powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Pani Basia. Barbara Muszyńska-Piecka świętuje 50-lecie obecności na scenie

Zdaje się, że pomysł na uhonorowanie Barbary Muszyńskiej-Piecka urodził się wśród kolegów Białostockiego Teatru Lalek spontanicznie. Pewnie sama bohaterka nie zgodziłaby się na jakiś benefis czy jubileusz. Byłaby to dla niej zapowiedź rozstania z teatrem. Chcą pożegnać! Rzecz nie do wyobrażenia. A jednak rok 2018 jest rokiem jubileuszowym. Barbara Muszyńska-Piecka świętuje 50-lecie obecności na scenie.

Trudno w to uwierzyć każdemu, kto miał okazję ją spotkać, zobaczyć właśnie na scenie. Nieustannie tryska energią, temperamentem, dowcipem, a i ciętymi ripostami, których zazdrości jej każdy kolega po fachu. Trudno nie zazdrościć. Choć niewielu pewnie wie, że ten ogromny ładunek energii, emocji, talentu i rzemiosła to efekt ciężkiej pracy, codziennej, wielogodzinnej i trwającej nieustannie chyba od wczesnej młodości. Sztuka lalkarska, sztuka aktorska, to nie jest coś, co otrzymujemy w darze. Dostajemy z reguły troszkę więcej talentu do czegoś. A czy i jak go wykorzystamy, to już indywidualna decyzja każdego artysty. Barbara Muszyńska-Piecka swoje talenty wciąż pomnaża. Wydawało się, że dawno już osiągnęła, co było do zdobycia. A tymczasem z każdą rolą dokonuje nowych odkryć, zdobywa nowe umiejętności. A jeśli ich - bywa - nie pomnaża, to wyłącznie dlatego, że współpracujący z nią reżyserzy nie potrafią przeskoczyć samych siebie, wymyślić nowych zadań, znaleźć nowych form, z którymi ona mogłaby się zmierzyć. I z pewnością odniosłaby sukces, bo talent i praca są zawsze jego gwarancją. A tych Pani Basi nie brakuje.

Właśnie, Pani Basia. Tak się do niej najczęściej zwracamy. I koledzy, i przede wszystkim studenci, z którymi spędziła wiele dekad. I pewnie wiele jej zawdzięczają. Znała wszystkich. Z białostocką szkołą teatralną była związana od początku jej istnienia. Była, bo już nie jest. Kilkanaście miesięcy temu doszło do rozstania. Nie było pożegnań, podziękowań. Szkoda. Został teatr, a teatr - obok szkoły - to najważniejsza cząstka jej zawodowego życia.

Debiutowała chyba dokładnie przed pięćdziesięcioma laty w roli diabła Kufita w "Tragedii albo wizerunku śmierci przeświętego Jana Chrzciciela Przesłańca Bożego" w słynnym wrocławskim Studium Aktorskim Teatrów Lalkowych. Trafiła tam prosto z amatorskiego zespołu lalkowego (prowadzonego przez Wiesława Ilnickiego, aktora-lalkarza wówczas jeszcze wrocławskiego Chochlika), z którym występowała od dwunastego roku życia aż do matury. SATL Stanisława Stapfa zapoczątkował jej profesjonalną karierę. Był bodaj najlepszą polską szkołą lalkarską. Trwał trzy lata i wykształcił wspaniałych lalkarzy. Pobierali oni w czasie studiów stypendia z różnych teatrów lalek i mieli je odpracować po ukończeniu nauki. W ten sposób rozpierzchli się po Polsce: Białymstoku, Gdańsku, Lublinie, Opolu, Toruniu, Wrocławiu. I niemal wszyscy wypracowali wyjątkową pozycję w nowych zespołach: Jan Fornal, Józef Frymet, Jan Kaleta, Marian Kłodnicki, Urszula Miedzińska, Jerzy Nawojski, Lucyna Pączek-Nowak, Maria Przybylska, Konrad Szachnowski, Stanisław Turski i oczywiście Barbara Muszyńska.

Muszyńska trafiła do białostockiego Świerszcza w 1970, wkrótce po przejęciu teatru z rąk Joanny Piekarskiej przez Krzysztofa Raua. I była przez lata jego aktorką. Bodaj pierwszą w Świerszczu "wykształconą" lalkarką. To, co charakteryzowało jej bohaterów do końca lat 80. wynikało i z nabytych umiejętności, i przede wszystkim z wrodzonego temperamentu. Jej aktorstwo było jakby niecierpliwe, pospieszne, stąd pewne upodobanie do kukły, jeszcze bardziej pacynki. Żywiołowość wewnętrzna Muszyńskiej koncentrowała się w dłoni, która bezpośrednio ożywia te dwie techniki. Jej kreacje określano terminem "brawurowa gra". Dotyczyło to w równej mierze działań animacyjnych (Tymoteusz Rymcimci, Gwin w "Sześciu małych pingwinach", Karczmarka w "Leć głosie po rosie"), jak i w żywoplanowych (Lis w "Przypowieści o Jasiu"). Opanowała, a to rzadka w naszym lalkarstwie sztuka, perfekcyjnie technikę animacji, poznała szereg animacyjnych tricków i wciąż poszerzała ich arsenał. Profesjonalna publiczność gustowała w tych popisach, nigdy wszak nie łamiących konwencji. Muszyńska po prostu była świetną animatorką i wszyscy o tym wiedzieli. Już w połowie lat 80. dziwiłem się, że nie opracowała solowego programu. Jej aktorstwo było bowiem i widowiskowe, i estradowe zarazem.

Wyjątkową pozycję w zespole BTL-u zajęła z czasem jakby mimowolnie. Ale kto ją znał bliżej, wiedział, ile godzin spędzała na pracy z lalkami. I wszystkie one odpłacały się jej z nawiązką. Było wiadomo, że Muszyńska w zespole gwarantuje wysoki lalkarski kunszt. Właściwie do końca dyrekcji Raua grała przede wszystkim lalkami. "Tak mi się świetnie pracowało z lalkami - powie po latach. - Podświadomie uciekałam od tego, by nie zaistnieć na scenie jako ja, tylko przez coś, przez lalkę, maskę." "Kochałam próby, tak jest nadal, ale próby z lalkami ubóstwiałam, bo zanim cokolwiek zaczynałam grać, myśleć choćby o roli, musiałam się nabawić formą." I z tej zabawy rodziły się lalkarskie role, od Księżniczki w "Zaklętym rumaku", Matki i Dziewczyny w "Kartotece" (w obydwu spektaklach dzieliła role z Krystyną Matuszewską, lalkarką o pokolenie starszą, ale niezrównaną i równie niezastępowalną), po znakomitego Tymoteusza Rymcimci z 1972, w którego włożyła samą siebie: nieograniczony temperament, niespożytą energię, pomysłowość i wirtuozerię. Ta rola przyniosła Muszyńskiej pierwszą (potem było ich już wiele) indywidualną nagrodę aktorską na II Telewizyjnym Festiwalu Teatrów Lalek. To było otwarcie na całą Polskę. Barbara Muszyńska - marka!

Potem przyszły dziesiątki innych kreacji: Li-Tu w "Tygrys tańczy dla Szu-hin", Kaszparek w "Don Żanie", Służący w "Czarodziejskich skrzypcach", wspominana już Karczmarka i Gwin, Włóczyzmora w "Baśni o pięknej Parysadzie", Baba Jaga (w kolejnej wersji "Ochmistrzyni") w "Szewczyku Dratewce", już po premierze dołączyła do obsady niezapomnianego spektaklu "Nim zapieje trzeci kur", zagrała Elizę, czyli "kobietę namiętną" oraz Pietrową di Viniciolo w "Dekameronie 8.5", Śmierć w "Medyku Feliksie", była jedną z rewelacyjnych kur w "Polowaniu na lisa", Królewną w "Baśni o dwóch nieustraszonych rycerzach", wirtuozerską Angelą w "Królu jeleniu". Współpracowała z wieloma reżyserami, oprócz Raua, m.in. z Fełenczakiem, Jaworskim, Dobraczyńskim, Wilkowskim, Tomaszukiem, Kobrzyńskim. W "Baśni o nieustraszonych rycerzach" w 1992 bodaj pierwszy raz spotkała się za parawanem z Joanną Piekarską, która ufundowała jej przed laty BTL-owskie stypendium. Każda z wymienionych ról była wyjątkowa. Często nie były to role główne, raczej charakterystyczne, wymagające jakiegoś pazura, silnej energii, której pozbawione są najczęściej główne role kobiece w spektaklach lalkowych.

Wiele z tych ról miałem okazję oglądać. Karczmarka Muszyńskiej (w duecie z Maćkiem Jana Plewaki) to było arcymistrzostwo. W żadnej inscenizacji "Leć głosie" nikomu z kolegów lalkarzy nie udało się nawet zbliżyć do tych kreacji. Minęło kilka dekad, a wciąż widzę ich tańczących za parawanem i na parawanie jak na mistrzowskich popisach choreograficznych. No i do tego ich dialogi, przekomarzania się, uniki. Wyjątkowe doświadczenie! A namiętne i oryginalne role w "Dekameronie 8.5"? A Ruda w "Serenadzie" (obok Blond - Alicja Bach i Bruny - Alicja Skiepko-Gielniewska)? Nie było i pewnie nie będzie lepszej interpretacji Mrożkowych intencji. A wreszcie Angela w Gozzim, kto wie czy nie ostatnim wirtuozersko lalkowym spektaklu BTL-u?

Partnerstwo to w ogóle rzecz wyjątkowa w sztuce lalkarskiej. Muszyńska w początkach kariery partnerowała kilkakrotnie Krystynie Matuszewskiej i pewnie były to cenne lekcje, ale błyszczała w partnerstwie z kolegami, głównie z mężczyznami: Janem Czauderną, Dezyderiuszem Gałeckim, Tomaszem Brzezińskim, Janem Plewaką, Mieczysławem Fiodorowem, Markiem Kotkowskim, Andrzejem Zaborskim, Piotrem Damulewiczem, Ryszardem Dolińskim, Pawłem Aignerem. Z każdym z nich tworzyła niezapomnianą aktorską parę.

Epoka lat 90. przyniosła Muszyńskiej nowe doświadczenia. Z teatru lalek BTL stawał się coraz bardziej teatrem młodego (i dorosłego) widza. Aktorom wyznaczano całkiem nowe zadania, budowano nowy zespół, choć większość aktorów, także z minionych dekad, odnalazła w nim swoje miejsce. Barbara Muszyńska-Piecka też. Mniej liczyły się teraz umiejętności animacyjne, bardziej aktorska sprawność, giętkość i energia. A to przecież była druga natura Muszyńskiej, więc i teraz okazała się niezastąpiona, bo temperament młodzieńczy szybko mija wraz z latami i tylko wytrwały trening może sprawić, że aktor jest wciąż w formie. Dawno już wypadli z obiegu jej znacznie młodsi koledzy. Ona nie! Jej role: starej szkapy w duecie z Mieczysławem Fiodorowem w "Gulliwerze" Spišaka, w "Państwie Fajnackich", "Baronie Műnchhausenie", Lulejka w "Amelka, Bóbr i Król na dachu", Műllerowa w "Szwejku" pozostaną w pamięci. Kto oglądał Muszyńską w rolach z ostatnich lat, zwłaszcza w spektaklach Aignera: Coffee w "Księżniczce Anginie", Srebrnego Sokoła w "Texas Jimie" czy w "Słomkowym kapeluszu", wie o czym mówię. Muszyńska jest wieczna! I niech tak pozostanie!

Pamiętam ją z kilku wyjątkowych ról z okresu mojej bliskiej współpracy z BTL-em. Wspomnę o "Fasadzie" Dudy Paivy, pierwszej jego profesjonalnej reżyserii w dużym teatrze. Pani Basia, jak wszyscy, była przerażona. Żadnego tekstu, żadnych prób stolikowych, od początku praca przed lustrem z gąbczaną formą. Po niektórych to "przerażenie" spływało, ona nie mogła spać. Miała wyjątkową rolę: w dublurze z profesjonalnym holenderskim tancerzem i z niezwykłą, wyjątkową formą, pięciokrotnie większą od niej samej, w którą na dodatek trzeba było wejść. Ale znów godziny jej indywidualnego treningu, mozolnej pracy nad opanowaniem tej formy, doprowadziły do sukcesu. Tylko z takimi lalkarzami warto pracować! Oni naprawdę wiedzą, czym się zajmują i po co. I bywa - odnoszą sukces.

Barbara Muszyńska-Piecka to urodzona lalkarka, aktorka i pedagog. Wszystkiego doświadczyła. Nigdy nie chciała tworzyć dla siebie. Broniła się przed przyjmowaniem zadań reżyserskich, choć bywała znakomitym asystentem reżysera. Kilka prac zrealizowała samodzielnie, choć zawsze z przymusu, ale i z wielkim powodzeniem ("Wojna o echo", "Malutka czarownica"). Jej najważniejszą życiową pasją było i jest lalkarstwo. W instytucjonalnym teatrze od lat trudno tej pasji podołać. Kilka lat temu powiedziała: "Myślę, że już nie zdążę zagrać żadną lalką."

Pani Basiu, życzę Pani (a pewnie do tych życzeń przyłączy się wielu), aby kolejne Pani teatralne wyzwanie było lalkowe. By dostała Pani do rąk instrument, na którym da się zaśpiewać "Bohemian Rapsody", "Dancing Queen", a choćby i "SIMPLY THE BEST"!