powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Do zrobienia w piątek: umrzeć

Dobrze jest umrzeć w samą porę. Koniec tygodnia to chyba właściwy czas. Wszystko zrobione, idzie weekend, to ja tu sobie z boczku poumieram - pisze Dana Łukasińska.

Była pierwszą życzliwą osobą, która przywitała mnie w nowym miejscu. Wiedziałam kiedy robi zakupy, bo jej wózek na sprawunki wydawał charakterystyczne dźwięki. Nie pozwalała sobie pomóc - to co, że windy nie ma, a to wysokie trzecie piętro w kamienicy - wózek ma przecież specjalne kółeczka, które łatwiej pokonują schody.

Jakiś czas temu pożyczyła mi prodiż - takie przedpotopowe ustrojstwo do pieczenia, kiedy się okazało, że moja kuchenka indukcyjna ma focha. Dowiedziałam się wtedy, że opiekuje się niedołężnym mężem. Kiedy rok temu rozpoczął się remont w sąsiednim mieszkaniu, który chwilami doprowadzał mnie do szału, mówiła ze śmiechem: przeżyjemy i to! Przeżyła ten remont, szczęśliwie zakończony tydzień temu wprowadzeniem się do wyremontowanego mieszkania nowej lokatorki.

Kiedyś jej zniedołężniały mąż zamknął drzwi na zamek nieotwierany z zewnątrz i zasnął bez aparatu słuchowego. Nie mogła się do niego dostać. Przyjechała straż pożarna, policja, pogotowie. Ponoć przez kilka dni pukała do mnie, zanim mnie zastała, by przeprosić za zamieszanie, które wówczas wywołali. Zresztą przeprosiła wszystkich mieszkańców naszej klatki.

Na widok wózka dziecięcego parkującego na klatce schodowej mówiła: wreszcie jakiś młody rocznik, powiem pani, mam dosyć tej geriatrii.

Zmarła w piątek. To był dla mnie taki dzień, w którym, jak to mówią "nie wiesz w co ręce włożyć", po całym tygodniu równie intensywnych dni. I nagle wieczorem usłyszałam z klatki schodowej:

- Babcia umarła!

- Co?

- Babcia umarła! Wracaj!

- Teraz?

- No teraz. Odwołaj wszystko i wracaj!

Ciężkie kroki na schodach.

- Ale sobie moment wybrała...

Zmroziło mnie. Ta Babcia? Ta drobna, energiczna kobieta ze ślicznym uśmiechem? Ta od prodiża, niedołężnego męża i wózka na zakupy ze specjalnymi kółkami na schody?

Akurat miałam zejść do piwnicy. Zatrzymałam się chwytając klamkę. A co, jeśli ją spotkam w piwnicy - ją, jej ducha? Ruszyłam na dół. Zwykle nie lubię tam schodzić, bo to miejsce jak z horroru. Tym razem niczego się nie bałam. Chciałam ją spotkać. Na próżno. Może była tam, tylko jej nie zobaczyłam? W sumie co miałaby robić w piwnicy? Aniołowie zgarnęli ją pewnie z dachu. Gdybym ją spotkała to chciałbym powiedzieć, że żałuję tych zawahań, które sprawiły, że tyle razy do niej nie podeszłam, nie porozmawiałam dłużej, nie zapytałam o zdrowie. Że żałuję, że częściej nie pożyczałam prodiża, soli, żelazka czy naparstka. Żałuję, że nawet nie wiem, jak miała na imię. Moja sąsiadka.

Dobrze jest umrzeć w samą porę. Koniec tygodnia to chyba właściwy czas. Wszystko zrobione, idzie weekend, to ja tu sobie z boczku poumieram. Gorzej dla bliskich. Weekend, można się umówić, wyjść, a tu klops - trzeba organizować pogrzeb, w dodatku martwe ciało leży w salonie.

Według niektórych etyków starzy ludzie mają obowiązek umrzeć. Myślę, że każdy ma obowiązek umrzeć, choćby z prostego powodu, że jesteśmy śmiertelni. Czasy, w których żyjemy, nie sprzyjają temu obowiązkowi. W dobie zaawansowanej medycyny i nauki śmierć staje się jak początek bajki, która dzieje się gdzieś za górami i lasami i nam się nie przytrafi. No kurcze przytrafi. A wtedy miło byłoby umrzeć szybko, bez korowodu lekarzy i szpitali. Etycy śmierci zrobili kiedyś sondę, by zbadać opinię ludzi na temat, co jest mniej etyczne: czy walka o kolejne dwa lata życia 87-letniej kobiety, czy utrata wszystkich oszczędności, domu, pracy i kariery jej 50-letniej córki, która poświęca je dla tych dwóch lat życia matki. Większość pytanych uznała, że postawa matki jest w takim przypadku egoistyczna i godna potępienia: zostawiać córkę bez niczego w tym wieku?! Problem jednak pojawia się wtedy, gdy to my stajemy się 87-letnimi staruszkami, które uporczywie trzymają się życia. Znałam kiedyś kobietę po dwóch nowotworach, 70-latkę, która zapowiadała wszem i wobec, że choćby miała wydać wszystkie oszczędności i sprzedać swoje 100-metrowe mieszkanie, będzie walczyć o każdy rok życia. Nawet jeśli jej dzieci w takim wypadku nic by po niej nie odziedziczyły. Miała prawo? Miała...

Nie jestem w wieku (chyba), w którym dużo powinno się myśleć o śmierci, jednak zdarza mi się myśleć o niej dosyć często. Obowiązek umierania (a jestem obowiązkowa) pokazuje aspekt śmierci, którego czasem nie dostrzegamy, przyzwyczajeni do indywidualizmu i egocentryzmu, a mianowicie, że nasza śmierć może przynieść korzyści innym. W tym bliskim i kochanym. Choćby takie, że zwyczajnie nie jesteśmy dla nikogo ciężarem. Jeśli śmierć może pomóc komuś żyć - czemu nie?

W piątek wieczorem i w ciągu następnych dni mogłam sobie odpuścić rytuał smarowania się olejkiem magnezowym, który pomaga mi przy pracowym stresie. Stres ustąpił samoistnie. Jego miejsce zajęła dziwna nostalgia. Nie chodzi o przysłowiowe memento mori i refleksję, by bardziej doceniać życie. Wiem, że na łożu śmierci raczej nikt nie mówi: żałuję, że nie siedziałem dłużej w biurze. Kocham to co robię, co nie zmienia faktu, że poczułam tęsknotę za końcem, a spokój, który mnie wypełnił, był jak obietnica. Jak pięknie byłoby umrzeć. Tu i teraz. Na przekór wszystkim staraniom, by zatrzymać młodość. Tylko chyba jeszcze trochę muszę zaczekać. Żeby mój wnuk mógł powiedzieć: "Ale sobie moment wybrała...".