powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Wyrywkowa kontrola tętna

"Noc żywych trupów" w reż. Macieja Masztalskiego w Teatrze Ad Spectatores we Wrocławiu. Pisze Jarosław Klebaniuk w Teatrze dla Wszystkich (platformie zastępczej Teatru dla Was).

Co by się stało, gdyby wszyscy o wszystkim wiedzieli? Jak byście się czuli, gdyby Wasze najbardziej wstydliwe myśli, najbardziej niemoralne uczynki zostały ujawnione? I to nie tak abstrakcyjnie ujawnione, że dostępne są w jakiejś teczce czy - bardziej współcześnie - w chmurze, ale dopiero po złożeniu podania przez ewentualnego ciekawskiego, ale wypowiedziane na głos, w obecności Waszych najbliższych i "najznajomszych"? Jasne, zapewne nie macie nic na sumieniu, a i myśli - całkowicie zgodne z tymi powszechniej obowiązującymi normami. Bohaterowie najnowszej premiery wrocławskiego Ad Spectatores nie mieli jednak takiego szczęścia. Nieubłagany, bezosobowy Głos demaskował ich moralne transgresje, libertyńskie wybryki, infantylne słabości, ale też zwykłe świństwa i powszechne wśród rewolwerowców zbrodnie.

Wracając do domu po udanym wieczorze zgodnie uznaliśmy z Elą, że najlepszą sceną w tym różnorodnym i pełnym zaskakujących pomysłów spektaklu była właśnie ta, w której Głos zdradzał sekrety protagonistów, a ci negocjowali z nim, polemizowali, starali się nie dopuścić do najgorszego. Rzadko się zdarza, aby rzecz zagrana na scenie była tak zabawna, a jednocześnie miała pewną głębię. Prawdę mówiąc bardzo dawno nie słyszałem już w teatrze tak dobrego fragmentu tekstu. Zastanawialiśmy się z Elą, po jakie inspiracje sięgnął Maciej Masztalski, ale nasz kapitał kulturowy okazał się zbyt skromny. O ile byliśmy w stanie rozpoznać echa pewnego starego filmu akcji w scenie z mieczem i bronią palną, a - jak zwykle świetny - Arkadiusz Cyran przemówił do nas Winstonem Churchillem, a może (martwy?) Churchill - Cyranem, o tyle literackiego źródła Głosu nie wytropiliśmy. Może zresztą szukaliśmy go niesłusznie, bo przecież, jak mawiał pewien profesor, "wszystko bierze się z głowy".

Z pewnością z tej właśnie części ciała wziął się przewrotny pomysł, aby zamiast życia bronić śmierci, czy raczej stanu pośmiertnego. Gdy "kompromis reanimacyjny" został uznany za nazbyt liberalny, "wyrywkowe sprawdzanie tętna" przez "policję pulsacyjną" przypomniało o tym, jak mogą wyglądać praktyki w autorytarnym państwie z jedynie słuszną ideologią. Tak więc, jak to często bywa, frywolna z pozoru i błaha fabuła miała poważniejszy podtekst. Zresztą pośród kolejnych szalonych zwrotów akcji i słownych gier można było szukać także słabości.

Już, już z satysfakcją zapisałem sobie w kapowniczku, że kobiety eksponowały się w półnegliżu, a mężczyźni, choć liczniejsi, wszyscy naubierani jak na zimę, więc będzie można zarzucić realizatorom seksistowską asymetrię, przybierając pozę egalitarysty gotowego dla idei poubierać także damy, gdy ukazał się nagi męski tors Seksownego Zombie, tępiąc ostrze starannie układanej krytyki.

Uczciwie należy przyznać, że wszystkie trzy aktorki, choć o różnych typach powierzchowności, prezentowały się niezwykle atrakcyjnie, a taneczne sceny miały magnetyczny urok wyuzdanych wodewili z dawnych czasów. Fabuła pozwoliła dobrze pokazać im się także od strony aktorskiej, choćby w scenie rewolwerowej czy na platformie. Nieoczywistość konwencji, puszczanie przez autora tekstu oka do widza, a nawet wprowadzenie elementu teatru w teatrze - wszystko to, na rozproszonej, skrajnie, nieco chaotycznie otwartej, ruchomej scenie czyniło zadania aktorskie wcale niełatwymi. Wszyscy poradzili sobie świetnie. Także role męskie różnego rodzaju zombich zostały stworzone z rozmachem i przekonująco. Komediowe przegięcie mogło łatwo sprawić, że w pośmiertnych wymianach zabrakłoby unikalności postaci, ale tak się nie stało. Zombie Ciapa różnił się od Charyzmatycznego Zobie, a żaden z nich nie grzebał tam gdzie Zobie Uduchowiony.

Źródłem zabawności w "Nocy żywych trupów" było nadrealne przetworzenie wątków zazwyczaj obrazowanych dosyć schematycznie. Warto zobaczyć, jak miało to miejsce choćby w scenie wzorowanej na tradycyjnym niesieniu trumny ze zmarłym w tak zwanej ostatniej drodze. Humor bywał chwilami gruby, jednak w specyficznie dobranym westernowym kontekście nie raziło to tak, jak miałoby to miejsce na bardziej cywilizowanym Zachodzie.

Całe przedstawienie miało mocno rozrywkowy charakter. Było na co popatrzyć, a widzowie zostali wciągnięci do wspólnej tanecznej zabawy. Zapowiadany "ruch widowni" tym razem nie ograniczył się do przechodzenia do kolejnych "komnat". Oprócz łażenia za akcją po gumnie Miejskiego Arsenału miały miejsce także taneczne wygibasy, rozciąganie w uśmiechu policzków, a nawet padanie na kolana w obliczu raptu zadawanego przez seksowne policjantki. Gros ruchu jednak wystąpiło po stronie aktorów. Spektakl był bardzo dynamiczny, a w przestrzeni wewnątrz zabudowań, po zmroku światełka niemal setki słuchawek podkreślały ten ruch. Tworzyły też nieco upiorną atmosferę, korespondującą z treścią sztuki.

Oryginalne, pełne realizacyjnego rozmachu, energetyzujące przedstawienie można polecić wszystkim tym, którzy gotowi są na ponad godzinę zabawy na powietrzu, odradzić zaś tym, którzy sprawy życia i śmierci traktują bez należnego tym trybom dystansu i nie są gotowi na dystansu tego pozyskanie.

***

Jarosław Klebaniuk - Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski