powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Z życia drzew

"Postać dnia / siedem reakcji na jedno zdarzenie, czyli opowieść teatralna o aktorze Przegrodzkim" pilgrima/majewskiego w reż. Seba Majewskiego w Teatrze Polskim w Podziemiu we Wrocławiu. Pisze Piotr Morawski, członek Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Aktor Przegrodzki wszedł na lipę i nie chce z niej zejść. A okazuje się, że lipa (die Linde) jest drzewem niemieckim i rosła jeszcze w przedwojennym Breslau, więc jako element niepolski przez obrońców polskości Wrocławia skazana została na wycięcie. Jednak wyciąć nie można, bo siedzi na niej Przegrodzki i ani myśli zejść.

Igor Przegrodzki, czyli aktor wrocławskiego Teatru Polskiego i legenda teatralnego Wrocławia. Mistrz dla aktorek i aktorów wrocławskiego Podziemia - dla tych, którzy go znali ze szkoły czy z teatru oraz tych, którzy go poznać przed śmiercią w 2009 roku nie zdążyli.

Zanim jeszcze się zacznie, Andrzej Wilk, w podkolanówkach z pomponami wprowadza w spektakl. Przedstawia się - mówi, że był aktorem Teatru Polskiego, a teraz - z wiadomych powodów - gra w Teatrze Polskim w Podziemiu. To ustawia - rzecz jasna - odbiór: "Postać dnia" od razu staje tyleż wypowiedzią na temat wybitnego kolegi, ile pytaniem o Teatr Polski - o jego historię, ale i o przyszłość.

Na środku sceny Michał Opaliński siedzi na składanym stołeczku i robi na drutach. Z sufitu spływają zaś strąki zielonej i niebieskiej włóczki. Siedzi w pantoflach i w koszuli z żabotem, jednak bez spodni - dzierga swoją lipę, która jest dla niego nie tylko mieszkaniem, lecz także najlepszym przyjacielem - na imię ma Robert. Łączą ich wełniane nici, ale przede wszystkim wyjątkowa więź, najgłębsza jaka może w postantropocentrycznym świecie łączyć ludzi i drzewa.

Opaliński Przegrodzkiego nie poznał i chyba dlatego teraz się w niego wciela. Właśnie on, który nie ma żadnych wspomnień związanych z aktorem. "Jestem tym wszystkim co zagrałem" - mówi jako Przegrodzki - dwieście sześćdziesiąt osiem postaci. Role - zagrane zarówno we wrocławskim Polskim, jak i później w Warszawie w Teatrze Narodowym - tworzą Postać Dnia, uruchamiając archiwum - archiwum społecznej pamięci, lecz także konkretne archiwum wirtualne e-teatru. (Czy trzeba jeszcze dodawać, że "Postać dnia" to rubryka na e-teatrze, która sprawia, że na jeden dzień można stać się centrum branżowego świata?). Spektakl jest też chyba wyrazem uznania dla "redaktorek z Gdańska", ale i dla całej działalności Instytutu Teatralnego, gromadzącego największe archiwum polskiego teatru.

Odtwarzany z archiwum Przegrodzki jest postacią, co sam ciągle podkreśla; składa się z ról. A więc najpierw jest bohaterem ze słynnego zdjęcia Grażyny Wyszomirskiej: Przegrodzki w koronie, zamyślony, lirycznie piękny, melancholijny młodzieniec z podbródkiem opartym na splecionych dłoniach. Prawdziwy książę. To "Życie snem" Krystyny Skuszanki z 1968 roku, w którym aktor grał księcia Zygmunta: "Sigismundo, czyli moja postać staje, wdech, patrzy w widownię, w jeden fotel z tysiąca dwustu dwunastu foteli, wydech" - opowiada Opaliński i zaczyna mówić tekst Calderona: gra Przegrodzkiego grającego Zygmunta, jednocześnie komentując swój występ - "wdech i dalej, bez dłuższej przerwy; w świetle, które oświetla punktowo tylko mnie, dookoła ciemno i cicho; wydech; pracuję przeponą". To jeszcze czytelny re-enactment spektaklu z 1968 roku. Dalej słynny niemiecko-polski duet dramatopisarski - Andreas Pilgrim i Sebastian Majewski - stawia poprzeczkę coraz wyżej, dokonując remiksów spektakli, w których grał Przegrodzki i wpisując w nie tematy wcale nieoczywiste.

"Sprawa Dantona" Jerzego Krasowskiego z 1967 roku i Przegrodzki jako Robespierre. Zgodnie z logiką performansu, uruchamiającego od razu najróżniejsze konteksty, Opaliński wciela się w Robespierre'a, lecz wcale niekoniecznie tego z 1967 roku, lecz raczej z 2008, kiedy dramat Stanisławy Przybyszewskiej we wrocławskim Polskim reżyserował Jan Klata: "z piłami stało pięciu i były to piły mechaniczne" - opowiada o spektaklu, mówi to jednocześnie Przewodniczącemu (Tomasz Lulek), który właśnie podchodzi z piłą do lipy Roberta, chcąc ściąć niemieckie drzewo zaburzające polski krajobraz. W spektaklu Klaty za piłami stała władza, państwo, za samozwańczym przewodniczącym nie stoi zaś żadna siła - nawet brzeszczot, z którym przychodzi wygląda nędznie.

Trwają przepychanki między Przewodniczącym a Przewodnikiem (Andrzej Wilk), który lipy broni, a tymczasem na scenie "Ślub" (reż. Jerzy Grzegorzewski, Teatr Polski we Wrocławiu, 1976). Agnieszka Kwietniewska jako Przetłumacz w gigantycznym welonie, którym owija się razem z Opalińskim, opowiada o datujących się od czasów antycznych związkach ludzi i drzew. Jeśli to "Ślub", to z Igą Mayr, z którą oboje z Przegrodzkim grali Matkę i Ojca oraz wysyłali sobie kartki i esemesy z figlarnymi błędami ortograficznymi. Przegrodzki razem z Przetłumaczem relacjonują spektakl, lecz tak naprawdę nie o sztukę tu chodzi, a o życie - o przyjaciół, przyjaciółki, z którymi się grało; a jeśli ten "Ślub" to także ślub - to właśnie z lipą: żaden heteronormatywny ani nawet antroponormatywny związek.

By zażegnać kryzys, na scenę - z wózkiem na kije do golfa - wchodzi z finezją amerykańskiego kowboja Przewoźnik (Igor Kujawski). Ma mediować i pomóc Przewodniczącemu skłonić Przegrodzkiego do zejścia z drzewa. Zna się na rzeczy, umie się przedstawiać po angielsku, z wózka wyjmuje podręczniki negocjacji. Ma też profesjonalną stronę internetową. Niewiele z tego wynika, więc razem z Przewodniczącym zakładają obóz - trochę takie okopy świętej trójcy, bo trwa akurat aktualizacja "Nie-Boskiej komedii" (reż. Jerzy Grzegorzewski, Teatr Polski we Wrocławiu, 1979). Przegrodzki z wysokości lipy, czy raczej ze swego krzesełka, odpowiada wierszem Różewicza tym, którzy przyszli zobaczyć poetę, a zobaczyli "człowieka siedzącego na krześle".

Różewicz i dalej jest w tym świecie przewodnikiem, bo przyszła kolej na remiks "Na czworakach" (reż. Tadeusz Minc, Teatr Polski we Wrocławiu, 1985). Przegrodzki wystąpił w spektaklu jako poeta Laurenty. W "Postaci dnia" to już zdecydowanie drugi akt sztuki Różewicza - i muzeum poety, w którym w gablotach znajdują się "koledzy, kochanki, rękopisy, fotokopie, dokumenty". Aktorzy i aktorka grający w spektaklu Majewskiego zrywają konwencję - otwierają okno, wpuszczając do sali w Instytucie Grotowskiego nieco świeżego powietrza i zaczynają opowiadać. Półprywatnie, improwizując, przerzucając się anegdotami - o tym, jak to Przegrodzki sam się z siebie śmiał, że nawet słowo "dupa" mówi przez "ł" przedniojęzykowe. O tym jak spędzał wakacje nad morzem, z okien kwatery wypatrując przystojnych marynarzy; albo jak w szkole bronił studenta przed wyrzuceniem argumentem, że może i mało zdolny, ale za to punktualny. Bez patosu, ciepło, ale nie wpadając przy tym w rzewny ton, budują Przegrodzkiemu swoiste muzeum historii mówionej.

I na koniec Ionesco: "Król umiera, czyli Ceremonie" (reż. Jerzy Grzegorzewski, Teatr Polski we Wrocławiu, 1996) i "Gra w zabijanego" (reż. Henryk Tomaszewski, Teatr Polski we Wrocławiu, 1973). Jeszcze siedzą przy ognisku z latarki, jeszcze Przewodniczący śpiewa "Płonie ognisko", jeszcze omawiają podręcznik skautingu (dla chłopców!) generała Baden-Powella, ale wiadomo, że długo już to nie potrwa. Wspominają scenę przy Zapolskiej, czasy jej świetności. Przegrodzki tymczasem kompulsywnie robi kartki, które będzie rozsyłał - Jakubowi Rotbaumowi, Krystynie Skuszance, Jerzemu Krasowskiemu i Jerzemu Grzegorzewskiemu. Wiadomo jednak, że to już koniec.

Kwietniewska, tym razem jako lipa Robert, pozwala się ściąć. Przegrodzki po raz kolejny traci swoją miłość. Z lipy ma być dla niego wykonana toaletka, z szufladkami, w których aktor będzie mógł trzymać sztuczne wąsy, sztuczne łysiny czy mentol do wywoływanie łez. W tym świecie rzeczy również mają siłę sprawczą.

Wyreżyserowany przez Seba Majewskiego (który zresztą w spektaklu siedzi za stołem w tyle sceny skupiony na rozłożonych archiwaliach) remiks ról teatralnych i spektakli, w których grał Przegrodzki jest tworzeniem performatywnej historii teatru polskiego; tak jak był nim "Geniusz w golfie" Agnieszki Jakimak i Weroniki Szczawińskiej (Stary Teatr w Krakowie, 2014); tak jak były nim wcześniej remiksy Komuny//Warszawa czy jeszcze wcześniej "Brygada Szlifierza Karhana" Remigiusza Brzyka z Teatru Nowego w Łodzi (2009). Przegrodzki na scenie Teatru Polskiego w Podziemiu staje się jednak ikoną - przede wszystkim ikoną wrocławskiego Polskiego. Jako aktor staje się patronem aktorek i aktorów, którzy stracili miejsca pracy w teatrze przy Zapolskiej. Aktorów bezdomnych, których spektakle produkuje Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu i którzy przestrzeń do grania znajdują w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego.

A jednocześnie aktor Przegrodzki, usadzony przez twórców spektaklu na lipie, do końca opiera się i wycince drzew, i zakusom prawdziwych Polaków na przepisywanie historii. Nie jest więc jedyne aktorem z przeszłości, lecz figurą, która aktualizowana przez Michała Opalińskiego ciągle mówi i ciągle performuje, także w sprawach aktualnych.

A dlaczego właśnie drzewo? Bo drzewa - mówi Przetłumacz - są źródłem dobrej atmosfery.