powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Bałtycka Giselle

"Giselle" Adophe'a Adama w choreogr. Emila Wesołowskiego, Izabeli Sokołowskiej-Boulton i Wojciecha Warszawskiego w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Pisze Katarzyna Gardzina-Kubała w Teatrze dla Wszystkich.

"Kaszubska Giselle", "Giselle w tawernie Fala", "Albert jako narzeczony celebrytki Batyldy" - przyznam, że zapowiedzi nowej wersji słynnego baletu romantycznego, rozpowszechniane przez Operę Bałtycką niespecjalnie zachęcały do obejrzenia spektaklu. Oczywiście rozumiem, że miały zaciekawiać, podobnie jak streszczenie opublikowane w sieci, a później w programie do przedstawienia, ale na szczęście okazało się, że nie miały wiele wspólnego z efektem scenicznym, na który wpływ miały artystyczne osobowości i doświadczenie realizatorów. To te nazwiska spowodowały, że chciałam nową Giselle w Operze Bałtyckiej zobaczyć, pomimo wyżej wspomnianych zapowiedzi zalatujących smażalnią i flądrą. A może to miał być swoisty kamuflaż, aby piękno spektaklu zrobiło na widzach jeszcze większe wrażenie? Bo gdańska Giselle choć nowa i "unowocześniona", odarta z tiulowych paczek romantycznych i tradycyjnego niemieckiego "romantyzmu", jest na równi z "tradycyjną" piękna, czysta i subtelna. A tego właśnie oczekuję od tego tytułu.

Zrealizowanie "Giselle" "po nowemu" wydaje się zadaniem karkołomnym. Przede wszystkim dlatego, że to balet-obiekt muzealny, w pozytywnym tych słów znaczeniu. Wystawia się go z zachowaniem nie tylko tradycyjnej choreografii (choć w kilku opracowaniach, z różnymi mniejszymi i większymi różnicami), ale także w tradycyjnym romantycznym entourage'u, zawierającym malowane wiejskie domki, zamek księcia na wzgórzu w tle, sztuczne kwiatki, zapadnie, tiulowe welony i zmurszałe krzyże na leśnym cmentarzyku. Wszystko razem pokazuje współczesnym widzom, czym był duch romantyzmu, uwodzi swoją naiwnością, którą traktujemy jako wartość sentymentalną, podobnie jak przesadne miny aktorów w niemym kinie, czy barwy filmu "color by technicolor" - wszystko to jest na swój sposób rozczulające. I od razu przyznaję się - uwielbiam to! XIX-wieczną "pantomimę" baletową, symbolikę gestów i póz, wysubtelnienie i przetworzenie tychże gestów w upozowania rąk i głowy poszczególnych postaci.

Dlatego tak olbrzymim zaskoczeniem był dla mnie spektakl baletu Opery Bałtyckiej, w którym udało się (!) zachować tego ducha i ten styl, zmieniając czas i miejsce akcji. Na szczęście zapowiadana "tawerna Fala" jest scenicznie zamanifestowana jedynie kilkoma stolikami i krzesełkami oraz eleganckim neonem i nikt smażonej flądry nie roznosi. Całość inscenizacji od strony wizualnej (scenografia i światła Olga Skumiał) jest stonowana kolorystycznie (dominują szarości, błękity i szafiry) i wspierana przez równe subtelne projekcje autorstwa Piotra Bednarczyka. Kolejną porcję piękna wnoszą kostiumy zaprojektowane przez Martę Fiedler - niby proste, ale prostota jest najbardziej wyrafinowana, świetnie "tańczące" z artystami (obłędna sukienka Batyldy z falbaną), utrzymane w podobnej jak scenografia tonacji szarości, bieli i błękitów z niewielkimi wyjątkami (czarny kostium Hilariona). Duchy dziewcząt - w tradycyjnej wersji zwanych wilidami, a tu wodnicami (bo to topielice, które znalazły śmierć w bałtyckich odmętach), otrzymały niezwykle oryginalne długie suknie - górą cieliste z delikatnymi aplikacjami, dołem szarawo-niebieskawo cieniowane, jak "zamoczone" w wodzie. W scenach zbiorowych "wodnic" w drugim akcie doskonale spełniły swoje zadanie i świetnie podkreślały całą choreografię. Może jedynie w niektórych wariacjach z większymi skokami trochę przysłaniały to, co odsłaniają w tych samych momentach tiulowe paczki - pracę nóg.

Tyle strona wizualna. Sama opowieść pozostała w zasadzie niezmieniona. Podobnie jak i w tradycyjnej wersji, akt I rozgrywa się w świecie realnym, tyle że dzisiejszym, a akt II, przesycony jest fantastyką, która skądinąd święci teraz tryumfy w literaturze popularnej, jak to było i w epoce romantyzmu . Prosta dziewczyna Giselle pracuje w tawernie prowadzonej przez jej matkę. W Giselle podkochuje się Hilarion, także pracownik lokalu, typ raczej niezbyt wyrafinowany. Dziewczynę zachwyca jednak nieznajomy Albert, gość restauracji, który chętnie korzysta z zauroczenia dziewczyny. Elegancka miastowa Batylda przybywa w otoczeniu znajomych i obdarowuje uroczą Giselle naszyjnikiem. Okazuje się jednak (dzięki interwencji zazdrosnego Hilariona), że Batylda jest narzeczoną Alberta, a chłopak nigdy nie traktował uczucia Giselle poważnie. Wstrząśnięta dziewczyna topi się w morzu. Na brzeg morza nocą przychodzi Albert odczuwający żal i skruchę z powodu śmierci Giselle. Tymczasem władczyni wodnic, Mirta, przywołuje duchy utopionych dziewcząt i samą Giselle. Zjawy chwytają i topią w morzu Hilariona, w obronie Alberta staje Giselle. Gdy nadchodzi świt wodnice znikają, na końcu odchodzi Giselle, pozostawiając żal i tęsknotę w sercu Alberta.

Pierwszy akt zainscenizował i choreograficznie na nowo opowiedział Emil Wesołowski. Co za pomysły! Co za świeżość i pozorna prostota, przy wykorzystaniu charakterystycznego, własnego języka tańca! Dlatego Giselle wyrzuca nogę w bok z zadartymi palcami stopy (flex), rozpoznajemy też charakterystyczne dla Wesołowskiego połączenia kroków i partnerowania. Tu i ówdzie pojawiają się elementy stylizowanej pantomimy i ruchy "naturalne", i wszystko razem niezwykle czytelnie, a jednocześnie nie dosłownie, przeprowadza widza przez tok narracji oraz przekazuje stany emocjonalne poszczególnych bohaterów i ich charaktery: gwałtowność Hilariona, lekkie znudzenie i beztroskę Alberta, skromność i prostotę Giselle, wyrafinowanie i pewność siebie Batyldy. Szczególnie zachwyciły mnie powtarzające się wejścia barowych kelnerek i ich skoki i tańce z talerzami, z powodzeniem zastępujące baletowe ozdobniki, jak "taniec przyjaciółek Giselle" oraz dynamiczny taniec matki Giselle Berty i Hilariona do muzyki towarzyszącej zwykle tzw. wiejskiemu pas de deux. Godna podkreślenia jest genialna muzykalność choreografii Emila Wesołowskiego i świetne pomysły, jak inaczej, niż w XIX-wiecznej wersji odzwierciedlić ruchem poszczególne takty i akcenty narzucające skojarzenie np. z drobnymi kroczkami albo z szerokimi skokami po obwodzie sceny. Wszystko to jest dramaturgicznie uwarunkowane - brawo!

W akcie drugim Wojciech Warszawski - kierownik baletu Opery Bałtyckiej - i jego zastępczyni Izabela Sokołowska-Boulton zachowali tradycyjną choreografię "białego aktu" - tańce wilid (wodnic), Mirty, dwóch wilid oraz pas de deux Giselle i Alberta, dodając im nieco Bournonville'owskiego stylu (niższe poziomy podnoszenia nóg, subtelne ustawienia tułowia) oraz współczesnego sznytu w scenach pantomimicznych - mniej przeestetyzowane są działania Hilariona, Alberta i Mirty, która np. gdy widzi, że jej moc nie działa na Alberta bronionego przez Giselle, cofa się z przerażeniem i zdziwieniem. Elementem dodanym było pojawienie się i odejście wodnic ustawionych w dwóch naprzemiennie "falujących" ramionami rzędach, zmiennie niknących w mroku - bardzo pomysłowe i dodające morski kontekst do "białego aktu". Dzięki niemu i spójnej wizji plastycznej, obie części przedstawienia stapiają się w jedną opowieść, tradycyjny akt okazuje się bardzo współczesny, a jego choreografia - taneczną, niemal abstrakcyjną symfonią, jakie z powodzeniem w XX wieku tworzył George Balanchine.

Nie byłoby sukcesu tej premiery bez ciężkiej pracy i wielkiego zaangażowania gdańskiego zespołu. Tancerze, a zwłaszcza tancerki, przy wsparciu uczennic Gdańskiej Szkoły Baletowej stworzyły świeży i żywy spektakl wykonany na bardzo dobrym poziomie, również czysto technicznym, bo o wyrazowym nie trzeba nawet wspominać. W scenach zbiorowych żeńskie corps de ballet sprawiło się świetnie - zgranie, wdzięk, symetria, wszystkie zmiany i przejścia odpowiednio dynamiczne i precyzyjne! Znakomite w swoich wariacjach były także dwie wilidy/wodnice oraz silna i władcza Mirta - Beata Giza-Palutkiewicz, która w pierwszym akcie była ciepłą, choć równie silną matką Giselle (swoją drogą świetny pomysł na obsadzenie tych ról przez jedną tancerkę, w tradycyjnej wersji nie mający miejsca, bo tam matka Giselle to postać "chodzona").

Filip Michalak to specjalista od ról wyrazistych, mocnych, charakterystycznych, więc i w pełnej skoków, przewrotów i upadków na kolana partii Hilariona spisał się na medal - był tak gwałtowny, jak zazdrosny zalotnik powinien być. Para głównych bohaterów - Giselle i Albert - to partie baletowe owiane legendą. W roli Giselle subtelnością i eterycznym wdziękiem zachwycały największe tancerki świata. A trzeba się tu wykazać także siłą i techniczną maestrią w wariacji z II aktu, i aktorskim talentem w I akcie w chwili szaleństwa i samobójstwa. Maria Kielan udowodniła, że jest Giselle. Może na początku pierwszej części nie od razu weszła w rolę, ale potem była urocza - trochę dziewczęca, prawie dziecinna, naiwna, ale trochę i flirtująca, a wreszcie zrozpaczona. Po przerwie przeistoczyła się w eteryczną zjawę i wszystkie trudności partii przezwyciężyła bez problemów, szczególnie zachwycając w pas de deux i wariacji. Niewielkie problemy z równowagą w sławnych, powoli przyjmowanych, pozach arabesque można złożyć na karb premierowej tremy. Gento Yoshimoto był równie świetny w roli Alberta - beztroski chłopak, który z czasem, zbyt późno, odkrywa swoje uczucie do Giselle. Bardzo dobrze partnerował Marii Kielan we wszystkich podnoszeniach (a są one w Giselle wymagające - może chciałoby się, aby z czasem nabrały jeszcze więcej płynności), a swoje wariacje wykonał brawurowo. Solówka w II akcie wywołała zasłużony huragan braw, bo Yoshimoto ma umiejętność "zawisania" w powietrzu w wysokich poziomych skokach i robi to niesamowite wrażenie.

Spektakl, co do tej pory było nieczęste w Operze Bałtyckiej, grany jest z muzyką wykonywaną przez orkiestrę i partytura Adolphe'a Adama brzmi pod batutą Tomasza Tokarczyka bardzo lekko, a przy tym współcześnie. Wprost niesamowite, jak uznawana za niezbyt wysokich lotów "akompaniament do tańca" muzyka była tu absolutnie spleciona ze współczesną formą inscenizacji i eklektyczną, poprzez połączenie dwóch języków tańca, formą choreograficzną. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania i będę chciała powrócić do Opery Bałtyckiej, by zobaczyć jak spektakl ten dojrzeje po kolejnych wykonaniach.

---

Katarzyna K. Gardzina-Kubała - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy.