powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Staruszek musi zginąć

"Twist And Shout" powstał na fali sukcesu "Rapsodii z Demonem", musicalu w reżyserii Michela Driesse'a z piosenkami zespołu Queen, który miał premierę w Teatrze Rampa w 2015 roku. Autorski projekt z muzyką kultowej grupy - tym razem The Beatles - okazał się przepisem na sukces - pisze Marta Żelazowska z Nowej Siły Krytycznej.

Santiago Bello - reżyser i choreograf, znany publiczność Rampy choćby z doskonałego "Jesus Christ Superstar" - sięga po napisany na zamówienie stołecznego teatru tekst Irene Arredondo w przekładzie Jacka Mikołajczyka.

Rzecz dzieje się w latach siedemdziesiątych w warszawskiej kamienicy zamieszkałej przez swoiste indywidua. Mamy tu: ekscentryczną hrabinę Annę (Anna Sztejner) i jej męża pantoflarza (Robert Tondera), Edka (Daniel Zawadzki) - handlującego narkotykami gospodarza domu, Ryszarda (Sebastian Machalski) - kandydata na polityka prowadzącego wyborczą agitkę, Krisztinę (Małgorzata Regent) - propagatorkę stylu flower power, Paulinę (Katarzyna Kozak) - podstarzałą primabalerinę prowadzącą upadającą szkołę tańca, jej córkę Stellę (Natalia Piotrowska) - sprzeciwiającą się kontynuowaniu "kariery" tanecznej na rzecz doktoratu, mieszkającego tu niemal od zawsze - Sierżanta Peppera (Jakub Wocial). To wokół niego zbudowana jest oś fabuły. Sąsiedzi przekonani o zamożności samotnego, zdemenciałego staruszka, planują morderstwo i przejęcie jego majątku. W ich mniemaniu to najprostszy sposób na rozwiązanie problemów finansowych, a mają je prawie wszyscy. Najpierw knują osobno, potem łączą siły, ale jak można się domyślić Sierżanta nie jest łatwo się pozbyć. Jedynie Stella i nowy lokator Grzegorz (Michał Juraszek) darzą starszego mężczyznę sympatią. Oczywiście wszystko dobrze się kończy: plany lokatorów spełzną na niczym, miłość zwycięży, a zło zostanie ukarane.

Wydarzenia są ściśle związane z wykorzystywanymi utworami The Beatles. Ryszard śpiewa "Help!" rozdając ulotki i "Imagine" w scenie przedwyborczej autokreacji; Tania (Wiktoria Jabłońska) wykonuje "Come Together", wijąc się przed Sierżantem w erotycznym tańcu. Sam w sobie dobry pomysł włączenia przebojów w fabułę jako komentarza, wyrazu emocji, tęsknot, planów czy refleksji bohaterów, w tym wypadku nie do końca się sprawdza. Trudno pozbyć się wrażenia, że scenariusz pisany jest na siłę, wątki miały być tak skonstruowane, by zmieściło się jak najwięcej piosenek. Libretto i utwory tworzą zwartą całość, lecz odbija się to na fabule. Jest banalna, przewidywalna, choć co należy podkreślić dramaturgicznie sprawna. Humor jest mało wysublimowany, jednak zdarzają się wyjątki, jak choćby scena, w której hrabina próbuje zlikwidować staruszka rażąc go prądem (w gumowych rękawicach wrzuca suszarkę, a potem toster do wanny, gdy Pepper zażywa kąpieli), oczywiście mężczyzna wychodzi z tego cało. Scenariusz jest najsłabszym elementem przedstawienia, ale to się wybacza w widowisku muzycznym, wszak nie o słowo w nim chodzi a o materiał dźwiękowy - a tu muzyka jest doskonała.

Wykonanych jest dwadzieścia osiem przebojów The Beatles, w nowych, ale nie odbiegających od oryginalnego brzmienia, aranżacjach Jana Stokłosy. Mają one musicalowy sznyt, tworzą spójną warstwę brzmieniową. Tło muzyczne Stokłosa oparł na motywie z "All The Lonely People", nawiązując tym samym do wydarzeń, akcja bowiem rozgrywa się w kamienicy zamieszkałej przez samotnych ludzi. Piosenki wykonywane są z muzyką na żywo, w oryginalnej wersji językowej. Teksty w języku angielskim jest ich nierozerwalną częścią, w tłumaczeniu nie byłyby tymi samymi kompozycjami, straciłyby nośność.

Pierwsze sceny, mimo fantastycznych choreografii (nowoczesnych, z wykorzystaniem elementów twista i rock'n'rolla), są mało dynamiczne. Musical rozkręca się powoli, ale efektownie. Aktorzy nabierają pewności, lekkości, naturalności. Stopniowo stają się zespołem. Może dlatego, że w drugiej części znacznie więcej jest scen zbiorowych napędzających wzajemnie wykonawców, umożliwiających swobodny przepływ energii. Z każdą sceną artyści są coraz lepiej rozśpiewani, wokalnie ta część też wypada zdecydowanie lepiej.

Santiago Bello wykorzystuje nie tylko przestrzeń sceny, ale i proscenium, balkony nad rampą oraz główne przejście między rzędami foteli - działania doskonale wpisują się we wnętrze teatru. Aktorzy traktują koncepcję przedstawienie z ironicznym dystansem. Postacie są przerysowane, czasem wręcz karykaturalne, ale zgodne z komediową konwencją. Jakub Wocial ma karkołomne zadanie i wykonuje je brawurowo. Wiek bohatera imituje postawą: napina się, garbi, porusza powoli, na lekko rozstawionych i ugiętych nogach, podpiera się laseczką ujętą w chwiejącą się dłoni. Starość słychać także w głosie. Partie wokalne wykonuje "brudnym głosem" z lekką chrypą, z głośnym oddechem tam, gdzie nie powinien być brany, z zawahaniem, drżeniem, jakby brakowało mu siły na dośpiewanie dźwięku, czasem go traci, imituje fałszywy, lecz śpiewa w tonacji. Sebastian Machalski to ogromny talent! Jaki on ma głos, jak potrafi oczarować widza. Niesamowity! Aż szkoda, że zaśpiewał tylko kilka utworów.

Scenografia (Dorota Sabak) jest minimalistyczna, ale efektowna. W pierwszej części ograniczona do ażurowych, białych konstrukcji imitujących ściany kamienicy z wyciętymi wejściami. Aktorzy ustawiają je w różnych konfiguracjach, sygnalizując zmianę miejsca wydarzeń. Pojawiają się też elementy doprecyzowujące przestrzeń, na przykład fotel uszak i modułowy regalik w mieszkaniu Peppera, czy okrągłe mini-łóżko z moskitierą i wmontowaną weń fajką wodną w lokalu hippiski. Wszystko utrzymane jest w biało-czarnej kolorystyce. Barwy ulegają intensyfikacji w drugim akcie. W scenie na plaży tło zmienia się na błękitne, wjeżdża pastelowy, plażowy bar i leżaki we florystyczne wzory, podczas konkursu tańca w głębi sceny na rusztowaniu, za płytami z pleksi (jak na koncertach rockowych), ustawiony jest zespół muzyczny, a z góry zjeżdżają kolorowe lampy. Efektu dopełnia doskonałe światło (Tomasz Filipiak) i znakomite kostiumy (Dorota Sabak) - wariacje na temat mody lat siedemdziesiątych. Wszystkie elementy tworzą spójną całość.

"Twist And Shout" to rozrywka na wysokim poziomie. Przedstawienie oglądałam z przyjemnością. Parafrazując słowa Michała Kirmucia z programu spektaklu "Rapsodia z Demonem", można rzec, że połączenie muzyki The Beatles i świata teatru sprawdza się. Przedpremierowy pokaz publiczność przyjęła bardzo ciepło.

***

Marta Żelazowska - pedagog, absolwentka studiów podyplomowych Wiedza o teatrze i dramacie z elementami wiedzy o filmie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk oraz Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych.