powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jeszcze istniejemy

"Garbus" w reż. Marka Fiedora we Wrocławskim Teatrze Współczesnym Pisze Przemysław Skrzydelski w tygodniku Sieci.

Z nieudanego dramatu Mrożka wycisnął Marek Fiedor samą esencję: strach przed udawanym życiem i mękę patrzenia, jak groteskowo giną pozory.

To właściwie niezrozumiałe, tym bardziej gdy spojrzymy na cały nasz dzisiejszy teatr. Marek Fiedor po raz kolejny w ostatnich latach sięga po teksty karkołomne, do których potrzeba kontekstu, a ten można zarysować sobie tylko samotnie, podczas skupionej lektury. Bo co powiedzieć choćby o "Paternoster" Helmuta Kajzara albo "Silesia, Silentia" Lidii Amejko. Oba te dramaty pokazał Fiedor nie tak dawno w swoim Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Fascynujące sceniczne podróże, ale jakże w wielu fragmentach prowadzące krętymi drogami. Uczestniczenie w nich chwilami przypominało łamanie szyfrów.

Choć też ostatnią rzeczą, którą można stwierdzić o teraz wystawionym "Garbusie" Sławomira Mrożka, jest to, że to dramat antyteatralny. Nic z tych rzeczy. Otwiera spore możliwości: enigmatyczna sytuacja, niejasny status i miejsce spotkania postaci, ich wzajemne wyrzuty i manipulacje prowadzące do odważnych filozoficznych diagnoz. Trochę to o zakłamaniu, trochę o braku możliwości przełożenia sensów egzystencji na materię sztuki, kiedy samo życie wydaje się tak marne, przewidywalne. Gdy wszystko dookoła ciągnie w dół, człowiek zaczyna udowadniać innym, że są jeszcze niżej. W takiej perspektywie niełatwo osadzić coś więcej, a co dopiero myśleć o akcie twórczym. Pozostają wzajemna destrukcja i walka o bezpowrotnie stracony czas.

Mrożek ciekawie to rozpisał zwłaszcza w dwóch pierwszych aktach, jednak potem dzieje się coś niedobrego. Nagle pojawia się ktoś z zewnątrz, zdarzenia się piętrzą, wyłania się zawiła intryga. Wybitny pisarz chyba w jednym zamyśle chciał zmieścić nazbyt wiele, stąd wrażenie, iż w akcie trzecim i czwartym mogłoby się dziać nawet więcej, bo dramat napęczniał i nadto daje się rozciągać jak guma, w każdą stronę. Normalną reakcją reżysera byłaby ucieczka i pewnie dlatego "Garbusa" od 1975 r. prezentowano tylko osiem razy.

Marek Fiedor odrzucił konieczność bycia wiernym trudnej strukturze. Skupia się na tym, co tli się między postaciami. Odważnie skraca tekst. Reszta to inscenizacyjny sztafaż, groteskowy blef, by złagodzić konkluzje. Zresztą czy groteska zawsze potrzebuje specjalnego uzasadnienia? Czasem dzięki niej sprytniej można nam sprzedać prawdę o nas. W przedstawieniu Garbus chodzi ubrany w strój góralski, bo tak jest śmieszniej, a i tak wiadomo, że do wyśmiania są w tej opowieści inni. Garbus jest sobą, nie żąda definicji. Znakomity w tej roli Maciej Tomaszewski jest mistrzem dystansu. Często chcą go zdefiniować, gadają o nim, a jemu wystarcza niemal całkiem milcząca obecność. A skoro o gadaniu mowa, to warto sprawdzić, jak to robią Wiesław Cichy jako Baron i Zina Kerste jako Baronowa. Dyskretnie chowają emocje, lecz i dyskretnie pod każdym zdaniem kryją intencje. Grają tyle, ile trzeba, po co więcej. Nazywanie takiego aktorstwa przychodzi dziś z trudem przede wszystkim dlatego, że czuje się, jakby nieubłaganie przemijało. Mistrzowskie? Stara szkoła? To takie ogólne, jednak trafne.

Nie mam pojęcia, czy dla Fiedora punktem odniesienia jest Jerzy Jarocki, ale wygląda to jednoznacznie - jakby teatru na Jarockim się nauczył i Jarockim myślał. Aktorzy grają ludzi, lecz także idee, groteska przenika do spektaklu niepostrzeżenie i pozostaje w nim na równych prawach co realizm, przestrzeń to starannie zakomponowany opis rzeczywistości. Zresztą wielki reżyser wystawił "Garbusa" kilka dni po jego prapremierze. Ciekawe, czy wtedy myślał o tym tekście jak o dramacie przemijania i początku końca. U Fiedora wszyscy podczas wspólnego sezonu wypoczynkowego jakoś funkcjonują, jednak i oni dogasają, i świat wokół nich. Pięknie przystrzyżona trawa gdzieś znika, pod nią zaś pęka i kruszy się drewniany parkiet; na fortepianie nikt nie zagra, ktoś bowiem wyrwał struny. Jest dokładnie tak, jak w zdaniu o ruinach, które wypowiada jeden z bohaterów: "[...] coś, co jeszcze istnieje, ale już nie nadaje się do użytku". To zatem ostatnia szansa, by przynajmniej pogadać i sobie podogryzać, bo za chwilę będzie już tylko jak w tym "Martwym sezonie" Rafała Wojaczka: "[...] jedną wolną już salę /zamieniono na składzik /pewnie już niedługo / założą tu klamki / Tak, to już jest koniec / Myją korytarz / Pastują podłogi".