powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Adam Orzechowski: wielu nie docenia ostrości Aleksandra Fredry

- Wielu nie docenia ostrości Aleksandra Fredry; w "Damach i huzarach" tkwi współczesny element lęku i strachu - powiedział PAP reżyser i dyrektor Teatru Wybrzeże w Gdańsku Adam Orzechowski. Premiera "Dam i huzarów albo Play Fredro" w jego reżyserii odbyła się w sobotę.

PAP: Rozmawiamy tuż po premierze przedstawienia "Damy i huzary albo Play Fredro" w pańskiej reżyserii. Co w twórczości Aleksandra Fredry - autora nieco lekceważonego - pana zainspirowało?

Adam Orzechowski (na zdjęciu): Dziś Fredro nie jest oczywiście zapomniany, gdyż po prostu nie mamy szansy o nim zapomnieć. Ciągle jednak jest traktowany lekturowo; jego sztuki to obowiązkowe lektury, które trzeba zaliczyć. Zazwyczaj nie doszukujemy się tam głębszych sensów; "przerabiamy", odfajkowujemy i nieco lekceważymy tego autora. A jest on naprawdę wybitnym pisarzem, intrygującym w swoich obserwacjach. My podeszliśmy do niego trochę inaczej, tzn. nie naruszamy treści "Dam i huzarów", bo one są grane w całości, ale dodajemy jego wiersze np. "Ojczyzna nasza" czy "Jeszcze Polska nie zginęła", fragmenty innych komedii: "Co tu kłopotu", "Zemsty", "Męża i żony", "Ślubów panieńskich", a także wersy ze "Sztuki obłapiania" i "Piczomiry, królowej Branlomanii". Zamierzyliśmy lekko pastiszowe ujęcie, bawimy się Fredrą, ale po to, by odkryć, co w jego utworach może nas dziś dotykać. Sądzę, że wielu nie docenia dziś przenikliwości i ostrości tego autora. Uważam, że w "Damach i huzarach" tkwi bardzo współczesny element lęku i strachu przed osaczeniem przez otaczający świat. Zagrożenie dopada i potęguje się w ciągu kilku godzin, słowo "szaleństwo" jest na ustach wszystkich. I nie tylko na ustach, w ciągu doby świat wywraca się do góry nogami. Wychodząc z tych przesłanek, robimy przedstawienie o szaleństwie, które nas w naszym kraju dopada.

PAP: Jest pan dyrektorem Teatru Wybrzeże od 2006 r. To trzecia pańska kadencja. Teatr Wybrzeże jest jednym z nielicznych teatrów, który gra latem. Kiedy narodził się ten pomysł, jakie były jego przyczyny?

A. O.: Ten pomysł wprowadzali w życie już poprzedni dyrektorzy, którzy mieli przekonanie, że w Trójmieście warto grać latem. Były też takie pomysły, żeby to nie aktorzy Teatru Wybrzeże występowali albo żeby wykonywać różnego typu ruchy impresaryjne, bo wtedy więcej publiczności przyjdzie itd. Ja nie miałem wątpliwości w tej kwestii - lato jest bowiem dobrym okresem, by grać własny repertuar, bo ludzie mają po prostu więcej wolnego czasu. Zaczynają się urlopy, na Wybrzeże zjeżdżają turyści, ale odwiedzają nas wtedy nie tylko letnicy. Nie było tak, że od razu mieliśmy sukcesy frekwencyjne, ale z czasem przyzwyczailiśmy widzów do grania latem. Myślę, że wypracowaliśmy dobrą relację z publicznością, gramy zmienny repertuar, nie tylko "letnie" pozycje. Po latach nie zauważamy już różnic frekwencyjnych - to wygląda podobnie i w lutym, i w lipcu.

Od kilku lat latem gramy też w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim. Pokazujemy tam latem "Wesołe kumoszki z Windsoru", a od ubiegłego roku "Zakochanego Szekspira". To dla nas, dla naszych aktorów spore obciążenie, bo dajemy taki spektakl niemal codziennie, aż 30-40 razy. Równocześnie gramy na własnych wybrzeżowych scenach - na Dużej Scenie na Targu Węglowym w Gdańsku, na Scenie Kameralnej w Sopocie, pracujemy nad nowymi przedstawieniami i obsługujemy Scenę Letnią w Pruszczu Gdańskim. Intensywność naszej pracy nie maleje, latem pokazujemy około setki przedstawień. Nasza oferta dla publiczności jest szeroka. To wszystko dzieje się podczas tego upalnego lata. A nasze sceny nie są dostosowane do takich temperatur.

PAP: Zapowiadał pan otwarcie nowego sezonu premierą na scenie Starej Apteki - nowej, szóstej sceny Teatru Wybrzeże?

A. O.: Mam nadzieję, że w październiku zostanie otwarta. Pierwszą premierę w Starej Aptece przewidujemy na 11 listopada, czyli będziemy świętować Narodowe Święto Niepodległości. To będzie prapremiera "Ruskich". Nowy tekst Radosława Paczochy traktuje o Polakach wywiezionych podczas wojny za wschodnią granicę, do Kazachstanu i o trudach ich powrotów do Polski. Akcja toczy się tu i teraz, a sam temat wydaje nam się bardzo aktualny. Ale też ten tekst prowokuje do myślenia o naszej ludzkiej i narodowej kondycji. Wcześniej, bo na początku września, damy długo wyczekiwaną premierę "Trojanek" Eurypidesa w reżyserii Jana Klaty. Na czele wieloosobowego zespołu Dorota Kolak i Katarzyna Figura - będzie to poważne, efektowne widowisko, którym otworzymy nowy sezon na Dużej Scenie.

PAP: W okresie dyrekcji w Teatrze Polskim w Bydgoszczy powołał pan do życia Festiwal Prapremier. Po objęciu Teatru Wybrzeże wymyślił pan w 2008 r. Festiwal Wybrzeże Sztuki. Kiedy odbędzie się w tym roku?

A. O.: Festiwal planowaliśmy w czerwcu, ale okazało się, że terminowe porozumienie się z zapraszanymi teatrami nie jest takie proste. Stąd przełożyliśmy go na wrzesień. Festiwal Wybrzeże Sztuki rozpoczniemy naszą premierą "Trojanek" Jana Klaty. Potem pokażemy spektakl "Pod presją" w reżyserii Mai Kleczewskiej z Teatru Śląskiego w Katowicach i przedstawienie "Murzyni we Florencji" Iwony Kempy. Udało nam się również zaprosić Krystynę Jandę z jej najnowszym spektaklem "Zapiski z wygnania" i uhonorowane Grand Prix ostatniego Festiwalu Szkół Teatralnych "Przebudzenie wiosny" Kuby Kowalskiego. Do tego jeszcze nasze własne, chwalone spektakle "Bella Figura" w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego i przygotowaną przeze mnie "Śmierć białej pończochy". Jak widać w ciągu tygodnia pokażemy naszym widzom kilka atrakcji teatralnych, by mogli zobaczyć, co się dzieje w teatralnej Polsce i skonfrontować to z naszymi dokonaniami.

PAP: Krytycy, obserwując repertuar i dokonania artystyczne Teatru Wybrzeże pod pańską dyrekcją, podkreślają, że zbudował pan ciekawy zespół aktorski, a przedstawienia są różnorodne i prezentują wysoki poziom artystyczny. Mawia się o Teatrze Wybrzeże jako o "artystycznym teatrze środka".

A. O.: Wybrzeże jest jedynym repertuarowym teatrem dramatycznym w Gdańsku, teatrem ze stałym dużym zespołem. I jak widać, udaje nam się komunikować z publicznością, która interesuje się tym, co przygotowujemy. Prowadzimy na bieżąco spotkania i dyskusje z widzami. Wiemy, śledzimy z uwagą ich opinie na temat naszych przedstawień; rozmawiamy o ich oczekiwaniach.

Nasze kolejne premiery gramy po kilkadziesiąt, sto a nawet i dwieście razy. Zależy nam na tym, żeby widzowie mogli wybierać pomiędzy propozycjami, aby widz, który nie jest zainteresowany lżejszym repertuarem z jednej, a eksperymentem z drugiej strony, mógł przyjść do nas i obejrzeć zupełnie inny typ teatru.

Myślę o sobie jako o odpowiedzialnym dyrektorze - stąd uważam, że ten jedyny teatr w mieście powinien dostarczać takiego właśnie, różnorodnego repertuaru. Przypomnę, że w Gdańsku mieszka ponad 460 tysięcy osób, a do tego dochodzą jeszcze widzowie w Sopocie. To w sumie daje ok. pół miliona osób. A oczekiwania czy też przyzwyczajenia widzów są bardzo różne. Oczywiście, czasem udaje się je trochę odmienić czy też przyzwyczaić publiczność do nieoczywistego, mniej konwencjonalnego teatru. Trzeba być uważnym, wsłuchiwać się w to, co się dzieje u nas i na świecie - i artystycznie starać się sprostać tym wyzwaniom. Istotnym elementem jest także myślenie o zespole teatru.

Teatr środka - rozumiem tu jako równowagę, która godzi oczekiwania i ambicje artystyczne teatru z wymaganiami widzów. Mam wrażenie, że jak na razie udaje nam się to osiągnąć.