powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Świat po homofobie

Nowa fala artystów queer to jeden z najciekawszych fenomenów młodej polskiej kultury. Na obrzeżach teatru, tańca i sztuk wizualnych rodzą się wizje przyszłości, w której nietolerancja przestaje być problemem - pisze Tomasz Plata w Polityce.

Niełatwo przetłumaczyć słowo "cruising" na polski. Krzysztof Tomasik we wznowionej właśnie książce "Gejerel", kronice życia homoseksualistów w czasach PRL, przypomina wymowne losy filmu "Cruising", wyreżyserowanego w 1980 r. przez Williama Friedkina. Akcję umieszczono w środowisku nowojorskich gejów, Al Pacino wcielił się tam w policjanta udającego homoseksualistę i pod taką przykrywką szukającego seryjnego mordercy. W oryginalny tytuł wpisana była czytelna dwuznaczność: w żargonie policyjnym cruising oznaczało patrolowanie ulic, w żargonie homoseksualnym - krążenie po miejskich zaułkach w poszukiwaniu potencjalnego, często anonimowego partnera.

W Polsce film nie trafił do kin. Dopiero pod koniec lat 80. pojawił się w obiegu wideo - jako "Krążenie". Następnie w telewizji - jako "Zadanie specjalne". A w prasie branżowej pisano o "Bieganinie". Dziś cruising wciąż stawia polszczyźnie opór. Dowodem niedawna wystawa Ryszarda Kisiela w Gdańskiej Galerii Miejskiej. To zbiór zdjęć i notatek z archiwum jednego z pierwszych rodzimych aktywistów homoseksualnych. Kisiel już w latach 80. (jak sam mówi, sprowokowany przez represje milicyjnej akcji Hiacynt) zaczął organizować lokalne środowisko gejowskie. Wydawał pismo "Filo", jeździł po Polsce i całym regionie (m.in. Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii), by nawiązywać kontakty i dokumentować życie homoseksualistów. Fotografował ich bary, łaźnie, parki, z czasem również pikiety i spotkania publiczne. Miało się to złożyć w rodzaj turystycznego przewodnika. Do publikacji nie doszło, teraz tamte materiały przypomniane zostały przez kuratorów gdańskiej wystawy Karola Radziszewskiego i Wojciecha Szymańskiego. Tytuł całości: "Kruzing".

Można to wziąć za sugestię, że w polszczyźnie odpowiednich określeń dla praktyk takich jak cruising nadal nie mamy. Że w polskiej kulturze o podobnych doświadczeniach mówimy z trudem, dlatego najchętniej posiłkujemy się kalkami z angielszczyzny. Ale może to niecała prawda. Może wbrew wszelkim pozorom homoseksualna (czy nieheteronormatywna) kultura coraz głębiej i skuteczniej zakotwicza się w naszym lokalnym otoczeniu, wydaje się w nim coraz mniej egzotyczna i dlatego nie wymaga już uważnej translacji swoich podstawowych pojęć. Może polski odpowiednik cruisingu nie jest nam potrzebny, skoro radzimy sobie bez tłumaczenia pojęcia "queer".

Coś takiego podpowiadają najciekawsze prace, które w minionym sezonie powstały u nas na styku teatru, tańca i sztuk wizualnych. A niewiele mieliśmy w naszej kulturze ostatnich kilkunastu miesięcy wypowiedzi odważniejszych i istotniejszych. Spektakle Michała Borczucha, Cezarego Tomaszewskiego, Ani Nowak czy Aleksa Baczyńskiego-Jenkinsa odsłoniły nowe oblicze rodzimej kultury queer - która ani nie szuka już akceptacji w mainstreamie, ani z nim nie walczy. Buduje samą siebie, na własnych warunkach, bez troski o zewnętrzne opinie, a w rezultacie staje się jednym z wielu równouprawnionych elementów kulturowego krajobrazu.

Gejowska historia Polski

Jak to działa, można było się przekonać, oglądając w czerwcu performance Baczyńskiego-Jenkinsa w prestiżowej warszawskiej Fundacji Galerii Foksal. Tancerz i choreograf z doświadczeniem pracy w galeriach w Londynie, Nowym Jorku i Zurychu, tegoroczny rezydent stołecznego CSW, przygotował pracę w modnym formacie wystawy choreograficznej: przez dwa dni w tygodniu, trzy godziny dziennie, na dwóch piętrach FGF-u grupa performerów odtwarzała (po części improwizując) sekwencję działań nawiązujących do praktyki cruisingu. Jak informował towarzyszący projektowi tekst, pracę zainspirowała nazwa Foksal, wywodząca się "od londyńskiego ogrodu Vauxhall Pleasure Garden - znanego również jako miejsce erotycznych spotkań". Całość była formalnie oszczędna, skupiona i mocno wyestetyzowana. Publiczność obserwowała serię zbliżeń i przytuleń, wymianę spojrzeń między wykonawcami. Było jasne, że tematem jest nieheteronormatywne pożądanie, zaspokajane niekiedy w sposób gwałtowny, w sytuacjach przypadkowych. Ale zarazem nie było w tym performance'u nic kontrowersyjnego, nic, co by mogło oburzyć bardziej konserwatywnego odbiorcę. Baczyński-Jenkins kreował zdarzenie o wyraźnie queerowym charakterze, ale nie czynił z tego prowokacji wobec kulturowej normy, ta bowiem znikała z jego horyzontu. Nikomu nie musiał tłumaczyć, czym jest cruising, bo milcząco zakładał, że dla jego publiczności to oczywistość.

Był w tym geście jakiś nowy pomysł, jak sztuka queerowa może i powinna u nas funkcjonować, do czego służyć, do kogo i co mówić. By ten pomysł dobrze objaśnić, warto jeszcze na chwilę wrócić do wystawy w Gdańsku.

"Kruzing" wziął się z uważnej pracy z archiwami. Chodziło w nim przede wszystkim o to, by wydobyć z przeszłości wątki dotąd zmarginalizowane, przypomnieć zdarzenia z oficjalnej historii wyparte, a ważne jako część pamięci społeczności homoseksualnej. W tym wymiarze był to kolejny etap wieloletnich wysiłków współkuratora wystawy Karola Radziszewskiego. Ten dla gejowskiej samoświadomości zrobił więcej niż ktokolwiek inny w Polsce - jako redaktor i wydawca "DIK Fagazine'u", inicjator nomadycznego Queer Archive Institute, jeden z pomysłodawców i organizatorów queerowego festiwalu Pomada. Kisiela przypomniał już sześć lat temu w filmie "Kisieland". Z zapomnienia wydobył innych gejowskich aktywistów, Wojciecha Skrodzkiego i Piotra Gladosa. Nie tylko opowiadał historię gejów w Polsce, ale też historię Polski z gejowskiej perspektywy.

Co wielokrotnie prowadziło do kontrowersji. W 2011 r. Radziszewski miał namalować mural na ścianie otaczającej Muzeum Powstania Warszawskiego. Realizacja została zablokowana, bo dyrekcja instytucji uznała projekt przedstawiający powstańców z nagimi torsami za zbyt erotyczny. Pracę pokazano ostatecznie dopiero w ubiegłym roku na wystawie "Późna polskość" w stołecznym CSW (autor niniejszego tekstu był jednym z kuratorów wystawy - przyp. red.). Równie prowokacyjny zamysł towarzyszył zorganizowanej w ramach zeszłorocznej Pomady wystawie "Dziedzictwo" - przewrotnej, queerowej reakcji na bombastyczną, wspieraną przez aktualną władzę ekspozycję, przygotowaną w tym samym czasie i pod tym samym tytułem w krakowskim Muzeum Narodowym. Wymowna była lista pytań, które twórcy Pomady zadawali w zapowiadającym projekt tekście: "Czy istnieje, a jeśli tak, to czym jest polskie queerowe dziedzictwo? Kim są nasi queerowi przodkowie? Czy historia może nam pomóc w kreowaniu innej przyszłości?".

Ani śladu traumy

Odpowiedzi na te pytania w ostatnich latach szukali również inni. Krzysztof Tomasik przygotował dwa wydania "Gejerelu", a wcześniej "Homobiografie" - o najsłynniejszych gejach i lesbijkach polskiej literatury. Przypomniano homoseksualne ofiary nazizmu (książkę na ten temat przygotowuje Joanna Ostrowska, ukazała się "Cholernie mocna miłość" Lutza von Dijka, historia Teofila Kosińskiego, jedynego Polaka, który opowiedział o swym prześladowaniu w czasach drugiej wojny światowej ze względu na orientację seksualną). Tropem wyznaczonym przez Radziszewskiego podążył niedawno młody malarz i performer Mikołaj Sobczak. Sporym wydarzeniem poprzedniego sezonu była jego wystawa "Drag niezłomne" w warszawskim Polana Institute, złożona z niewielkich prac malarskich, na których popularne obecnie motywy patriotyczne poddano queerowej reinterpretacji (głównym motywem stała się grupa drag queen upodobniona po części do leśnych partyzantów, a po części do Świętej Rodziny). Propozycja była dostatecznie mocna, by przyciągnąć zainteresowanie kuratorów dużych instytucji. Sobczak pojawił się ze swoim performance'em w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej, niebawem będzie jego rezydentem.

Przepisywanie historii, gra z jej dominującymi narracjami, wypełnianie białych plam, queerowanie narodowych mitów - to wszystko przyniosło efekty, które trudno zlekceważyć. Doświadczenie gejów i lesbijek zostało dostrzeżone (choć niekoniecznie zaakceptowane) w głównym nurcie naszej kultury. Tyle że dziś charakter rodzimej sztuki queer najwyraźniej ulega zmianie. U Baczyńskiego-Jenkinsa nie ma ani śladu traumy po kontakcie z rodzimą kulturą w jej odmianie narodowo-patriotycznej. Jak można podejrzewać, artysta miał z nią niewiele wspólnego, dlatego nie uznaje jej za istotny problem. Interesują go inne rzeczy. Jeśli pojawia się u niego temat pamięci, to niemal wyłącznie jako osobistego wspomnienia, intymnego powidoku, w żadnym razie - pamięci zbiorowej, historycznej, oficjalnej.

Ciekawym przypadkiem są spektakle Cezarego Tomaszewskiego. Jeden z największych talentów rodzimej sceny, w ubiegłym roku nominowany do Paszportu POLITYKI, od lat konsekwentnie wypracowuje własny język, w którym doświadczenia konceptualnej choreografii mieszają się ze słabością do operetki, a slapstickowe poczucie humoru sąsiaduje z erudycyjnymi nawiązaniami do klasyki teatru muzycznego. Na pozór Tomaszewskiemu niedaleko do artystów w rodzaju Radziszewskiego czy Sobczaka. Popularność przyniosło reżyserowi przedstawienie "Cezary idzie na wojnę" Komuny// Warszawa, hit tegorocznego Open'era i festiwalu w Edynburgu. Autobiograficzną opowieść o chłopaku odrzuconym przez komisję wojskową (możemy podejrzewać, że z powodu odmienności seksualnej) uzupełniają tam cytaty z choreografii Niżyńskiego i "Śpiewnika domowego" Moniuszki. Wygląda to na jeszcze jedną próbę queerowania narodowego kanonu, kpinę z konserwatywnych mitów. Ale w istocie gra idzie o coś innego. Nie walka o prawa gejów zajmuje Tomaszewskiego. Więcej w nim z campowego estety. Gdyby szukać jego poprzedników, trzeba by wskazać wybitnych scenicznych postmodernistow z linii Petera Sellarsa. Podpowiadają to inne spektakle Tomaszewskiego.

Nic wspólnego z Dionizosem

Jeszcze do niedawna w polskim teatrze dominowały dwa style mówienia o doświadczeniu homoseksualnym. Wzorcowym reprezentantem pierwszego był Krystian Lupa, drugiego - Krzysztof Warlikowski. U Lupy niemal nigdy nie wspominano o homoseksualizmie wprost, był on zaledwie sugerowany, krył się w zaułkach modernistycznego świata, do którego reżyser wracał z wielkim upodobaniem. Sporo łączyło Lupę z klasykami polskiej prozy, Jarosławem Iwaszkiewiczem czy Tadeuszem Brezą, którzy (pisał o tym niegdyś bardzo ciekawie German Ritz) wiedzieli, jak temat nieheteronormatywnego pożądania sygnalizować na poziomie stylu, tylko przez odpowiednią konstrukcję narracji. U Warlikowskiego - inaczej, homoseksualista (a raczej seksualny odmieniec) często znajdował się w centrum uwagi. Nie była to jednak dla niego okoliczność korzystna, dająca satysfakcję. Warlikowski lubował się w konstruowaniu scen seksualnej dominacji (tak było w "Poskromieniu złośnicy", "Bachantkach", "Oczyszczonych", "Burzy"). Nic dziwnego, że homoseksualiści łatwo stawali się u niego ofiarami symbolicznej i fizycznej przemocy (bohatera "Oczyszczonych" za homoseksualną miłość karano obcięciem dłoni, stóp i języka).

Dziś coraz częściej oglądamy spektakle, w których homoseksualista ani nie sublimuje swej odmienności, podejmując rolę modernistycznego dandysa, ani nie eksponuje własnego cierpienia. Najlepszy przykład - niedawne "Żaby" w reżyserii Michała Borczucha w warszawskim Teatrze Studio [na zdjęciu]. Reżyser o swoim homoseksualizmie mówił otwarcie od dłuższego czasu, jednak jeszcze nigdy nie był w tej kwestii równie bezceremonialny. Przedstawienie w Studio jest niełatwą w odbiorze kompilacją wątków wydobytych z komedii Arystofanesa. Można podejrzewać, że inspiracją była słynna wypowiedź Dariusza Karłowicza na sesji zorganizowanej przed rokiem przez Pałac Prezydencki - o tym, że polski teatr jest w kryzysie, bo stracił kontakt z korzeniami antycznymi. "To nie ma nic wspólnego z Dionizosem" - krzyczał redaktor "Teologii Politycznej". Borczuch dowodzi, że z Dionizosem sprawa bynajmniej nie jest prosta, a antyk niekoniecznie nadaje się na wzór dla teatru narodowo-patriotycznego.

"Żaby" to ciąg etiud będących zapisem aktorskich improwizacji, krążących wokół tematu seksualności w odmianie zarówno homo, jak i hetero. Antyk raz okazuje się tu kolorowy, pstrokaty, kiedy indziej - jednorodnie czarny, mroczny, na pewno nie tak biały czy wyblakły jak jego świadectwa zachowane na greckich wazach. Temperatura spektaklu rośnie w dwóch sekwencjach z drugiego aktu, już bardzo odległych od Arystofanesa: w jednej Jan Sobolewski opowiada o swoich pięciuset partnerach seksualnych, w drugiej Robert Wasiewicz, w towarzystwie Sobolewskiego i Marcina Pempusia, wspomina przypadkowe spotkanie o homoseksualnym podtekście. Nie ma w tym żadnych niedopowiedzeń, geje mówią o sobie wprost, bez owijania w bawełnę, za to z dużym poczuciem humoru. Obie sekwencje są prowokacyjne, ale może właśnie dzięki temu osiągają swój cel: wprowadzają na rodzimą scenę homoseksualistę bez upiększeń, bez kulturowego kostiumu, ale też bez poczucia winy. "Żaby" to w historii polskiego teatru przedstawienie wyjątkowe, może nawet przełomowe: gej nie zostaje w nim obsadzony w roli Innego, po prostu mówi we własnym imieniu to, co chce, i jak chce.

Testowanie przyszłości

"Żaby" są ważne dlatego, że to duże przedstawienie utytułowanego reżysera w znaczącym teatrze w centrum stolicy. Ale ich znaczenie bierze się z czegoś jeszcze: są dobrze widoczną częścią coraz szerszego zjawiska, fenomenu, który rośnie niczym kula śniegowa, zwłaszcza na marginesach teatru instytucjonalnego. O Baczyńskim-Jenkinsie i Tomaszewskim już wspomnieliśmy. Równie ciekawie rozwija się kariera młodej choreografki Ani Nowak, może pierwszej artystki na naszych scenach, która otwarcie i konsekwentnie eksploruje tematykę lesbijską. U Nowak, tak samo jak u Borczucha, relacja homoseksualna przedstawiana jest bez żadnych zahamowań. I znów - niejako coś skandalicznego, raczej jako jeden z wielu równouprawnionych układów pożądania. Trzy dziewczyny pieszczące się w centralnej scenie wysublimowanego "Offering What We Don't Have to Those Who Don't Want It" (Dajemy to, czego nie mamy, tym, którzy tego nie chcą) nie zastanawiają się, jak zostaną ocenione przez konserwatywną publiczność, co w ich spektaklu zobaczy konserwatywne oko.

Powie ktoś: to ryzykowna gra, bo może owocować wrażeniem, że odbywa się w otoczeniu, w którym homofobia przestała być problemem. Wiemy, że to wrażenie nieuprawnione. Nie sposób udawać, że polska kultura stała się nagle tolerancyjna i otwarta na odmienności. Dlaczego Baczyński-Jenkins, Tomaszewski, Borczuch i Nowak raczej ów fakt pomijają, niż go akcentują? Czy to wynik ich politycznej naiwności? Płytkiej wiary, że wystarczy nie dostrzegać nietolerancji, by ją unieważnić?

A może w pomysłach nowego pokolenia polskiej sztuki queer jest coś ciekawszego? Może chodzi o to, by kreować na scenie świat na razie trudny do wyobrażenia, ale przecież możliwy - i dzięki temu czynić go bardziej prawdopodobnym. Testować w sztuce alternatywne scenariusze przyszłości - i w ten sposób przybliżać ich spełnienie. Taka strategia wydaje się ryzykowna, ale niebanalna i intrygująca.

Powiedzie się? Na razie bohaterowie tego tekstu jeden sukces mają już na koncie: są mocno zapracowani. Ania Nowak otworzyła właśnie wystawę w Zamku Ujazdowskim, przed końcem roku zrealizuje spektakl w stołecznym Nowym Teatrze. Cezary Tomaszewski przygotowuje kolejne przedstawienie w Komunie// Warszawa. A Alex Baczyński-Jenkins otrzymał tegoroczną nagrodę prestiżowych londyńskich targów sztuki Frieze i nową pracę pokaże w ich ramach na początku października.