powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Trochę nudy, trochę tańca

"Mój pierwszy raz" Kena Davenporta w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska na blogu Teatr dla Wszystkich (platformie zastępczej Teatru dla Was).

Krystyna Janda w swoim teatrze wystawia sztuki o bardzo zróżnicowanym charakterze: klasykę, farsy i komedie obyczajowe, monodramy oraz spektakle muzyczne. Dbając o dobór repertuaru, nie boi się krytyki, sięga po tematy społeczne, zaangażowane, zawsze z uważnością dla widza. Dlatego moje zaskoczenie i niesmak po ostatniej premierze jest większy niż zazwyczaj. "Mój pierwszy raz" to spektakl, który przebojem nie będzie .

Nie oszukujmy się, seks przestał być tematem tabu, przynajmniej w teatrze, który pokazał już w tej materii tak wiele, że nic już publiczności nie zaskoczy. Dlatego reżyser powinien zadać sobie pytanie: jak mówić o tej sferze intymnej intrygująco, zaskakująco, bez pruderii lecz ciekawie? Jak uniknąć banału i taniej wulgarności? Z szacunkiem dla oglądających, którzy szukają w teatrze czegoś więcej niż chichotu z powodu każdego słowa związanego ze stosunkiem męsko-damskim, a także damsko-damskim czy męsko-męskim. To prawdziwe wyzwanie! Wykorzystanie internetu jako źródła inspiracji może być doskonałym początkiem czegoś świeżego, aktualnego i bardzo teatralnego. Ale to tylko bodziec, reszta należy do autora tekstu oraz autora adaptacji i reżysera. W przypadku spektaklu Krystyny Jandy, pod wiele obiecującym tytułem (a może właśnie wyjaśniającym już wszystko?), inspiracją był tekst, który powstał na bazie wpisów ze strony internetowej. Ludzie z całego świata opisują tam swój "pierwszy raz", swoje przykre, radosne i innego rodzaju inicjacje seksualne. Autor , czyli Ken Davenport , nie zadbał o to, by swoją sztukę (w zasadzie trudno ją tak określić) uczynić nowatorską, interesującą dla reżysera, aktora i widza. Brakuje w niej jakiejkolwiek dramaturgii i nie ma żadnego elementu, który pomógłby aktorom stworzyć ciekawe kreacje. Zlepek wypowiedzi, naprędce napisanych zdań, czasem dłuższych historyjek nie wnosi nic nowego do naszej dotychczasowej wiedzy. Przerecytowane 90 minut nuży. Znani i lubiani aktorzy: dawno niewidziana na scenie Agnieszka Krukówna, obok niej Natalia Berardinelli, Mirosław Haniszewski i Antoni Pawlicki, podrygując w takt muzyki czytają odpowiedzi na pytania z ankiety - kto, z kim, gdzie, kiedy i jak. Po tym wstępie następują dłużące się i przegadane minuty - monologi aktorów. Są wśród nich opowiastki komiczne, mniej lub bardziej zabawne i szalenie pikantne, przepełnione wulgaryzmami oraz smutne. Misz masz bez pomysłu na teatralny spektakl. Banalne historie, przerywane śmiechem występujących i ich okrzykami - "wow" są po prostu nudne! Posty na temat inicjacji seksualnej można przeczytać na stronie internetowej i nie potrzeba do tego ani sceny, ani aktorów. Wrażenie robi tylko jedna z relacji - dopisany monolog o gwałcie Franki Rame. Ale wśród chichotu i komediowej atmosfery nie ma on szansy wybrzmieć.

Scena tonie w mroku, rozjaśnionym nieco wyświetlanymi na tiulowym ekranie cytatami, związanymi rzecz jasna z seksem - aforyzmami i sentencjami znanych osób, pisarzy, filozofów, aktorów i innych. Taki element scenografii jeszcze utrudnia odbiór, jest wręcz uciążliwy dla wzroku. Jedyny ciekawy motyw w tej mało wykwintnej inscenizacji to taneczne duety, bardzo zmysłowe i dopracowane przez choreografa Emila Wesołowskiego. Tancerze prezentują swe umiejętności w rytm piosenek Angus & Julia Stone, ale to zbyt mało, by uratować tak słabiutkie przedstawienie.

Przed premierą Krystyna Janda sporo opowiadała o swoich nadziejach związanych ze spektaklem, wielokrotnie zachęcała do jego obejrzenia i późniejszych refleksji. Jej wypowiedzi obiecywały wiele, stąd rozczarowanie jest bardzo gorzkie. Ale nie tracę nadziei i czekam na kolejne przedstawienia, nowe premiery w Polonii - te udane!