powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Za mało

Teatr na XIX Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje" w Katowicach nie podnosi poziomu empatii, nawiązując do skądinąd świetnej kampanii społecznej o wpływie sztuk na codzienne życie. Wzmaga za to poczucie niezrozumienia dla wyboru konkursowych propozycji i mistrzowskich spektakli, dla dyrekcji, organizacji, jak i - poniekąd - werdyktu. Potęguje także tęsknotę za wielkimi przedstawieniami, będącymi popisem reżyserskiej maestrii i prawdziwym świętem teatru - pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

Zniesienie ideowego szyldu konkursu (w ostatnich latach program organizowały tematy: "Wolność", "Tożsamość" i "Przemoc. Stop") i zmiana kryterium zapraszania do udziału (o Laur Konrada ubiegać się mogą reżyserzy, od debiutu których nie minęło więcej niż dziesięć lat) odbijać się będą widzom czkawką przez długie miesiące, jak i nie lata. "Interpretacje" ograbione zostały nie tylko z częstotliwości (odbywały się co roku, a nie jak teraz co dwa lata), ale i intensywności, z największych nazwisk w konkursie, wybitnych spektakli mistrzowskich i dobrego gospodarza (od tego roku jest to Ingmar Villqist). Takie oczekiwania winien spełniać dyrektor tygodniowego festiwalu, który niejako otrzymuje klucze do miasta na ten czas. Powinien czuć odpowiedzialność a nie tylko dzierżyć je w dłoni. Takim gospodarzem bez wątpienia była Katarzyna Janowska, obecna wszędzie, przemawiająca ze sceny a nie w holu bądź wysyłająca kogoś odpowiedniego, by robił to za nią. Była gospodynią nie tylko dbającą o wysoki poziom artystyczny, wpychającą międzynarodowy powiew do przedsięwzięcia, mającą świadomość potrzeby ideowej spójności konkursowych propozycji (co niekoniecznie podobało się włodarzom miasta), ale nade wszystko budowała festiwalową atmosferę.

Udały się tegorocznej edycji jedynie dwie rzeczy. Po pierwsze jury, w którym zasiadały naprawdę sławy swych dziedzin: Ewa Braun, Anda Rottenberg, Krzysztof Majchrzak, Piotr Cieplak oraz Olo Walicki. Po drugie festiwalowy katalog - pięknie oprawiony i pełen ciekawych tekstów, autorstwa między innymi: profesorów Tadeusza Sławka, Zbigniewa Kadłubka oraz Katarzyny Popiołek, która wspaniale napisała o reżyserowaniu dramatu własnego życia. Mimo wszystko, jak na jeden z najważniejszych festiwali teatralnych w kraju, powracający po roku przerwy, to nazbyt mało. Multimedialność dziewiętnastej edycji - studio festiwalowe, wydawanie codziennej gazety - też nie przykryje mieszanych uczuć.

W kwestii mistrzowskich spektakli. Nie ma Krzysztofa Warlikowskiego - reżysera w teatrze. Być może utknął na dobre w operze. Bo z teatru w jego ostatnim spektaklu "Wyjeżdżamy" została jedynie piękna przestrzeń na Mokotowie i nazbyt duże stężenie aktorskich sław na metr kwadratowy. To drugie chociaż było powodem wypełnienia widowni po brzegi na otwarciu festiwalu. To jednak za mało. O równie męczących "Męczennikach" Grzegorza Jarzyny wspominać nawet nie chcę.

Głos oddany tegorocznym spektaklom konkursowym to w większości przypadków głos zaprzepaszczony. O Laur Konrada walczyli: Jędrzej Piaskowski z "Puppenhaus. Kuracją"[na zdjęciu], Krzysztof Garbaczewski z "Chłopami", Magda Szpecht z "In Dreams Begin Responsibilities", Katarzyna Kalwat z "Reykjavik '74" oraz Daria Kopiec z "Zakonnice odchodzą po cichu". Wygrała ta ostatnia, dość niefortunnie wspominając w trakcie wręczenia nagród, że wśród jury jest dwóch jej pedagogów. Spektakl doceniono za formalną dyscyplinę, realizację ważnego tematu, istotny głos w debacie publicznej, konsekwentną i czystą formę. To najbardziej oszczędne w środkach przedstawienie "Interpretacji" - fakt. Po tych wszystkich krzykach, wszechobecnym negliżu i wszędobylskich kamerach to odświeżający powrót do klasycznie pojmowanego teatru. Zachwyca prostotą - aż trudno uwierzyć, że to tyle i aż tyle. Jeśli chodzi o temat, nie mam przekonania, czy historie kobiet opuszczających zakon, rozczarowanych życiem w jego murach, to palący problem, który wymaga publicznej debaty. Nawet jeśli ktoś ma inaczej, to i tak temat w "Zakonnicach" sprowadzony został do ogólników, potraktowany zbyt płytko i dosłownie. To taki trochę "Kler" w kobiecym wydaniu. Przedstawienie ratuje aktorstwo. Niejednokrotnie już zachwycałem się Karoliną Kulińską i zdania nie zmieniam. Jest i będzie wielka. W "Zakonnicach" przebija ją jednak nieznana mi dotąd Małgorzata Mikołajczak. Wzroku od tej aktorki oderwać nie idzie. Dostojna, perfekcyjna, rzutka, odpowiednio delikatna i zadziorna. Duet tych aktorek przy akompaniamencie świetnej muzyki to coś, co musiało przypaść do gustu również publiczności, która oddała swoją nagrodę właśnie produkcji Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. O ile sobie przypominam, żaden z konkursowych spektakli nie otrzymał owacji na stojąco. A lekkie "zawieszenie" na widowni i konsternację wyczuwać się mogło właśnie po "Zakonnicach".

Niezrozumiała dla mnie jest obecność w konkursie "In Dreams Begin Responsibilities" z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Przeniesienie pięciostronicowego opowiadania Delmore'a Schwartza o perypetiach małżeństwa, oglądanych w kinie przez ich dziecko i zuniwersalizowanych, nie powiodło się Magdzie Szpecht. Pomysł to nazbyt mało jak na "Interpretacje". Rozumiem, że język teatru ulega zmianie, że następuje ewolucja architektury teatralnej. Ale jeśli tak będzie wyglądał teatr, czyli bardziej przypominał instalację bądź performance, to ja mówię stanowcze nie kolejnej "dobrej zmianie" na "Interpretacjach". Niezrozumienie wśród publiczności było wyczuwalne.

Głosy uczestników spotkań po spektaklowych były dość spójne. Mieliśmy do czynienia z gigantycznym dysonansem pomiędzy odbiorem przedstawienia przez widza a tym, co myślą o nim jego twórcy i ich intencjami. To głębszy problem zatracenia się w teatralnej rzeczywistości, którą trzeba czasami przewietrzyć, wpuszczając trochę pozateatralnego światła.

Żałuję, że niedocenione zostały propozycje Jędrzeja Piaskowskiego i Krzysztofa Garbaczewskiego. W spektaklu pierwszego, za rolę Lalki, która wyszła cało z piekła Auschwitz dlatego, że została prostytutką, wyróżniona została Nagrodą "Dziennika Teatralnego" Justyna Wasilewska. Ale znakomity był cały zespół TR Warszawa i wybitna jak zawsze Agnieszka Żulewska. "Chłopi" Garbaczewskiego, o dziwo (bo chodzi o reżysera głęboko ingerującego w tekst), oddają szacunek prozie Władysława Reymonta, a zespół Teatru Powszechnego w Warszawie zachwyca sprawnością. Zespołowość zawsze świetnie wychodziła dyrektorowi Pawłowi Łysakowi, niezależnie czy w Bydgoszczy, czy w Warszawie.

Wspomnieć należy o wielkiej przegranej, czyli Katarzynie Kalwat. Przedstawiła dzieło charakterystyczne dla swojego reżyserskiego DNA. To rodzaj techniki nawiązującej do dekupażu, wielowarstwowa opowieść sklejona z należytą sobie faktograficzną precyzją. Jej spektakle są sprawne, świetnie poprowadzone aktorsko, zawsze na temat i ładne w wersji muzycznej i wizualnej. Zespół Teatru im. Wilama Horzycy znów zachwyca. Praca Kalwat na Festiwalu Sztuki Reżyserskiej jest najbardziej spójną wypowiedzią na każdej płaszczyźnie zawodowych powinności. Docenili ją dwaj jurorzy: Krzysztof Majchrzak za sceniczną rzeczywistość, dającą szanse aktorom na bycie nie tylko obok siebie na scenie, ale również na bycie razem; Olo Walicki wskazał zaś na odwagę w mierzeniu się ze światem.

I tej odwagi w wyborze następnych konkursowych pozycji, spektakli mistrzowskich i podejmowanych tematów życzę "Interpretacjom", twórcom, organizatorom i nam - widzom.

XIX Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje", Katowice, 12-18 listopada 2018.

**

Sławomir Szczurek - mieszka w Katowicach, z wykształcenia filolog polski (Uniwersytet Warszawski), wielki miłośnik teatru.