powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Wybaczcie, ale moje życie stało się nie do zniesienia"

"DalidAmore, czyli kochaj, całuj i płacz" Przemysława Malickiego w reż. Ewy Kasprzyk w Teatrze Kwadrat w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski na blogu Teatr dla Wszystkich (platformie zastępczej Teatru dla Was).

"DalidaAmore, czyli kochaj, całuj i płacz", tak jak każe tytuł wymyślony przez Przemysława Malickiego i Ewę Kasprzyk, traktuje o miłości i łzach, które uczuciu temu jakże często towarzyszą. Gdy do tego dodamy legendarną postać Dalidy, piosenkarki, która zarówno swoim głosem, jak i nieprzeciętną urodą rozpalała zmysły mężczyzn nie tylko na estradzie, ale i w życiu, dostajemy materiał aktorski na opowieść pełną namiętności i emocjonalnego rozwibrowania.

O sukcesie tego spektaklu decyduje przede wszystkim sama wykonawczyni, która w historii o rozpaczliwym poszukiwaniu miłości nie próbuje odtwarzać jeden do jednego tych cech charakteru Dalidy, które stworzyły jej legendę, a raczej stara się zmierzyć z ogólną kondycją człowieka - artysty, z jego słabościami, sposobami budowania i poszukiwania prawdy na scenie i w życiu. W ten sposób Ewa Kasprzyk powraca do swojej wielkiej dyspozycji aktorskiej, która tak wspaniale rozkwitała w jej Almodovarowskim monodramie "Pathy Diphusa". Znowu zaskakuje imponującymi kostiumami i niejednoznacznością w traktowaniu swojej bohaterki, o której opowiada jakby mimochodem, bez odrobiny patosu czy egzaltacji. Tyle że tym razem nie jest to gwiazda porno. W nowym, nie mniej ekscytującym show, nie boi się autoironii czy dystansu nawet w najbardziej intymnych zwierzeniach dotyczących niespełnionego macierzyństwa, nieodwzajemnionych miłości, życiowego zrezygnowania czy poczucia pustki i osamotnienia. Zawsze jednak towarzyszy jej inteligentne poczucie humoru, żart, puszczanie oka do publiczności, które są ciekawym cudzysłowem dla całej opowieści, nawet wtedy gdy momentami emocjonalność przybiera formę bardziej tragicznie artykułowanej ekspresji.

Twórcy przedstawienia nie tworzą jednak opowieści czysto biograficznej i choć wiele faktów z życiorysu Dalidy zostanie przytoczonych (m. in. ucieczka z Egiptu czy przygoda muzyczna z Barkley'em) to mają one charakter bardziej dygresyjny niż punktujący jej kolejne etapy z bogatego życia estradowego czy zakulisowego. Kariera, jaką zrobiła piosenkarka, a także wielkość jaką osiągnęła jako interpretatorka przebojów nuconych na całym świecie, zostaje tutaj skonfrontowana z jej osobistym życiem, które było pasmem nieudanych związków z mężczyznami. Wszyscy partnerzy, o których wspomina i którzy pojawiają się na scenie, popełnili samobójstwo. A zatem podejmują realizatorzy próbę spojrzenia na Dalidę z różnych perspektyw, lepiąc jej sceniczny wizerunek z wielu twarzy.

Pierwsza część jest zdecydowanie lżejsza, utrzymana w niebiańsko białej tonacji - aktorka pozwala sobie na swobodną rozmowę z publicznością, która chętnie wchodzi we wszystkie z nią interakcje, głośno i odważnie odpowiada na jej pytania czy zaczepki. Druga część, oddzielona antraktem, jest już bardziej serio, z dominująca czernią - pozwala objawić aktorce dużo bardziej tragiczne oblicze swojej bohaterki. Ewa Kasprzyk odsłania z jednej strony wciąż poszukującą miłości piękną kobietę, która samotnie przeżywa uczuciowe zawirowania z kolejnymi partnerami - mężem, kochankami, młodymi adoratorami, z drugiej charyzmatyczną artystkę ze wszystkimi blaskami, których doświadczała w kontaktach z uwielbiającą ją publicznością. Dodatkowym walorem tego spotkania z Dalidą jest pomysł, by przemówiła do nas głosem po śmierci, z raju, do którego trafia z piekła, jakim było jej własne życie na ziemi, pełne tragicznych wydarzeń, nerwowych załamań, prób samobójczych i poczucia uczuciowej pustki, w jej przypadku nie do zniesienia. Dalidzie nigdy nie udało się odnaleźć prawdziwego szczęścia, większość swego życia spędziła samotnie, bez domowego ciepła i rodziny.

Najprościej można spektakl w Teatrze Kwadrat nazwać monodramem z czterema tancerzami w tle (najpierw stanowią jako opiekuńcze aniołki niebiański dwór Dalidy, potem wcielają się w postaci kochanków i anioła śmierci), choć ta wokalno-taneczno-aktorska inkrustacja jest dla całej konstrukcji przedstawienia szalenie istotna. Przede wszystkim pozwala z dużą dozą efektowności uciekać od tematu śmierci, od powagi, smutku i przygnębienia, które z tym problemem są przecież nierozerwalnie związane. Ale także podkreśla dystans jaki przyjęła Ewa Kasprzyk w konstruowaniu swojej postaci. I to nie tylko w piosenkach, które we fragmentach też się pojawiają. Najciekawsze w tym spektaklu jest to, w jaki sposób potrafi bawić się poszczególnymi motywami, jak je ogrywać i komentować, jak nieustannie balansuje na granicy serio i buffo. Bo - powiedzmy sobie szczerze - sam tekst Przemysława Malickiego nie jest ani szczególnie odkrywczy, ani wielki pod względem literackim. Sporo w nim operowania banałem i prawdami nie wychodzącymi poza zwykłe oczywistości. Zresztą autor chyba nawet nie miał aspiracji, by dokonać jakiegoś psychologicznego striptizu czy rozliczać postać z jej potajemnych przeżyć i sercowych przygód. Tyle że Ewa Kasprzyk nawet z każdej pretensjonalności potrafi wyjść obronną ręką - tonem głosu, nastrojem, spojrzeniem czy gestem, a także umiejętnością ogrywania najmniejszego elementu kostiumu transponuje treści w jakiś inny wymiar, który pozwala na szczery uśmiech albo wzruszenie. Na tym polega wielkość jej aktorstwa, dlatego warto spędzić półtorej godziny w Teatrze Kwadrat, by nawet w świetle dyskotekowych reflektorów z innej perspektywy spojrzeć na świat naszych uczuć, a także na naszą rzeczywistość, do której artystka kilkakrotnie, choć bardzo luźno, się odwołuje. A finałowe selfie ze wszystkimi wykonawcami będzie dla niektórych widzów zapewne dodatkową atrakcją.