powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Rozmowy o niczym

"Nim odleci" Floriana Zellera w reż. Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Maciej Łukomski w portalu Strefalifestyle.pl.

Sztuki Floriana Zellera od kilku lat chętnie są wystawiane przez teatry w Polsce. Znajdują się w repertuarach scen m.in. w Krakowie, Opolu czy Rzeszowie. Sztuki tego francuskiego dramaturga grane są również w Warszawie. W Teatrze Kwadrat możemy oglądać "Godzinkę spokoju", a w Teatrze Ateneum jego dramat "Ojciec" z Marianem Opanią w roli głównej. Z kolei w stołecznym Teatrze Współczesnym właśnie odbyła się prapremiera jego sztuki "Przed odlotem" w reżyserii Macieja Englerta. Na scenie przy Mokotowskiej dramat grany jest pod zmienionym tytułem.

"Nim odleci" to historia małżeństwa z wieloletni stażem, ich dorosłych córkach i pewnej znajomej męża z dawnych lat. Tak jak chociażby w sztuce "Ojciec", autor nie zachowuje chronologii zdarzeń, zmienia punkty widzenia. Widz do końca nie wie, czy to ogląda na scenie to prawdziwa akcja sztuki, czy jest to któreś z wyobrażeń bohaterów.

Sztukę Floriana Zellera można zaliczyć do tzw "teatralnych słuchowisk", w których niestety ostatnio scena przy Mokotowskiej się specjalizuję ("Taniec albatrosa", "Zbrodnie serca"), zamęczając nimi swoich widzów. Na scenie Współczesnego przez półtorej godziny bohaterowie sztuki siedzą i rozmawiają, jak w serialu: o kłopotach sercowych córki, chorobie męża, sprzedaży mieszkania, śmierci. Monotonne dialogi nie rozwijają akcji spektaklu, nie prowadzą nas do pełnego emocji finału. Aby urozmaicić akcję, ktoś zmieni miejsce do siedzenia, pójdzie po warzywa do ogródka, napiję się herbaty albo przyjdzie chłopak dziewczyny, którego pojawienie się w sumie nic nie wniesie do akcji sztuki.

Po 20 minutach ze sceny wieje nudą. Niewiele pomaga zmienianie przez autora chronologii zdarzeń, wprowadzenia nowych postaci, bo dalej tekst nie daje możliwości aktorom stworzenia ról, które by tętniły aktorskimi emocjami.

Na scenie Współczesnego w znakomitej scenografii Marcina Stajewskiego, oglądamy plejadę wybitnych aktorów, z Martą Lipińską i Krzysztofem Kowalewskim na czele. Aktorzy robią co mogą, żeby z miałkiego tekstu Floriana Zellera (choć poruszającego ważne sprawy), wyciągnąć to co najlepsze. Najlepiej to się udaje Monice Krzywkowskiej w roli córki Anne, która ostatnimi czasy prezentuję znakomitą formę aktorską. Skupia na sobie uwagę publiczności. Szkoda czasu utalentowanej Barbary Wypych, która niewiele ma tu do zagrania. "Nim odleci" w Teatrze Współczesnym to mało porywający spektakl.

Dziwię się, że tak świetny reżyser i dyrektor jak Maciej Englert, o tak ogromnym doświadczeniu, wybiera ostatnio teksty, na które po prostu szkoda czasu.