powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kilka słów o "Wyjeżdżamy" w Nowym

"Wyjeżdżamy" wg Hanocha Levina w reż. Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski na blogu Teatr dla Wszystkich (platformie zastępczej Teatru dla Was).

"Wyjeżdżamy" Krzysztofa Warlikowskiego może być ciekawym doświadczeniem teatralnym zwłaszcza dla tych, znających inscenizację Iwony Kempy, która spektakl "Pakujemy manatki" przygotowała w roku 2007 w Teatrze Horzycy w Toruniu. Różnice widać zwłaszcza w podejściu do tekstu, który w Nowym Teatrze został inkrustowany fragmentami z innych dramatów Hanocha Levina, a także wyimkami z Kantora, Wichy czy Grynberga. Dzięki tym scenariuszowym zabiegom reżysera i Piotra Gruszczyńskiego rodzajowość Levinowskiego obrazowania nabiera tutaj innego wymiaru, na pewno mocno zdynamizowanego i wieloznacznego. Kempa w finale, stającym się obrazem wędrówki pozbawionej wytyczonego kierunku, kazała aktorom odchodzić i wracać, mijać się coraz szybciej, jakby kręcić w kółko, ale każda z postaci robiła to zatopiona w swoim własnym rytmie. Tymczasem u Warlikowskiego w ostatniej sekwencji spektaklu, zdecydowanie wywiedzionego z "Kruma", który miał premierę w marcu w 2005 roku, wszyscy aktorzy są razem. Stoją w rzędzie. Zaprowiantowani w owocowe lizaki nie uciekają, trwają w tym samym miejscu. Nie odchodzą. I żywi i umarli.

Wspomniany "Krum", przedstawiający - można powiedzieć - tak zwane samo życie w emocjonalnym skrócie, a więc kilkupokoleniowe rodziny borykające się z codziennością i z wyobrażeniami o tym, co mogłyby osiągnąć, jest bez wątpienia tym tropem inscenizacyjno-interpretacyjnym, który pozwala przywoływać w ostatnim spektaklu Warlikowskiego odpryski z tamtego sprzed trzynastu lat. Niemożność ucieczki do innego, lepszego świata, nieumiejętność nawiązania kontaktu z najbliższymi, niezrealizowane potrzeby miłości, strach przed tym, co nieuchronne, a także przed wiecznym niespełnieniem, ciągła udręka tkwienia w niemożliwym i zanurzenia w swoim świecie, bolesna samotność... to tylko niektóre z wyrażanych lub zaledwie znakowanych problemów i tematów, które toczą się w powolnym, spokojnym, niespiesznym, niemalże elegijnym rytmie; postaci, jakby niezauważalnie dla samych siebie, między jednym pogrzebem a drugim, wchodzą w starcia, zwierzenia, przywołują wspomnienia, odsłaniają marzenia, czasami ciepłe, melancholijne, niekiedy dowcipne i pełne goryczy. W "Wyjeżdżamy" nawet najbardziej banalne rozmowy protagonistów czy wydarzenia, w których uczestniczą, jeśli nawet nie zawsze są rejestrowane w sytuacjach najbardziej bolesnych, to ich sposób artykułowania w przestrzeni składa się na przenikliwy i zarazem przejmujący wizerunek esencji życia, w którym jakakolwiek zmiana jest trudna do osiągnięcia, a najczęściej w ogóle niemożliwa.

W zakomponowanej przez Małgorzatę Szczęśniak, przestrzeni, która z racji swych rozmiarów jest czymś na kształt ruchomej instalacji i pozwala przyjrzeć się człowiekowi i codziennym rytuałom z dalszej perspektywy, interesująco wybrzmiewa muzyka Pawła Mykietyna, która w nieoczywisty sposób pomaga w reagowaniu na to, co dzieje się w samych aktorach i w relacjach między nimi, w tym jak "przeżywają" swoje kolejne klęski i utratę najbliższych, jak układają swoje stosunki z rodziną czy pokonują lęk przed upływającym czasem i starością. Czy istnieje recepta na szczęście w każdym momencie naszego życia? A może wystarczy tylko sekunda ufności i wiary w tym jednym oka mgnieniu? Bo może tylko będziemy tymi, którymi jesteśmy i nic innego już nas nie spotka? Tylko jak się z tym pogodzić? Także z tym, jak mała odległość dzieli życie od śmierci? A może jednak warto kochać życie, nawet z całą jego goryczą? Na przekór tragediom, rozczarowaniom odnajdywać w nim i pielęgnować piękno oraz wewnętrzną harmonię?

Bohaterem spektaklu Warlikowskiego jest, pokazana z odrobiną melancholii, ironii i dystansu, ludzka społeczność, w którą znakomicie wcielają się aktorzy Nowego Teatru i grające gościnnie Dorota Kolak i Jadwiga Jankowska-Cieślak. Wszyscy idealnie trafiają w ton i rytm postaci, w intensywność ich namiętności, a Warlikowski wraz z nimi wydobywa nieoczywistą esencjonalność, jaką można dostrzec tylko w samym życiu. Dlatego patrzy się na to wszystko jak na wewnętrzną wędrówkę człowieka, który pragnie rozpoznać kim jest i z samym sobą pozostać w zgodzie.