powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Niepodległość artysty

W stulecie niepodległości Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zaprosił na minifestiwal "Labirynt zwany Wyspiański". Małopolski Ogród Sztuki posłużył za labirynt. Na potrzeby sześciu etiud oddano nieteatralne przestrzenie budynku przy ulicy Rajskiej - pisze Piotr Urbanowicz z Nowej Siły Krytycznej.

Wędrowanie publiczności przez korytarze i kolejne sceny metaforyzowało szczególny rodzaj lektury Stanisława Wyspiańskiego - błądzenia w sieci tekstów i odnajdywania cząstkowych znaczeń.

Najciekawsze i najbardziej inspirujące w festiwalu było to, że każdy z twórców przyjął właściwą sobie perspektywę krytyczną w odczytaniu dzieł i kontekstu twórczości Wyspiańskiego. Krytyczne interpretacje rzeczywistości (także rzeczywistości sceny) czwartego wieszcza znalazły kontynuację w realizacjach niektórych reżyserów. Inni postanowili uczynić obiektem krytycznej refleksji jego postać.

W "Wandzie" w reżyserii Małgorzaty Warsickiej tematem stały się kontrowersje wokół powstawania "Legendy" - pisanego z rozmachem, pierwszego tekstu dramatycznego Wyspiańskiego. Ówcześni czytelnicy niemal jednogłośnie, jak dowiadujemy się ze sceny, okrzyknęli go nieudanym. Te opinie przytacza troje aktorów. W tym czasie postać artystki, reprezentującej tyleż Wyspiańskiego, co chyba reżyserkę, próbuje skomponować muzykę, która ożywiłaby wiersz. Służy jej do tego fortepian, instrument, który Wyspiański podobno sam przerabiał do inscenizacji "Legendy". Aktorzy starali się przerysować bohaterów i stworzyć komediowe typy: natchnionego artysty i jajogłowych krytyków. Miało być zabawnie, a wyszło naiwnie. Pod wpływem muzyki krytycy porzucali role i dołączali do artystki, by tworzyć wspólną kompozycję. To wchodzenie i wychodzenie z ról działo się czasem zbyt szybko, a czasem bez sensu. Nieco mechanicznie miało wspierać główną myśl etiudy: jeśli podejdziemy do "Legendy" bez uprzedzeń krytyków literatury, to niezbadana siła tego tekstu nie przestanie nas fascynować.

Magda Miklasz w ciasnej sali zaaranżowała neurotyczno-depresyjny mikrokosmos Krakowa, w którym Marta Waldera opowiadała o swoistym zamknięciu w atmosferze miasta. Charakterystyczne dla monodramu przeładowanie różnymi formami wyrazu aktorskiego ciążyło i w "Patrzę, patrzę, patrzę...". To, co ma na celu stwarzanie wrażenia wszechstronności i giętkości warsztatowej, działa na widza odstraszająco - nie tylko w tym wypadku. Reżyserka i odtwórczyni roli napakowały w czterdziestu minutach tyle form, ile tylko można: teatr cieni, lalki, recytacje, wideo art, nagrania audio, wizualizacje graficzne, projekcje tekstów. Jest też i malarstwo - choć z przymrużeniem oka, bowiem depresyjny nastrój stolicy Galicji wyrażony został w postaci parodii malarskich tutoriali Boba Rossa. Krążąc wokół tematu wpływu atmosfery miasta na wyobraźnię Wyspiańskiego etiuda chciała powiedzieć zbyt wiele, a w konsekwencji nie powiedziała nic wyjątkowego.

Trzecim i chyba najciekawszym pokazem wieczoru był "Hamlet wg S. Wyspiańskiego" w reżyserii Radosława Stępnia i dramaturgii Konrada Hetela. Młodzi artyści wypowiedzieli się przy pomocy "Studium o Hamlecie" na temat dzisiejszej kondycji aktora. Wczytując się tyleż w tekst, co w zalążek teorii krytycznej Wyspiańskiego, dotknęli pokoleniowego doświadczenia aktorów "w epoce późnej nowoczesności". Najpierw wysłuchujemy nagrań wywiadów ze studentami Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, którzy wypowiadają się na temat aktorstwa - jego funkcji w teatrze i misji społecznej. Z ich słów wyłania się credo współczesnego, młodego aktora: jest zwierciadłem społeczeństwa, pozwala powiedzieć to, czego nie można wyrazić w sytuacjach codziennych, gwarantuje poprzez utożsamienie rodzaj przeżycia niedostępny w ramach danej rzeczywistości politycznej. Służy też aktorom - pozwala poczuć się dobrze. Mimo zapewnień, że teatr to nie terapia... wychodzi na to, że jednak jest. Osobista i kolektywna.

Twórcy dobrze wiedzą, że w teatrze nie chodzi tak całkiem o teatr. Wyczuwają więc utopijność i abstrakcyjność rozważań o Hamlecie, w których Wyspiański chce chyba "ponownie zaczarować" teatr po gorzkiej refleksji, jaką zafundował sobie i krakowskiej publiczności w "Wyzwoleniu". Stępień i Hetel pokazują, że zasada rzeczywistości zdaje się rozbijać projektowaną w wywiadach zasadę przyjemności: układy, znajomości i komercja rządzą rynkiem twarzy, angaży i etatów. Jak w "Studium o Hamlecie" czy też "Wyzwoleniu" jesteśmy najpierw na przesłuchaniu, potem w czasie prób. Krążąc w zaklętym kręgu, w chocholim tańcu własnych fantazji, studenci mierzą się z wielką polską tradycją (świetne wizualizacje) i wymaganiami systemu polskiego teatru. Ich kondycja pozostaje dziwnie zaklęta w degrengoladzie: potrafią jedynie mówić, taplając się w bagienku tego, co chcą brać za sztukę ("bunkierku sztuki" - chciałoby się rzec za nimi), a nie działać. Zresztą czym to działanie miałoby być? Wołanie Konrada o ludzi rozbija się więc tak samo jak w 1902 roku o ramy środowiskowej i instytucjonalnej "złudy".

Na marginesie, jak zawsze w takiej sytuacji, myśl krytyczna podsuwa mi inną wątpliwość: czy oskarżenia wobec instytucji teatru formułowane na jej łonie zachowują moc? Czy krytyczna praxis, którą miałem okazję oglądać, nie zamieni się z czasem w doxę powtarzaną z emfazą i w jednym, wiadomym celu, w wyśmianym przez twórców Bunkrze, na festiwalach, spotkaniach pospektaklowych, debatach? Życzę im, aby tak się nie stało.

Po tym wydarzeniu obejrzałem prosty i przez to zaskakująco wzruszający taneczny monodram "Wiem, uwielbiasz zwiędłe kwiaty" w reżyserii Renaty Piotrowskiej-Auffret i w wykonaniu Aleksandry Osowicz. Bohaterką tej sceny była Teodora Pytko - kobieta nie tyle zapomniana przez historię, co raczej zapisana w niej jako żona Stanisława Wyspiańskiego. Dodajmy: chłopka. Twórczynie starają się oddać jej głos. Uruchamiają w tańcu, wyrywając niejako z bezruchu malarskich portretów, na których uwiecznił ją mąż. Gdyby ktoś łudził się, że dzięki tej etiudzie zrozumie kim jest ta historyczna postać - nie dowie się. Ze sceny sypią się jedynie zręby faktografii. Ważniejsza jest relacja z mężem, pieszczotliwie nazywanym Stasiulkiem, która była dla Teodory niełatwym chlebem. Rysuje się w jej wspomnieniach jak nieco zagubiony i osamotniony wrażliwiec, który więcej uwagi poświęcał martwym kwiatom niż rzeczom konkretnym i namacalnym. Tematem organizującym ruch tancerki jest więc z jednej strony siła i troska, ale i wpisana w tę postać dyskursywna nieuchwytność. Woli wszak śpiewać i tańczyć, niż mówić; nie krępuje się podciągać spódnicy, siadać "po chłopsku", by było jej wygodnie; i co ważne nie wstydzi się nie rozumieć własnego męża. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że to bycie sobą Teodory jest re-konstruktywne - istnieje trochę na niby, tylko w ulotnym ruchu i w momencie występowania na scenie, co stanowi bardzo trafny komentarz do ożywiania postaci-duchów w teatrze w ogóle.

"Izolatkę Konrada", znów etiudę na jedną aktorkę (Agnieszka Kościelniak), wyreżyserowaną przez Ewę Rucińską, oglądaliśmy w bardzo trafnie zaadaptowanej przestrzeni - w przeszklonym pomieszczeniu poruszała się ubrano na biało postać. Przez szybę próbowała zaczepiać widzów. Obsługa festiwalu upominała nawet, że jest niebezpieczna, więc lepiej nie przekraczać białej linii... Konrad(ka), która, jak wiemy woła o ludzi, jako koniecznego komponentu estetycznej czy też etycznej rewolucji, została odizolowana jako chora. To logiczne postscriptum do "Wyzwolenia". Jeśli chodzi więc o scenografię i dramaturgiczny punkt wyjścia wypadły one ciekawie. I tutaj pokaz mógłby się zakończyć. Ponieważ pod względem teatralnym scena była marna - główna postać tonęła w banalnych rozpoznaniach, których Ewa Rucińska nie napoczęła żadną poważną interpretacją, a przy zgrywaniu wariatki powtarzała w zasadzie nieprzekonujące chwyty. Temat wolności przerósł twórczynie tej etiudy. Poza tarzaniem się na scenie i odczytywaniem "myśli" zapisanych przez widzów na kartkach (notabene "za długo" i "za nudno" to strzały w dziesiątkę) nic po tej scenie nie pozostaje w pamięci.

"Wyzwalanie kobiecości, czyli Wyspiańskiego legenda o Wandzie i jej siostrach" to ostatni pokaz wieczoru - jako jedyny grany w przestrzeni teatralnej. I zdaje się, że fragment w reżyserii Joanny Zdrady to preludium większej całości, świadczy o tym: udział aktorów etatowych, bardziej rozbudowana scenografia, ale i też koncepcyjny rozmach. Wanda, protagonistka "Legendy", staje się bohaterką walki o emancypację kobiet spod jarzma mężczyzn. Reżyserka pociągnęła więc czwartego wieszcza za język i odczytała niemal dosłownie moment odrodzenia jako przełamanie dyktatury patriarchatu (poprzez samoofiarowanie się Wandy). Akurat metafora ciągnięcia za język jest tu chyba na miejscu, bo wiersz "Legendy" nie pasował do groteskowej gry aktorek, za bardzo też sklejony był pod czarno-białą tezę: mężczyźni są źli, a kobiety dobre. Spektakl stał się zlepkiem dwóch nurtów myślenia: nieco naiwnej lektury "Legendy" i słabego teatru politycznego (miałkość refleksji o charakterze społecznym), przez co nawet jego liczne walory ukryły się w cieniu forsowanej tezy.

Minifestiwal "Labirynt zwany Wyspiański" przyniósł więc obraz kolażowy i niespójny jeśli chodzi o warsztat teatralny. Pokazano mnogość form i eksperymentalne podejście do rzemiosła. To, co łączyło pokazy to wspomniane krytyczne podejście, ale co ważniejsze - problem artystycznej, ale i płciowej czy podmiotowej, wolności i nie/podległości. Stulecie niepodległości to ciekawy moment, by rzucić więcej światła na ten wątek w twórczości Wyspiańskiego i skonfrontowanie się ze zdaniem, jakie na ten temat mają młodzi, pozamainstreamowi twórcy.

***

"Labirynt zwany Wyspiański", Małopolski Ogród Sztuki oraz w foyer Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, 10 i 11 listopada 2018.

Piotr Urbanowicz - absolwent wiedzy o teatrze na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorant w Katedrze Performatyki UJ.