W sercu wciąż romanse

MIECZYSŁAW ŚWIĘCICKI wspomina jubileuszowo: Pierwsza liczba jest prosta; tak, skończyłem 70 lat, sam w to nie wierzę; bo co, że włosy siwe, skoro w sercu wciąż romanse. A i, pochwalę się, zrzuciłem ostatnio 20 kilogramów, by zbytnio nie odstawać od piwnicznej młodzieży...

«Za to 50-lecia pracy twórczej już tak jednoznacznie uzasadnić się nie da, niemniej faktem jest, że przed półwieczem dotarłem do Krakowa, by tu oddać się studiom i sztuce. To ojciec wpajał mi, że znajomość muzyki, tama, dobrej literatury daje poczucie godności, że to jest walor, który pomoże mi w życiu, da kontakt ze światem. Już w Jarosławiu chodziłem do średniej szkoły muzycznej, równolegle z technikum budowlanym, działałem w teatrze Kacperek, grałem w orkiestrze dętej, byłem instruktorem zespołu pieśni i tańca i oto, dopełniwszy obowiązku nakazu pracy po technikum, mogłem zjechać do Krakowa.

Celem była szkoła teatralna, ale nie dobrnąłem do niej, niemniej w czasie egzaminów dostrzegł mnie prof. Bronisław Romaniszyn z wyższej Szkoły Muzycznej i tak trafiłem na wokalistykę. Znakomicie trafiłem, uczącej śpiewu Annie Kaczmar spodobał się mój liryczny baryton, ,i że miała słabość, podobnie jak jej mąż, wybitny polski śpiewak Włodzimierz Kaczmar, do włoskiej szkoły śpiewu, zatem stale powtarzała dolce, dolce, kształtując moją miękkość śpiewu, która tak przydaje mi się w romansach. I sprawi, że Stanę się Księciem Nastroju.

To w tejże szkole muzycznej spotkałem studiującego rok niżej Zygmunta Koniecznego, którego ściągnąłem do Piwnicy pod Baranami. A mówiąc ściślej, wprowadziłem, w zamian za napisaną dla mnie piosenkę. Zygmunt na wszelki wypadek ofiarował mi dwie, w tym muzykę do wiersza Tadeusza Kubiaka "Modlitwa o ogon". Śpiewam ją do dzis. Właściwie dopiero przyjście Zygmunta pozwoliło mi wykorzystać moje umiejętności wokalne, bo zanim nastała Ewa Demarczyk, to ja śpiewałem w Piwnicy poezję, do mnie trafiły "Grande Valse Brillante" czy "Groszki i róże". Potem oczywiście musiałem ustąpić pola koleżance; nie powiem, żałowałem, że to nie ja śpiewam w Sopocie, ale z drugiej strony czułem dumę, iż Ewa jest z Piwnicy. I że jako pierwsza rozsławia ją na zewnątrz, Miałem już wtedy całkiem sporo piosenek - w tym "Jęczmienne lany", "Mój powrót", "Przejdą wiosny i lata"... Przeszły - jakże wspaniale.

Pamiętam, wystawiliśmy "Jezioro wieszczek", ależ był szał. To był pierwszy program, który nie był składanką ,i łączył, jak pisał Ireneusz Iredyński, kabaret, teatr bulwarowy, operetkę. Mogłem zatem pośpiewać!

A każdy z nas, piwniczan, chciał wypaść jak najlepiej, bo owszem - widownia składała się głownie z zaprzyjaźnionych osób, ale Jakich: Skarżyński, Penderecki, Mrożek, Jaremowa, Bursa, Eile z całym "Przekrojem", Kantor, Flaszen, Komeda, Polański, Broszkiewicz. I to jeszcze przychodzili po kilka razy, co nas Kikę Lelicińską, Basię Nawratowicz, Joasię Plewińską, Krysię Zachwatowicz, Tadka Kwintę, Krzysia Litwina - mobilizowało, by stale coś ulepszać, zmieniać, by czymś zaskoczyć.

Długo by opowiadać; ten kabaret to było coś, co dało nam życie, to był kierunkowskaz na cale lata, znakomita nauka pokory wobec widza, szacunku dla niego, umiejętności nawiązywania z nim kontaktu, tego, by nie dał żaden teatr i dlatego, podobnie jak Krystyna Zachwatowicz, przez lata pędziłem do Piwnicy z wojaży bliższych i dalszych, a wróciwszy po latach przerwy, znów z radością spędzam święte soboty w kabarecie.

Ale i teatr był mi pisany, i to Teatr Rapsodyczny, który po raz trzeci uruchomił Mieczysław Kotlarczyk przy ul. Skarbowej. Debiutowałem tam w 1959 roku rolą Sędziego w "Panu Tadeuszu", obok m.in. Danuty Michałowskiej, grającej Telimenę. Ten teatr dał mi podstawy - Kotlarczyk pilnował dykcji, uczył analizy tekstu, niemal wymagał studiowania okresu związanego ze sztuką; u niego rola to był i egzamin z wiedzy... Teatr Rapsodyczny ukierunkował mnie nie tylko zawodowio, ale i filozoficznie, że powiem górnolotnie - uspokoił, nauczył stosunku do słowa, pokazał, że od poklasku widowni ważniejsze jest oddanie się prawdzie. I była to szkoła na tyle znakomita, że potem bez problemu zdałem w Warszawie egzamin na aktora dramatu, i to przed samym Bohdanem Korzeniewskim.

No i na Skarbowej miałem okazję w ciągu tych paru lat poznać przychodzącego do dyrektora Kotlarczyka jego przyjaciela, wcześniejszego aktora tego teatru, Karola Wojtyłę. Czyż mogłem przypuszczać, że w przyszłości jako Jan Paweł II wyświęci Jana z Dukli, którego pustelnię odnawiałem z innymi, gdy do tejże Dukli trafiłem na półtora roku z nakazem pracy?

Występy w kabarecie i w teatrze łączyłem też w kolejnych latach, grając, bodaj cztery sezony, w Starym Teatrze - w "Świeczniku" Musseta, a potem u Jerzego Jarockiego w Szekspirowskim "Królu Henryku IV" i w "Wyszedł z domu" Różewicza... To też była świetna szkoła, bo Jarocki to znakomity analityk, z którym rozmowy ciągnęły się nie tylko podczas prób. Sam z kolei wyreżyserowałem, w 1963 roku, "Starą baśń" Kraszewskiego w Teatrze 38, graliśmy ją z powodzeniem kilkadziesiąt razy. Ale tak naprawdę teatr mnie nie pociągał, bo ograniczał czasowo, wymagał stałej obecności, a ja oczekiwałem szybkiej kariery, a tę dawała piosenka. Zresztą dość szybko przygotowałem recital, włączając doń piosenki Koniecznego i międzywojenne, i chyba jako pierwszy artysta Piwnicy, zacząłem z nim jeździć. A że trwający półtorej godziny recital to także rodzaj spektaklu, muzycznego monodramu, a każda piosenka - to mała rólka, zatem musiałem siebie reżyserować i nadawać całości jakąś dramaturgię.

Jak się reżyseruje Mieczysława Święcickiego? Katorżnicza sprawa. Ale nie jest tak źle, skoro udaje nam się współpracować już tyle dekad. Za sprawą teatru opuściłem też Kraków, udając się do Katowic. Otrzymałem tam bowiem funkcję dyrektora "Estrady", a także warunki do reżyserowania, co pozwoliło mi zrobić dyplom reżysera. To w Teatrze Śląskim wystawiłem w 1975 roku "Romans niedokończony", który był niejako zwieńczeniem mojego wieloletniego romansu z romansami Wertyńskiego. Pomysł był w sumie prosty - oto szukam pamiątek po mojej babce Anastazji Pietrownej, księżnej Święcickiej, która kochała się w Wertyńskim, i to z wzajemnością. Ot, muzyczna podróż po przedrewolucyjnej Rosji - Sankt Petersburgu, gdzie owa aktorka, tancerka i śpiewaczka była gwiazdą teatru i baletu, po Moskwie, ale i Syberii... Był w tym pierwiastek mistyfikacji, ale wiele akcentów z autobiografii. Wszak dobrze pamiętałem z domu babcię Anastazję Święcicką, która z drugą babcią - Anną i mamą śpiewała rozmaite dumki, pieśni starych Cyganów, jakieś żydowskie, ale i przepiękne romanse Wertyńskiego. Zatem, gdy już byłem w Piwnicy, podpowiedziała mi, bym sięgnął po jego repertuar. Ale skąd wziąć nuty? Nawet pojechaliśmy do Wilna, by na strychu rodzinnego domu odnaleźć stare płyty i trochę nut, które przywiozłem do Krakowa. Wtedy też w Starym Teatrze poznałem suflerkę, p. Dworecką, zwaną Kropką, niegdyś żonę białogwardzisty, która świetnie znała te pieśni, a i samego Wertyńskiego, siedzieliśmy więc nad tymi piosenkami, tłumacząc teksty, analizując interpretację... I ani się spodziewałem, że za parę lat zaśpiewam ten repertuar przed najbliższą rodziną Aleksandra Nikołajewicza Wertyńskiego.

Oto w 1963 roku, sześć lat po jego śmierci, dostałem stypendium Teatru na Tagance. I zaśpiewałem te romanse w polskiej ambasadzie w Moskwie, a potem zostałem zaproszony do mieszkania Wertyńskiego przy ulicy Gorkiego, gdzie żyła jego matka oraz żona z córkami Anastazją i Marianną. I padła propozycja, bym zaśpiewał, a nie miałem akompaniatora. - Nie ma problemu - rzekła Władimira Wertyńska - jest z nami kolega męża, on świetnie zna te romanse... I po chwili jakiś niemłody mężczyzna zasiadł do fortepianu. Był to sam Dmitrij Szostakowicz.

A potem powędrowałem z tymi romansami w świat, m.in. do USA, gdzie u emigrantów znalazłem wiele pamiątek po Wertyńskim. Wiele lat później poznałem i córkę kobiety, której Wertyński ofiarował piosenkę "Madame Irene". W Montrealu podczas recitalu, nb. akompaniował mi ekskrakowianin Jan Jarczyk, profesor tamtejszego konwersatorium, podeszła jakaś dama, prosząc, bym zaśpiewał ten właśnie romans. Była to Halina Purska, córka Ireny Krzeczkowskiej, w której zakochał się Wertyński w czasie pobytu w Warszawie, tyle że ona była już żoną barona. I tak poznałem historię życia "Madame Irene", zmarłej w 1971 roku w Detroit.

W USA z kolei po jednym z moich recitali spotkałem legendarnego kuriera Jana Karskiego; popijając koniak, całą noc śpiewaliśmy pieśni i romanse Wertyńskiego. Niegdyś tak uwielbiane i przez Józefa Piłsudskiego. A i w latach 70. znalazły nowych wielbicieli, gdy nagrałem je na mającej wielkie powodzenie płycie "Żółty anioł". Dziś powiedzielibyśmy - płycie kultowej.

Tak, to te romanse, to piosenki w ogóle sprawiły, że od lat wiodę żywot tułacza wędrowca. Bo artysta jest wiecznym Żydem tułaczem, gnanym chęcią poszukiwania tych, z którymi będzie mógł się dzielić swą sztuką. A i rodzinę mam rozrzuconą; w USA dawno zamieszkała siostra, potem wyjechała moja córka. No i mieszka tam wielkie grono moich fanów, do których już kilkanaście razy podróżowałem.

Choć może ten żywot wagabundy jest czymś naturalnym, wpisanym w biografię...? Ojciec pochodził z Wilna, mama - ze Lwowa; ja urodziłem się w Sokalu nad Bugiem, blisko Lwowa. Trzy lata później wybuchła wojna, ojciec trafił do obozu w Ostaszkowie, a myśmy zostali skazani na tułaczkę, trafiając ostatecznie do Jarosławia.

Pół wieku temu z niego wyjechałem, 50 lat też obchodzi Piwnica pod Barana mi - ileż to rocznic się zbiega... A w przyszłym roku minie półwiecze od śmierci Wertyńskiego. Tylko te jego piosenki i romanse się nie starzeją. Są już poza czasem, poza modą. Tylko, co ze smutkiem dostrzegam, moja widownia powoli przygasa, odchodzi... Ta, która słuchała mnie w latach 60., 70. Ale wciąż przychodzą panie, wspominając dreszcz emocji, jaki odczuwały, słuchając tych piosenek; dla mnie to największa satysfakcja. Bo okazuje się, że mój jednoosobowy teatr muzyczny umiał zawładnąć widzami. Nie stał się szlagierem jednego sezonu. Widzę też na szczęście młodych, garnących się do tych piosenek... Widać mają dość współczesnego łomotu.

A te romanse to specyficzny gatunek; temat niezbyt filozoficzny, a i muzyka prosta - trzeba być aktorem, by zrobić z tego małe cacko. Tak, potrafiłem się odnaleźć w tych romansach... Że co, że i w romansach zrodzonych przez romanse? Cóż, to idzie w parze, nastrój działa na nastrój. Pewnie, że mam co wspominać, ale dżentelmen w takich sprawach milczy.

Te kilka dekad mojej pracy artystycznej pozwala działać założonej przeze mnie Fundacji Kultury i Sztuki Europejskiej Ars Konga... Miała zajmować się sztuką, stąd nazwa, ale życie wymusiło zmianę; trochę z powodu przepisów, ale bardziej z uwagi na ogrom potrzeb zajęliśmy się dziećmi. Popularność i zaufanie, jakim jestem obdarzany, w Polsce i wśród Polonii, pozwalają łatwiej dotrzeć do sponsorów, acz coraz to trudniejsze, by wspierać dzieci chore, by pomagać tym z biednych domów. Tak więc, jeśli nawet ustanie moja działalność estradowa, pozostanie mi fundacja. Sam dużo od losu doznałem dobrego, zatem mam wobec niego zobowiązania; nie ma powodu, bym żył, skupiając się tylko na sobie. Tak więc klamrą mego życia będzie taka działalność, już nie bohema i śpiew, ale pomoc drugiemu człowiekowi. A satysfakcję daje to równie wielką.

Ale - skoro został ogłoszony jubileusz, skoro w najbliższych miesiącach odbędzie się wiele koncertów z udziałem moim i gości, m.in. już w czerwcu w ogrodach krakowskiego Muzeum Archeologicznego, a i w Jarosławiu - to naturalnie w ciągu tego sezonu niech mnie moje wielbicielki od romansów nadal szukają wśród łanów, wśród jęczmienia... I wybierzemy się - jak nakazał poeta - w księżyca jasny blask, wśród niw...

...zanim nastała Ewa Demarczyk, to ja śpiewałem w Piwnicy poezję, do mnie trafiły "Grandę Valse Brillante" czy "Groszki i róże". Potem oczywiście musiałem ustąpić pola koleżance; nie powiem, żałowałem, że to nie ja śpiewam w Sopocie, ale z drugiej strony czułem dumę, iż Ewa jest z Piwnicy, łże jako pierwsza rozsławia ją na zewnątrz.

Na zdjęciu: Mieczysław Święcicki w Piwnicy pod Baranami, 1967 r.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego