powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Cyrulik sewilski" a emancypacja

Paweł Szkotak nie zostawił publiczności dużo interpretacyjnej swobody i - mimo obietnicy - raczej nie wprowadził teorii współczesnej humanistyki, choć trudno wymagać takich wyzwań w komediowej historii pełnej operetkowej lekkości. Jego "Cyrulik sewilski" jest eklektyczną propozycją, która może spodobać się różnym widzom - o spektaklu "Cyrulik sewilski" Gioacchina Rossiniego w reż. Pawła Szkotaka w Operze Bałtyckiej w Gdańsku pisze Wiktoria Formella z Nowej Siły Krytycznej.

Paweł Szkotak próbował zmierzyć się z fenomenem - operą, której prapremiera w 1816 roku zakończyła się spektakularną klęską, jednak kolejne inscenizacje zagwarantowały jej olbrzymią karierę. Założyciel Teatru Biuro Podróży, na deskach Opery Bałtyckiej w Gdańsku, wyreżyserował "Cyrulika sewilskiego" Gioacchina Rossiniego, czyli jedną z najchętniej oglądanych oper (w 2017 roku na całym świecie odbyło się ponad dwa i pół tysiąca przedstawień!).

Libretto Cesarego Sterbiniego (według komedii Pierre'a Beaumarchais o tym samym tytule) opowiada historię kobiety (Rozyna) więzionej przez despotę (Don Bartolo) i czekającej na wyzwolenie, które może nadejść z rąk ukochanego (Conte Almaviva). Fabuła jest bogata w komizm sytuacyjny, zwroty akcji, intrygi komplikujące zdarzenia, lecz ostatecznie prowadzi do szczęśliwego finału. Szkotak, mimo że nie ingerował w libretto to jednak próbował odczytać je z perspektywy współczesności, pamiętając o kwestiach społecznych, zwłaszcza o emancypacji kobiet.

Pierwsza część wyzwania zakończyła się sukcesem. Reżyser osadził akcję w południowym stanie USA, Nowym Meksyku, używając estetyki amerykańskiej popkultury (często) przesyconej kiczem. "Cyrulik sewilski" to przykład opery buffa, więc - aby ukazać komizm - zdecydował się na inscenizację pełną klisz i (celowo osiągniętego) złego gustu w warstwie plastycznej. Anna Chadaj - autorka scenografii i kostiumów - świetnie wywiązała się z tego zadania. Sewilską posiadłość otoczyła ogrodzeniem z logiem "Dr B", ogród wypełniła trawnikiem-wykładziną, na którym rosną kokosowe palmy. W środku nie jest lepiej - piętrzą się pozłacane meble i białe posągi piesków, które oświetla kryształowo-złoty żyrandol, a w centralnym miejscu właściciel domu, Don Bartolo, ustawił swoją tekturową podobiznę.

Megalomania doktora jest powodowana zapatrzeniem w Donalda Trumpa. Doskonała charakteryzacja oraz dbałość o szczegóły (sztuczna opalenizna, blond grzywka, zbyt długi czerwony krawat, strój do golfa albo przykrótki szlafrok) nie pozostawiają co do tego wątpliwości. Robert Gierlach hojnie czerpie z ekspresji prezydenta Stanów Zjednoczonych - przyjmuje podobne pozy i naśladuje ruchy, dba o wiarygodne oddanie gestów i mimiki. Nie przerysowuje, dlatego jego pomysły bawią nawet pod koniec trzygodzinnej opery. Nie brakuje nawet wygłupów w warstwie wokalnej (moduluje głosem od tonów niskich po wyższe, ale też przedrzeźnia innych). Jest to postać najbarwniejsza, najbardziej komiczna, jednak precyzyjne naśladowanie Trumpa sprawia, że widzowie świetnie się bawią, zamiast refleksyjnie spoglądać na obcesowe gesty i przemocowe zachowanie mizogina.

Cyrulik w ciekawej interpretacji Łukasza Motkowicza to gangster dresiarz, którego atrybutami są adidasy, złoty łańcuch, nieodzowne białe paski na czerwonych spodniach i różowy irokez. Na scenę wjeżdża landrynkowym cadillakiem w towarzystwie dwóch skąpo ubranych kobiet. Nie jest jedynie fryzjerem obsługującym mężczyzn, zajmuje się także pielęgnacją skóry kobiet. To nie zmienia faktu, że traktuje je przedmiotowo - gdy tańczą zamknięte w kubikach jest i właścicielem, i klient domu publicznego. Motkowicz nadał postaci Figara dużo bezpretensjonalności i autentycznej nonszalancji, nawet w sposobie poruszania się.

Na tle Don Bartola i Figara nieco bezbarwnie pod względem aktorskim wypadają pozostałe, kluczowe postaci: Conte Almaviva (Zbigniew Malak) i Rozyna (Katarzyna Nowosad). W inscenizacji nie zabrakło innych klisz amerykańskiego świata: zespół mariachi, policjanci (męski chór), służąca w czarnej sukience z białym fartuszkiem (Berta - Marzanna Rudnicka), czy ogrodnik w zielonym kombinezonie i słomkowym kapeluszu (Ambroży - Leszek Kruk). Gdy Conte Almaviva przebierze się za żołnierza, wkłada kostium spadochroniarza z całym ekwipunkiem i z odznaką FBI.

Kicz przenosi się nawet na świat przyrody. Michał Jankowski (multimedia i reżyseria świateł) kokosowe palmy oraz nadciągającą burzę zobrazował przy pomocy neonów. Posiadłość Don Bartola oświetla powoli przesuwający się reflektor punktowy, co sprawia wrażenie jakby dom był ochraniany z przestrzeni powietrznych i co znakomicie charakteryzuje megalomanię bohatera. Zmiany scenografii odbywają się przy opuszczonej, półtransparentnej kurtynie - włącza się je w fabułę jako działania niezbyt rozgarniętych pracowników (kwestią poczucia humoru widza pozostaje, czy bawi go niesienie zwiniętej wykładziny przez mężczyzn, którzy nie mogą zdecydować się na obranie wspólnego kierunku). Mimo że akcja rozgrywa się w Nowym Meksyku, reżyser nie zrezygnował z fragmentów libretta opowiadających o Sewilli (w tle jest wyświetlany napis "Sevilla Paradise"). Choć oswojeniu anachronizmów służy konwencja teatralna, te nieścisłości zwracają uwagę.

Przejawem gorącego Południa jest z pewnością kultura macho, której Szkotak nie podważa, dlatego trudno odczytać jego interpretację jako nieobojętną wobec emancypacji kobiet. Widać dysproporcję w obsadzie - obok kilkunastu ról męskich jest zaledwie pięć kobiecych i to wymownych: pokojówka, trzy prostytutki (nie przemawiają za tym skąpe kostiumy, lecz gest Don Bartola, który podciąga spodnie po spotkaniu z jedną z nich) oraz Rozyna - towar zmieniający właścicieli. Trudno bez znacznych ingerencji w fabułę odczytać "Cyrulika sewilskiego" przez pryzmat teorii feminizmu (choć pewnie nie jest to niemożliwe). Jeżeli w gdańskiej inscenizacji można odnaleźć tego ślady to jedynie w formie zaprzeczenia (w ten sposób odczytywane są "Amatorki" w reżyserii Eweliny Marciniak w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku). Zwłaszcza Don Bartolo jest wykreowany na stereotypowego macho, któremu władza i pieniądze przysłoniły potrzebę równouprawnienia. Nie słyszał o samostanowieniu kobiet, dlatego więzi i nie spuszcza wzroku z Rozyny. Operę można byłoby interpretować jako obraz przedmiotowego traktowania kobiet i sugestywny skutek kultury patriarchatu, gdyby tego sensu nie wypaczyła Rozyna. Dla niej szczytem odwagi jest kpienie z Don Bartola za jego plecami (podczas nieobecności pana domu zakłada bieliznę na jego tekturową podobiznę), a ucieczką przed obmacującym, podstarzałym szowinistą może być jedynie zamążpójście. Jednak gdy Rozyna opacznie odczytuje intencje Figara i Lindora-Conte Almaviva (jako zakpienie i oszukanie jej), nie tylko decyduje się poślubić Don Bartola, ale też bezrefleksyjne przyjmuje jego zwyczaje i estetykę (oddaje się sztucznemu opalaniu). Kilkakrotnie pojawia się scena, w której Rozyna z troską wachluje pana domu, gdy ten miewa chwile słabości. Trudno więc dostrzec choćby zalążek emancypacji oraz upodmiotowienia kobiet, dla których ucieczką przed opresją są wyłącznie ramiona innego mężczyzny. Dobrze chociaż, że Rozyna, mimo że niewiele robi (zwłaszcza dba o atrakcyjność - Figaro odwiedza ją, aby ogolić jej nogi), uczęszcza na lekcję muzyki, co sprawia, że postać posiada walory wykraczające poza wdzięki.

Reżyserowi zależało na tym, aby budowanie ról operowych solistów nie ograniczało się do ekspresji wokalnej, by korzystali z pozostałych środków aktorskiego wyrazu i stworzyli pełnowymiarowe postaci. Szkotak dostrzegł podobieństwo opery komicznej do komedii dell'arte, co sprawiło, że oglądamy typy - choć nietrącące XIX-wiecznym kurzem. Szkoda, że postaci, które fabularnie są negatywne (Cyrulik i Don Bartolo) zostały wykreowane przez solistów na barwne, sprytne i zadziorne charaktery, bo budzi to raczej sympatię odbiorców a nie potępienie czy choćby refleksję. Paweł Szkotak nie zostawił publiczności dużo interpretacyjnej swobody i - mimo obietnicy - raczej nie wprowadził teorii współczesnej humanistyki, choć trudno wymagać takich wyzwań w komediowej historii pełnej operetkowej lekkości. Jego "Cyrulik sewilski" jest eklektyczną propozycją, która może spodobać się różnym widzom. Bardziej otwarci docenią współczesną inscenizację, z której będą czerpać rozrywkę, natomiast konserwatywni melomani pochwalą muzykę opracowaną przez José Maria Florncio. Maestro dał przestrzeń na pełne wybrzmienie kompozycji Rossiniego. Pod względem muzycznym i wokalnym trudno cokolwiek zarzucić zespołowi i orkiestrze Opery Bałtyckiej. Imponuje szalone tempo muzyczne, któremu muszą podołać soliści - zwłaszcza, że radzą sobie bezbłędnie. Na muzyczne żarty pozwolono sobie jedynie w partiach akompaniowanych przez Francesco Bottigliero do recytatywów. Zachowano więc udany balans pomiędzy nowoczesną inscenizacją a klasyczną wymową opery, co zostało nagrodzone przez gdańską widownię oklaskami na stojąco.

---

Wiktoria Formella - absolwentka teatrologii o specjalności dramaturgiczno-krytycznej na Uniwersytecie Gdańskim.