powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Sprzeciw, test i humoreska

Wkurzone? Raczej zniecierpliwione. Patriarchatem, antropocentryzmem, tradycją, koturnowością - o spektaklach nurtu "Wkurzone na Szekspira", na XXII Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku pisze Jan Karow z Nowej Siły Krytycznej.

Nie potrafię odtworzyć, co pomyślałem, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem w programie XXII Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku nagłówek "Wkurzone na Szekspira". Na pewno okazał się chwytliwy, bo od razu sprawdziłem tytuły. Żaden nie był wzięty wprost z któregoś utworu. Słabo znany poemat z dopisanym przed hashtagiem (#), "Hamlet" bez samogłosek i zapowiedź poszukiwań ukochanego Julii. Nie były to zwiastuny otwartej wojny, ale sygnalizowały wejście z autorem w różnoraki dialog. Żeńska końcówka rodzajowa podpowiadała ponadto przewagę kobiecego punkt widzenia. Przypuszczenia sprawdziły się z drobnym zastrzeżeniem. Miano w pełni wkurzonego można by przypisać tylko pierwszemu przedstawieniu - wyreżyserowanemu nomen omen przez mężczyznę, Marcina Libera.

#Gwałt na Lukrecji

W poemacie "Lukrecja" (bo tak "Rape of Lucrece" przełożyli zarówno Jan Kasprowicz, jak i Maciej Słomczyński), Rzymianin Tarkwiniusz, czuje wybuch grzesznego pożądania do tytułowej bohaterki. W czasie gdy Callatinus, gospodarz i jej mąż, opuszcza domostwo, Tarkwiniusz - mimo długo i poetycko opisywanych rozważań, jakie toczy w duszy - posiada Lukrecję wbrew jej woli. Ta, zhańbiona i załamana, dochodzi do wniosku, że nie może dalej żyć. Domaga się od Callatinusa, by ją pomścił, po czym przebija się nożem. Twórcy "#Gwałtu na Lukrecji", spektaklu dyplomowego studentów aktorstwa Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, postawili na początku jasne pytanie: czy dzisiaj Lukrecja też musiałaby się zabić? I to właściwie tyle jeśli chodzi o utwór Williama Shakespeare'a, który poza krótkimi fragmentami stanowił jedynie kontekst scenariusza. Przedstawienie było szeregiem scen, które skojarzone zostały (dramaturgia Martyny Wawrzyniak) z tematem gwałtu. Fragmentaryczność była szczególnie widoczna w pierwszym akcie. Najpierw męska część obsady w formie przesłuchania zasypała koleżanki pytaniami operacyjnymi typu "gdzie byłaś?" czy "jak byłaś ubrana?", by swobodnie przejść do mniejszych scenek: dynamicznej wstawki swobodnie inspirowanej postaciami Chirona i Demetriusza z "Tytusa Andronikusa", spotkania DKF-u z Brigitte Bardot (nawiązanie do głośnej wypowiedzi aktorki, w której sceptycznie odniosła się do akcji #metoo), "Psychosis" Sarah Kane czy kwestii Ofelii z "HamletMaszyny" Heinera Müllera.

Ten pędzący ciąg skojarzeń został nieco przystopowany w części drugiej. Scen było mniej, trwały natomiast dłużej. Przestrzeń nie uległa zmianie - nadal oglądaliśmy niewielki pokoik z śladami krwi na ścianach, kilkoma kuchenkami, pianinem w rogu i łóżkiem pośrodku. Zaczęło się od kwestionariusza na temat życia seksualnego. Aktorzy siedzieli w parach na podłodze i odpowiadali na zadawane przez Emmę Herdzik pytania, wykonując jednocześnie układ choreograficzny (ruch sceniczny Joanny Pocicy, jednej z aktorek). Później Tom (Stanisław Twaróg) i Throdis (Natalia Hodurek) opowiedzieli przedziwną historię. Poznali się na Islandii, poszli razem na bal bożonarodzeniowy, po którym Tom zgwałcił towarzyszkę. Po pewnym czasie podjęli kontakt mailowy, by ostatecznie napisać wspólnie książkę. Krytyka przemysłu gwałtu? Chyba tak to należy rozumieć. Pod koniec przedstawienie przeszło w autotematyzm. Weronika Warchoł wniosła na scenę materac, który stał na korytarzu w czasie prób. Można było na nim wpisywać swoje historie czy głosy wsparcia. W rękach dziewczyn pojawiły kije baseballowe i mimo mysich uszu i plastikowych diademów na głowach było jasne, że żarty się skończyły. Finał był oskarżeniem Shakespeare'a (osiemdziesiąt trzy przypadki molestowania w dziełach, powtarzająca się mizoginia) i teatru. Czy problem gwałtu jest w ogóle uchwytny na scenie? Czy trzeba się rozebrać? Czy wystarczy scenografia Mirka Kaczmarka? Jak uzyskać "więcej"? Nie było więcej. Aktorzy zostali z cheerleaderskimi pomponami, aktorki z kijami.

Nieustannie zmieniającą się forma dała możliwość aktorkom i aktorom pokazania się z różnych stron, spełniając zadanie dyplomu, zaś proces prób (obsada była określona jako współtwórcy) pozwolił na zapoznanie się z modelem pracy wymagającym postawy podmiotowej, a nie odtwórczej. Cenne było także podjęcie aktualnego tematu, który, być może z powodu bliższego związku ze światem filmu, raczej w teatrze nie zaistniał. Warto jednak zastanowić się nad dwiema sprawami. Gwałt był i pozostaje niewybaczalną zbrodnią, ale trzeba pamiętać o zmieniającej się w czasie hierarchii wartości. Dla Lukrecji samobójstwo było koniecznością, sprawą honoru. ("Cześć mą niech w spadku zabierze całą,/ Gdy cios otrzyma pierś ma zbezczeszczona;/ Cześć to uśmiercić zbezczeszczone ciało,/ Cześć będzie żyła, jeśli ona skona:/ Wstanie cześć moja nowo narodzona,/ Gdyż umierając, mą hańbę zabiję:/ Gdy hańba skona, cześć moja ożyje. (...) Nie - mówi - żadna niewiasta w przyszłości/ Wymówki w mojej nie znajdzie słabości"; przeł. Słomczyński). Wydaje mi się, że dziś mówi się o tym przede wszystkim w kategoriach psychologicznych, traumy. Zabrakło refleksji na temat kontekstu czasów. Również za nieuzasadnioną uważam obecność zapisanych kredą na ścianie wybranych fragmentów eseju "Własny pokój" Virginii Woolf. Tak, jest to tekst zaangażowany, napisany krótko po tym, jak kobiety w Anglii uzyskały prawa wyborcze. Żąda warunków materialnych - tytułowego własnego pokoju i pięciuset funtów dochodu rocznie - które pozwoliłyby większej liczbie kobiet na zostanie pisarkami. I tak, jest w nim fragment o tym, że gdyby Shakespeare miał równie utalentowaną siostrę, to nie mogłaby ona osiągnąć nawet części tego, co on. Ale nie jest to atak na autora, a na nierówne warunki. Dla Shakespeare'a Woolf ma niekłamany podziw. Kilkakrotnie powraca do kobiecego pierwiastka jego umysłu, który pozwolił mu na osiągnięcie w dramatach swoistej pełni. Wiele ciekawych tropów, ale ten akurat fałszywy.

HMLT

W czasie spektaklu w reżyserii Magdy Szpecht z Teatru im. Andersena w Lublinie widzowie siedzieli na scenie i mogli swobodnie przemieszczać się w jego trakcie. Publiczność festiwalowa okazała się jednak statyczna, czego przyczyny należy szukać w przedstawieniu, które nie zachęcało do tego chociażby symultanicznością akcji. A spotkaliśmy się w ośrodku badań nad sztuczną inteligencją. Dziewięcioro aktorów w dresach, przechadzając się osobno lub w parach (co mogło skojarzyć się ze spacerującymi filozofami - perypatetykami), snuło rozważania na temat tego, jaki byłby efekt eksperymentu zatytułowanego "Wyrównywanie wartości", polegającego na interakcji AI z tekstem literackim*. Czy kierującą się wyzbytą emocji logiką maszyna może się czegoś z niego nauczyć? Jak oceniłaby postawę na przykład Hamleta? Aby to sprawdzić, naukowcy postanowili zainscenizować dla bota Homera16 tragedię duńskiego księcia, co stanowiło niemal całą drugą część przedstawienia. Aktorzy grali postaci kobiece, aktorki męskie, co było kontynuacją, moim zdaniem zbędnej, sceny sprzed przerwy, w której omówiono tabelę zawierająca kilkadziesiąt możliwych zestawień płci biologicznej, kulturowej i preferencji seksualnych. To wystarczający materiał na osobny sceniczny esej; tutaj wydał się naddatkiem, oddalającym od sedna sprawy.

Inscenizację cechował chłód eksperymentu, dystans badawczy, niespieszny i jednostajny rytm. Można by ją określić jako brechtowską w duchu - aktorzy nie grali stanów emocjonalnych, a jeśli już pojawiły się łzy, to zostały zebrane do probówek i zlane do pojemnika. Nie brak było ingerencji w tekst: wpleciono fragmenty książki Stanisława Lema, Ofelia (Konrad Biel) czytała "Zapiski z domu wariatów" Christine Lavant (ciekawa aktualizacja), monolog Hamleta (Maria Wąsiel) został przekształcony w scenę nauki odmiany czasownika "to be" z "Dnia świra" Marka Koterskiego, zaś prośba Laertesa o zgodę na wyjazd w miniwykład o fantazjach z przeszłości na temat lotów w kosmos (dramaturgia Łukasza Wojtyski).

Po niemej scenie pojedynku Hamleta z Laertesem, przypominającej trening sztuk walki z długimi kijami i w zwolnionym tempie, któremu towarzyszyły wyświetlane finałowe kwestie w przekładzie Stanisława Barańczaka, pojawiał się napis: "What do you think about Hamlet?/ Homer16: I don't like it". Przedstawienie też mogło wielu osobom nie przypaść do gustu. Aktorstwo opierające się na wyobcowaniu z roli, nie cieszy się u nas popularnością. I jak słusznie zauważył Dominik Gac w recenzji na portalu Teatralny.pl, można by ten format wykorzystać na przykład wobec greckiej tragedii (w rzeczywistym badaniu Homer16 "przeczytał" między innymi "Zbrodnię i karę", "Buszującego w zbożu" czy "W poszukiwaniu straconego czasu"). W lubelskim przedstawieniu doceniam przede wszystkim lekkość w podejściu do tak niszowego, przynajmniej z teatralnej perspektywy, zagadnienia i subtelny humor. Duża w tym zasługa aktorów, którzy mimo pozbawienia ich codziennych narzędzi pracy - lalek - nie podali w wątpliwość formy zaproponowanej przez Szpecht. "HMLT" to nie naukowa dysertacja, a trochę za długi, acz całkiem frapujący spektakl.

Szukając Romea

Jako ostatni zaprezentowali się kandydaci na Romea. Egzystencjalista w sweterku (Maciej Sajur), małomówny muzyk (Kamil Tuszyński), długowłosy wrażliwiec (Mateusz Górski), prosty mruk (Tomasz Wesołowski), mięśniak (Robert Nemś), szermierz w śnieżnobiałym stroju (Piotr Różański) i poważny aktor z niepoważnym krynolinowym kołnierzem pod szyją (Marcin Wojciechowski) próbowali zdobyć serca trzech nieśmiałych Julii (Małgorzata Biela, Weronika Łukaszewska, Sebastian Grygo). Czegóż nie było w tym błyskotliwym, trwającym niespełna godzinę scenicznym żarcie? Madrygał "Lamento Della Ninfa" Claudio Monteverdiego, monologi wygłaszane w oryginale, z głową w pralce Frania, na kolanach do jednej z przedstawicielek płci pięknej na widowni, słynny fragment z baletu Siergieja Prokofiewa, surfrockowa gitara, etiuda z szarfą do gimnastyki, szermierczy popis, układy choreograficzne, akustyczna ballada i oczywiście tragiczna śmierć tytułowego bohatera. Spektakl Klaudii Hartung-Wójciak z krakowskiej Bagateli był przezabawną rozrywką w bardzo dobrym guście, przyrządzoną ze smakiem, całkowicie pozbawioną zadęcia. Wszelkie aktorskie szarże były zdecydowanie na miejscu. Wyobrażam sobie kogoś zarzucającego przedstawieniu brak odkrywczości czy posługiwanie się schematami. Tylko co z tego, jeśli udało się w imponujący sposób znaleźć takie proporcje, że spektakl "gra i buczy", pozostawiając większość polskich kabaretów daleko w tyle?

Wobec tylko dwóch uczestników konkursu o Złotego Yoricka ("Hamlet - komentarz" z Teatru Pieśń Kozła i "Makbet" z Teatru Muzycznego Capitol) te trzy propozycje okazały się ciekawym uzupełnieniem festiwalu, pozwalającym obejrzeć mniej głośne premiery. Każda z nich była zupełnie inne, posługiwała się odmiennym językiem teatralnym, miała odmienny wydźwięk. Znaleźć dla nich wspólny mianownik, poza bliższym lub dalszym związkiem z Shakespearem, wydaje się wcale nie tak proste. Wkurzone? Raczej zniecierpliwione. Patriarchatem, antropocentryzmem, tradycją, koturnowością.

* Taki eksperyment został przeprowadzony w Shepton Mallet School of Advanced Hermeneutics. "Hamlet" został określony jako: "Dithering prince with unhinged girlfriend demonstrates how dangerous it is not to act decisively. Interminable and convoluted plot obstructs the central message that your enemies should be dispatched quickly, brutally and mercilessly. Cannot compute the meaning of the strange To be or not to be speech. In what sense is that the question?". Zob. https://www.theguardian.com/commentisfree/2016/feb/22/robot-learn-from-human-literature-1984-hamlet-read-it-and-beep

XXII Festiwal Szekspirowski w Gdańsku, 27 lipca - 5 sierpnia 2018, nurt "Wkurzone na Szekspira"

---

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, studiuje na III roku Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej, publikował m.in. w "Didaskaliach", "Teatrze", "Teatrze Lalek", "Nietak!cie", "Notesie na 6 Tygodni" i "Teatraliach".