niszczy konstrukcję z drewnianych krzeseł, spod której wyłania się pianino. Dzieli się z widzami doświadczeniem wyrzucenia szmaty do podłogi, którą otrzymała od chłopka, że przez lata dobrze jej służyła, a teraz poszukuje nowej, równie dobrej. W pewnym sensie odwołuje się do archetypu, którym sama siebie określiła, ale rolę kreśli z dużym dystansem, humorem i lekkością, wręcz prześmiewczo.

Ignorując działania wykonywane przez resztę, niszczy ich skrupulatną choreografię. Synchroniczna precyzja ustąpiła miejsca organicznemu ruchowi. Aktorki mają dużo przestrzeni na wyrażenie osobistej energii, choć ta swoboda wydaje się kontrolowana, a nie improwizowana. Katarzyna Pastuszak (reżyseria) w choreografii stworzonej wraz z zespołem korzystała z naturalnej ekspresji każdego z wykonawców. Nie chciała jej podporządkować rygorowi, choć w układach zindywidualizowane losy czasem się krzyżują, aby poddać się wspólnie wykonywanym ruchom. Dominują w nich elementy jogi, techniki tańca współczesnego, inspiracje boksem. Być może artyści odwołują się do znanego z mediów społecznościowych hasła "To ja jestem Polską". W scenariuszu bowiem podkreślono autonomiczność występujących podyktowaną osobistymi doświadczeniami: przekonania na temat bycia (nie)podległym, poczucia wolności i zniewolenia, zwierzeń z cielesności. Niektóre fragmenty trącą frustracyjnym banałem, jednak dzięki temu wyraźniej widać, że Niepodległa nie jest monolitem zbudowanym z niewyróżniających się jednostek, lecz mieszaniną różnorodności. Również z tego powodu spektakl operował skrajnymi emocjami, jak choćby w scenie, w której monolog zahukanej dziewczynki staje się rozhisteryzowaną frustracją, a potem głosem przepełnionym ksenofobiczną i nacjonalistyczną wrogością. Kolejne sceny dialogują ze sobą, wspomniany monolog został zderzony z ironicznym intonowaniem zwrotu "najwięcej smaku jest w polskim buraku".

Przedstawienie łączy teksty mówione, nagrania z offu, grę na instrumentach, śpiew oraz skromne efekty świetlne. Królowały obśmiane hity: "Wszyscy Polacy" Bayer Full, "Jesteś szalona" Boys, "Piękna i Bestia" Borysa LBD, a także muzyka elektroniczna. Postawiono na prostą ilustracyjność. Imponuje przygotowanie aktorów, warto docenić zwłaszcza ich sprawność ruchową. Spektakl nie jest oczywistą laurką wystawioną na stulecie odzyskania niepodległości, choć nie zabrakło arcypolskich barw. Biały i czerwony to robocze uniformy dwóch aktorek, które tworzą żywą flagę. Choć w spektaklu głos zabierają wyłącznie aktorki (na scenie występuje jeden mężczyzna), temat miejsca kobiet w Niepodległej nie jest wyeksponowany (mimo przypadającej kilka dni po premierze setnej rocznicy wywalczenia praw wyborczych przez Polki).

Urodzinowe premiery być może zapoczątkują inną estetykę Teatru Amareya. Kierunek nie wydaje się oczywisty. "Etleke verter oyf mama-loshen" koncentruje się na warstwie audialnej, natomiast "#fitNIEPODLEGŁA" równie silnie jak słowo (zredukowane w dotychczasowych produkcjach do minimum), eksploruje teatr fizyczny. Oba przedstawienia pozostawiają sporo niedopowiedzeń, twórcy oddają widzom przestrzeń na tworzenie interpretacji, nie moralizują. Gdańska grupa niezmiennie porusza tematy istotne - tożsamość i indywidualne historie - nie zapominając o kontekście społecznym, politycznym oraz o innych, zwłaszcza o wykluczonych grupach kulturowych.

--

Na zdjęciu: scena ze spektaklu "#fitNIEPODLEGŁA"